Ziemia słonych skał
- Автор: Сат-Ок
- Год: 1958
- Язык: польский
- Год: Czytelnik
- Жанр: Приключения про индейцев
Электронная книга - «Ziemia słonych skał». Краткое содержание книги:
Ojciec spojrzał na Gorzką Jagodę. Ten wstał i dał jakiś znak w stronę swego namiotu. Ojciec zaś powiedział tylko tyle:
— Pragniesz, aby żyli mężczyźni, kobiety i dzieci twojego szczepu. Ja pragnę tego samego nie tylko dla jednego szczepu, ale dla całego plemienia. Ale życie na tych ziemiach, które dają nam biali ludzie, bywa gorsze niż życie kojotów w Dolinie Słonych Skał, gdzie parszywieją ich pyski i brzuchy przysychają do kości. O tym też pamiętajcie, wodzowie.
Wokół ogniska ludzie poruszyli się lekko. Przez otaczający naradę krąg przeszedł głośny szmer. Oto od strony namiotu Gorzkiej Jagody dwóch wojowników prowadziło niezmiernie chudego mężczyznę, którego nikt dotąd nie widział w naszym obozie. Zapewne ojciec kazał czarownikowi ukryć go w swoim tipi.
Ile liczył lat obcy, nie sposób było odgadnąć. Włosy miał jeszcze całkiem czarne, ale twarz i postać starca. Oczy jego błyszczały jak powierzchnia stojącej wody, lecz były nie widzące. Stał podtrzymywany przez wojowników na uginających się nogach, drżał niczym stuletnia kobieta. Ubrany w nędzne łachmany, wyglądał jak złamana wiatrem, odarta z kory osika.
Na znak czarownika zaczął mówić:
— Jestem z plemienia Cree, nazywano mnie Długim Nożem. Siedem Wielkich Słońc temu nasz wódz podpisał papier Białego Ojca i poszliśmy mieszkać tam, gdzie wskazali biali z Królewskiej Konnej. Byłem wtedy młodym wojownikiem, ledwo co wprowadziłem kobietę do swego namiotu. Poszliśmy bez walki, ufając nie tylko sile, ale i dobroci białych ludzi. Ale oni otoczyli wyznaczoną dla nas ziemię drutami, zakazali nosić broń i zakazali polować. Na tej ziemi zresztą częściej można było spotkać szczura mówiącego ludzkim głosem niż zwierzynę godną strzały myśliwego. Biali dawali nam jedzenie, ale od tego jedzenia dzieciom zaczęły wypadać zęby i nim dorosły, były już starcami. Przychodzili do nas różni biali ludzie. Kazali przebierać się w odświętne stroje i robili w czarnych skrzynkach obrazy naszych postaci, dawali za to pieniądze i ludzie brali je, bo jedzenia nigdy nie było za dużo, choć dużo go przedtem obiecywano. Zaczęliśmy chorować na choroby białych, od których mężczyźni pluli krwią, a kobiety rodziły słabe, chore dzieci.
Wydawałoby się, że ucichła cała ziemia i nawet księżyc przystanął na swej drodze, by słuchać człowieka z plemienia Cree. Tylko dwaj biali szeptali coś ze sobą wymachując rękami. Wap-nap-ao zaś przerwał mu unosząc rękę w górę:
— Skąd przybywasz?
Cree nachylił się ku niemu, wyciągnął rękę i palcem godził jak nożem.
— Uciekłem. Uciekłem znad Ontario. Nigdy tam nie powrócę.
— Uciekłeś? — powtórzył cicho Wap-nap-ao. A Cree zaczął krzyczeć:
— Wy, przeklęci! Skradliście naszą ziemię! Złamaliście nas siłą, przekupiliście kłamstwem! Zrobiliście z nas niewolników i każecie zdychać wolnym plemionom śmiercią niewolników. Czy mało macie ziemi? Czy ciągle mało wam waszych rzek i mórz, równin i gór, że cudze musicie zabierać? Jesteście posłami Białego Ojca czy posłami Ducha Śmierci plemienia wolnych Szewanezów?
Cree stracił oddech, złapał go kaszel, złamał wpół jego postać. Byłby upadł twarzą w ognisko, gdyby wojownicy nie podtrzymywali go. Wap-nap-ao machnął pogardliwie ręką.
— Słuchaj, Cree. Jesteś… — zaczął, ale wtedy zabrzmiał głos ojca, był donośny i groźny.
— Milcz, Wap-nap-ao. Ty swoje słowa już powiedziałeś. Teraz mówię ja, wódz Szewanezów.
Wszyscy zwrócili twarze w stronę ojca. On zaś wyjął nóż zza pasa, wyciągnął przed siebie lewe ramię i naciął ostrzem przegub dłoni. Krew pociekła cienką strużką i poczęła wsiąkać w ziemię. Ojciec przemówił:
— Ja, Wysoki Orzeł, wódz wolnego plemienia Szewanezów, raz jeszcze zawieram braterstwo krwi z moją ziemią i mówię, że tylko śmierć może mnie z niej zabrać.
W wielkim — milczeniu, bez jednego słowa, wyciągnął przed siebie rękę Wyjący Wilk. I on uczynił to samo. Uczynił to Dzika Wydra — po nim wszyscy naczelnicy szczepów. Krople krwi wsiąkały w ziemię, ziemię wolnych Indian, powtarzali braterstwo krwi wojownicy i wodzowie, naczelnicy szczepów i młodzi chłopcy.
Wap-nap-ao siedział nieruchomo i tylko wodził oczami wokół siebie — umilkli nawet tamci dwaj biali. Patrzyli, jak wolne plemię Szewanezów odpowiada na prawo białych.