Dom szkieletów
- Автор: Мастертон Грэхэм
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Dom szkieletów». Краткое содержание книги:
John i Lucy nie zdają sobie sprawy z niezwykłych mocy czających się w ścianach domów należących do Vane'a ani z tego, że im również zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo…
John spróbował wyrwać Lucy rzeźbie, ale jej uchwyt był zbyt silny. Ściskając swoją ofiarę za gardło, drewniany stwór przycisnął ją sobie do zwęglonego torsu. Lucy zaczęła charczeć i kopać w powietrzu.
Courtney wstał i machnął kilka razy młotem. Pan Vane schował się za plecami rzeźby.
– To nic nie da – oświadczył. – Nie trafisz żadnego z nas nie uderzając Lucy, a jeśli natychmiast nie odłożysz tej zabawki, powiem mojemu przyjacielowi, by złamał jej kark.
– Zostaw ją – wydyszał John. – Ostrzegam cię… zostaw ją w spokoju!
Schylił się i wziął oskard.
– Co zamierzasz tym zrobić? – szydził pan Vane. – Ledwie możesz to unieść.
Courtney próbował obejść rzeźbę, ale ona – nie puszczając Lucy – przesuwała się tak, by zasłaniać siebie i niemal przyklejonego do niej z tyłu pana Vane’a z dziewczyną.
– Daj spokój, Courtney – powiedział John. – Będziemy musieli zgodzić się na jego warunki.
– Co?! Pozbyliśmy się większości jego przyjaciół… Jak długo, twoim zdaniem, jeszcze wytrzyma?
– To nie ma sensu, Courtney. Widzisz, jaki on jest. Każe rzeźbie zabić Lucy i nie powstrzymamy go.
John zrobił dwa kroki do przodu i stanął pół metra przed rzeźbą. Wpatrywała się w niego wściekle wykrzywiona.
– Nie wiem, jakie duchy w tobie mieszkają – zaczął – ale proszę, żebyś nie krzywdził tej dziewczyny i puścił ją.
– Musisz przyrzec, że nie będziesz niszczył kamieni z runami – oznajmił pan Vane.
John skinął głową.
– Dobrze. Obiecuję. Wszyscy obiecujemy.
– Wspaniale – odparł z uśmiechem pan Vane. – A żeby zagwarantować, że dotrzymasz obietnicy, za chwilę każę Aeddowi Mawrowi udusić Lucy na twoich oczach. Żadna druidyczna obietnica nie ma mocy, jeśli nie złoży się ofiary.
– Nie! – krzyknął John i znów pociągnął Lucy za rękę, rzeźba zaczęła jednak wymachiwać w jego kierunku kikutem i tak mocno ścisnęła gardło Lucy, że dziewczyna wydała z siebie piskliwy, zduszony charkot. John był przerażony, ale także zrozpaczony i wściekły.
– Obiecałeś ją uwolnić!
– I tak zrobię. Uwolnię ją od materialnego ciała. Będzie mogła swobodnie poruszać się wraz z innymi duszami wzdłuż linii ley.
– Jeśli zrobisz jej choć jeden siniak, połamię ci wszystkie kości! – wrzasnął Courtney.
Pan Vane odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się jeszcze głośniej.
– Po tylu latach i setkach ofiar ile waszym zdaniem jest dla mnie warte jeszcze jedno życie?
John jeszcze się wahał, ale kiedy rzeźba mocniej zacisnęła rękę na gardle Lucy i dziewczyna zaczęła sinieć, zdecydował się. Pochylił nisko głowę i nie wypuszczając z dłoni oskarda, skoczył przewrotem na podłogę – w sposób, jaki zaobserwował w telewizji u amerykańskich gliniarzy. Zakończył koziołek tuż za plecami pana Vane’a i błyskawicznie wstał.
Dalszy ciąg odbył się jakby w zwolnionym tempie. John nigdy przedtem by nie uwierzył, że jest do czegoś takiego zdolny, i także teraz nie był pewny swego. Zobaczył odwracającą się ku niemu głowę pana Vane’a i wyszczerzone w wyrazie zdumienia żółte zęby. Znowu usłyszał charkot Lucy. Uniósł oskard i zamachnął się niczym golfista.
– Nieee!! – wrzasnął pan Vane, ale nim skończył, czubek oskarda już wbijał mu się w plecy. Stal przeszła na wylot przez jego ciało i wbiła się głęboko w rzeźbę, powodując głośny trzask, przypominający łamanie grubej deski. Pan Vane, głośno charcząc, próbował sięgnąć obandażowaną ręką za plecy, by wyciągnąć stal.
Rzeźba wyrzuciła ramiona w górę i wydała z siebie ryk bólu i wściekłości, tak donośny, jakby wydobywał się z tysiąca gardeł. Gdy zatoczyła się do tyłu, Courtney złapał Lucy, a drewniana postać z przyszpilonym do niej panem Vane’em zaczęła miotać się po salonie, bezradnie drapiąc stopami o podłogę.
Jej ruchy stawały się jednak coraz powolniejsze i w końcu przewróciła się na bok, pociągając za sobą pana Vane’a. Upadli na podłogę z łoskotem. Pan Vane leżał, trzymając jedną rękę na zwęglonym barku rzeźby, z kącika jego ust ciekła cienka strużka krwi.
Courtney ukląkł obok.
– Niech się pan nie rusza – powiedział. – Wyciągnę oskard.
– Nie… nie rób tego. Już za późno i nie chcę więcej bólu. – Jego oczy powoli zaciągały się mgłą. – Cieszę się, że to już koniec…
Lucy odwróciła się i John mocno ją objął. Courtney wstał.
– Wysadzenie domu jakoś nam uszło na sucho, ale jak wyjaśnimy to, co się tutaj stało? – spytał.
Jednak po chwili rzeźba zaczęła się zapadać w podłogę, pociągając za sobą pana Vane’a. Najpierw zniknął kikut, potem bark. Po kilku minutach nad podłogą pozostały już tylko dwa ramiona – jedno drewniane i jedno ludzkie.
Jeszcze kilkanaście sekund i także one zniknęły bezgłośnie.
– Przecież rozbiliśmy kamień – powiedział John. – Jak mogli zostać mimo to wciągnięci w podłogę?
– Popatrz… – odparł Courtney. – Kamień jest pęknięty, ale runy są całe. To nauczka na przyszłość, jak niszczyć pozostałe kamienie.
– Teraz nie marzę o niczym innym, jak tylko o pójściu do domu – oznajmiła Lucy.
Zakończyli swoje zadanie dwa tygodnie później, wyrywając kamień runiczny w dużym domu z widokiem na Derbyshire Dales. Courtney dał go Lucy ze słowami:
– Rozbij go na jak najmniejsze kawałki.
Lucy wzięła kamień do ogrodu, podczas gdy John i Courtney rozglądali się ostatni raz po domu.
– Cieszę się, że to już koniec – mruknął John, nieświadomie powtarzając ostatnie słowa pana Vane’a.
Courtney klepnął przyjaciela w plecy.
– Chodźmy stąd. Przyda nam się lunch.
Było ciepłe popołudnie i wiał przyjemny wietrzyk. Zamknęli za sobą furtkę i poszli do samochodu Courtneya. Lucy już na nich czekała.
– I co teraz? – spytał Courtney. – Uratowaliśmy świat i jesteśmy trzema bezrobotnymi agentami handlu nieruchomościami.
– Może powinniśmy założyć własną agencję? – zaproponowała Lucy. – Moglibyśmy połączyć nasze zasoby i wynająć własne biuro.
– Już to nawet widzę… – rozmarzył się Courtney. – „Tulloch, Mears i French”. Najlepsi agenci w historii. Broszury na kredowym papierze, cotygodniowe reklamy w „Country Life”…
– Nie – przerwał mu John. – Mam lepszy pomysł. „PLECIUGI – agenci handlu nieruchomościami, zdradzający przed sprzedażą wszystkie minusy nieruchomości. Głośni sąsiedzi… osuwanie się gruntu… murszejące drewno… nie ukrywamy niczego”.
– A co ze szkieletami w ścianach? – zapytała Lucy.
Nagle wielka chmura zasłoniła słońce i zrobiło się chłodno. Wsiedli do samochodu i zanim zaczęło się rozjaśniać, zdążyli przejechać parę kilometrów.
Następnego popołudnia Lucy poszła do wuja Robina. Siedział w ogródku, sypiąc orzechy i rodzynki na tacę dla ptaków. Na wietrze kręcił się mały, biało-czerwony wiatraczek.
– Zdobyłaś go dla mnie?
Podała mu miękko wymoszczoną torbę pocztową. Wziął ją do ręki, by wyczuć wagę.
– Wspaniała robota, Lucy. Jesteś dobrą dziewczynką. Zawsze taka byłaś. Wiesz co? Druidzi byli okrutni i bezlitośni, ale byli także największymi magami, jakich stworzył i stworzy ten kraj.
Kiedy weszli do kuchni, sięgnął do torby i wyjął kamień z runicznymi napisami. Zaczął go oglądać ze wszystkich stron i dopiero po dłuższym czasie odłożył.
– Nie spowoduje to żadnych problemów, prawda? – spytała Lucy. – Potrzebujesz go tylko do celów badawczych? Nie będzie już ofiar z ludzi ani nic w tym rodzaju?