Ostatni Patrol
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Серия: Patrole #4
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ostatni Patrol». Краткое содержание книги:
Nocny Patrol Edynburga nie ma co do tego wątpliwości i jego szef, stary przyjaciel Hesera, prosi moskiewski Nocny Patrol o pomoc. Heser wysyła do Szkocji Antona Gorodeckiego, który obecnie jest już… Wyższym magiem. Badając całą sprawę na miejscu, rozmawiając z edynburskimi Innymi, z nieszczęsną Walerią, odwiedzając „Podziemia Szkocji” Anton zyskuje pewność, że nie jest to banalne wampirze kłusownictwo, lecz coś znacznie poważniejszego… Już wkrótce podróżując między Moskwą, Uzbekistanem i Szkocją Anton odkrywa, że to spisek, spisek na niewiarygodną skalę – powołanie do życia nowej siły, mieniącej się Ostatnim Patrolem…
Zdjąłem buty, kupioną po drodze gazetę rzuciłem na szafkę, wszedłem do dużego pokoju, po drodze poklepałem córkę po głowie. Nadia zamachała rękami: zasłaniałem jej ekran, na którym pędził na nartach jednorogi niebieski łoś.
Świetlana wychyliła się z kuchni, popatrzyła na mnie uważnie, prychnęła i się schowała.
Próby spełnienia ojcowskich obowiązków odłożyłem na lepsze czasy i wszedłem do kuchni. Świetlana gotowała zupę. Nigdy nie zrozumiem, czemu kobiety spędzają tyle czasu przy kuchence! Co tam można robić tak długo? Wrzucasz do garnka wołowinę albo kurczaka, włączasz gaz i wszystko się samo gotuje. Potem dodajesz makaron albo ziemniaki, jakieś warzywa i już! No i jeszcze trzeba posolić, to niemal najważniejsze.
– Sam spakujesz walizkę? – spytała Świetlana, nie odwracając się.
– Heser dzwonił? – Nie.
– Zaglądałaś w przyszłość?
– Przecież się umówiliśmy, że nie będę tego robić bez uzgodnienia… – Swietłana zamilkła na chwilę, ponieważ podszedłem i pocałowałem ją w szyję. – Albo bez absolutnej konieczności…
– To czemu pytasz o walizkę?
– Anton, jeśli przychodzisz z pracy w środku dnia, to wieczorem kładę się spać sama. Albo wysyłają cię na patrol albo w delegację. Skoro na patrolu byłeś dwa dni temu, a w mieście spokój…
Z dużego pokoju dobiegł śmiech Nadii. Zajrzałem – łoś-narciarz leciał z wytrzeszczonymi oczami prosto na niewielkie i wyraźnie niepełnoletnie zwierzątka, idące gęsiego wzdłuż krawędzi przepaści. Oho, co się tam będzie działo…
– Swieta, jesteś pewna, że Nadia może oglądać takie kreskówki?
– Przecież ogląda dziennik – odparła spokojnie Swietłana. – Nie wykręcaj się. Co się stało?
– Jadę do Samarkandy.
– Masz interesującą geografię podróży służbowych. – Swieta zaczerpnęła zupę łyżką, podmuchała, spróbowała. – Za mało soli… A co się tam stało?
– Nic. Na razie nic.
– Biedni Uzbecy. Jak dojedziesz, na pewno coś się stanie.
– Heser zwołał naradę. Wezwał Wyższy i pierwszy poziom… Pokrótce opowiedziałem Swietłanie, o czym była mowa na zebraniu. Ku mojemu zdumieniu, Swieta nie zaprotestowała, gdy usłyszała, że Nadia będzie teraz pod stałą ochroną dwóch Ciemnych i dwóch Jasnych magów. Reakcja była zgodna z przewidywaniami Olgi.
– Heser ma jednak głowę na karku – oznajmiła Swietłana. – Nawet myślałam o tym, żeby do niego zadzwonić… i poprosić o ochronę.
– Naprawdę… dopuszczasz taką możliwość? Swietłana spojrzała na mnie i skinęła głową.
– Dopóki jestem przy Nadii, nic jej nie grozi. Wierz mi, nawet trzech Wyższych zetrę na proszek. Ale lepiej się asekurować. Kiedy lecisz?
– Za pięć godzin z Szeremietiewa.
– Siemion dowiezie cię w godzinę, czyli masz ze dwie godziny. Zjemy coś, potem zajmiemy się walizką. Jak długo tam będziesz?
– Nie wiem.
– A ile mam ci naszykować par skarpetek? – zapytała rzeczowo Świetlana. – Bo nie wyobrażam sobie, żebyś w podróży robił pranie.
– Kupię nowe, stare wyrzucę. Heser obiecał dać kupę pieniędzy.
– Ciekawe, co dla niego oznacza „kupa” – odparła z powątpiewaniem Swieta. – Dam ci pięć zmian bielizny. Siadaj do stołu nalewam zupę.
– Tato! – zawołała z pokoju Nadia.
– Słucham, córo? – odkrzyknąłem.
– Tato, a wujek Afandi podaruje mi koraliki?
Ja i Świetlana popatrzyliśmy na siebie i szybko weszliśmy do pokoju. Nadia ciągłe oglądała kreskówkę. Na ekranie gromadka kolorowych zwierzątek zebrała się wokół ogniska.
– Nadieńka, jaki wujek?
– Wujek Afandi – odparła Nadia, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Jaki Afandi? – pytała cierpliwie Swieta.
– Jakie koraliki? – sprecyzowałem.
– Wujek, do którego jedzie tata – oznajmiła Nadia z intonacją „jacy ci dorośli są nierozgarnięci”. – A koraliki niebieskie. Ładne.
– Skąd wiesz, do kogo jedzie tata? – kontynuowała przesłuchanie Swieta.
– No przecież właśnie o tym mówiliście – odparła spokojnie Nadia.
– Nie – zaprotestowałem. – Mówiliśmy, że jadę w delegację do Uzbekistanu. To taki piękny kraj na Wschodzie, gdzie niegdyś mieszkał wujek Heser. Pamiętasz wujka Hesera? O żadnym Afandim nie rozmawialiśmy.
– To znaczy, że się przesłyszałam – odparła Nadia. – Nie ma żadnego wujka.
Świetlana popatrzyła na mnie z wyrzutem i pokręciła głową. Rozłożyłem ręce – zgadza się, moja wina, niepotrzebnie się wtrąciłem. Mama wypytałaby Nadię znacznie lepiej.
„A koraliki są – dodała niekonsekwentnie Nadia. – Przywieź, dobrze?
Dalsze wypytywanie o wujka Afandiego nie miało już sensu, fsfadiuszce zdarzały się takie jasnowidzenia już w wieku trzech lat. Ale prorokowała zupełnie nieświadomie i wystarczyło zacząć zadawać pytania: „a skąd to wiesz?”, żeby dziewczynka od razu się zamykała.
– Moja wina – westchnąłem. – Przepraszam, Swieta. Wróciliśmy do kuchni. Świetlana nalała mi w milczeniu zupę, wręczyła łyżkę, pokroiła chleb. Czasem mam wrażenie, że rolę zwykłej kobiety gra z podkreśloną ironią. Ale w końcu to był jej wybór. Heser oszalałby z zachwytu, gdyby Swieta wróciła do Patrolu.
– Rustam ma wiele imion… tak powiedział Heser? – zapytała w zadumie Świetlana.
– Tak – przyznałem, jedząc zupę.
– Czyli teraz może się nazywać Afandi.
– Wszystko możliwe – Niespecjalnie na to liczyłem, ale w mojej sytuacji nie mogłem lekceważyć żadnego tropu. – Popytam.
– Dobrze, że będzie z tobą Aliszer – zauważyła Świetlana. – Jak najczęściej pozwalaj, żeby to on pytał. Wschód to delikatna sprawa.
– Jakże odkrywcza myśl… – powiedziałem kwaśno. – Przepraszam… – dodałem. – Cały dzień wysłuchuję złotych myśli o Wschodzie. Rzeki wymowy już wypełniły jezioro mojej uwagi, o rachatłukum mojego serca!
– Tato! – zawołała z pokoju Nadiuszka. – Przywieź mi rachata i łukuma!
W pracy niezbyt często spotykaliśmy się z Aliszerem. Wolał pracować w terenie – niemal nie wychodził z patroli, w biurze zjawiał się zwykle rano, z czerwonymi od niewyspania oczami. Kiedyś słyszałem, że podobno miał romans z dziewczyną z księgowości, Inną siódmego stopnia, ale poza tym niewiele o nim wiedziałem. Aliszer był z natury zamknięty, a ja nie lubię pierwszy zawierać przyjaźni.
Ale z Siemionem był chyba w bardziej zażyłych stosunkach. Gdy zszedłem na dół i wsiadłem do samochodu, Siemion właśnie kończył opowiadać dowcip. Usiadłem obok Siemiona, a on, odwrócony do tyłu, cienkim głosikiem rozpieszczonej dziewczynki powiedział:
– Dobrze, tatusiu, pójdziemy dłuższą drogą. Przywieź mi, proszę, czerwony kwiatuszek!
Aliszer roześmiał się i dopiero wtedy podał mi rękę.
– Cześć, Anton.
– Cześć, Aliszer. – Uścisnąłem jego dłoń i podałem mu torbę. – Rzuć na tylne siedzenie, nie chce mi się otwierać bagażnika.
– Jak tam Swieta? Nie złościła się? – zapytał Siemion, ruszając.
– Nie, coś ty. Życzyła powodzenia, nakarmiła i dała mnóstwo dobrych rad.
– Dobra żona – mężowskiej głowy korona! – odparł Siemion.
– Aleś ty dzisiaj wesoły – nie wytrzymałem. – Może i ciebie Heser wysyła do Samarkandy?
– Już to widzę – westchnął udawanie Siemion. – Słuchajcie, chłopaki, a czemu jedziecie do Samarkandy? Przecież stolicą jest Binkent, dobrze pamiętam!
– Taszkient – poprawiłem.
– Nie, Binkent, na pewno Binkent – upierał się Siemion. – A może nie Binkent? O, już wiem! Czacz!
– Siemion, nie jesteś aż tak stary, żeby pamiętać czasy, gdy Taszkient nazywał się Binkent i Czacz – rzekł kpiąco Aliszer. – To było bardzo dawno, tylko Heser może to pamiętać. A lecimy do Samarkandy dlatego, że najstarszy Jasny Inny pracujący niegdyś w Patrolu mieszka właśnie tam. W Taszkiencie Patrol jest większy, ze stołecznym zadęciem, ale w nim pracuje głównie młodzież. Nawet tamtejszy szef jest młodszy do ciebie.