Wielki Diament. Tom I
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Wielki Diament. Tom I». Краткое содержание книги:
No tak. Wyląduje byle gdzie, policja go nie złapie, zniknie razem z diamentem, zaangażuje się do pracy u jakiegoś złotnika, jest fachowcem, sam sobie ten diament potnie na kawałki, sprzeda, będzie miał pieniądze, zmieni nazwisko, zdobędzie fałszywe dokumenty, potem zrobi, co chce…
Wszystko to Justyna wymyśliła w pół minuty.
– Angielski język zna? – spytała surowo.
– Nie bardzo dobrze, ale zna.
W tym momencie myśl Justyny zmieniła nagle kierunek. W Anglii znajdował się wszak Jack Blackhill, którego oświadczyny gotowa była przyjąć, wiedziała, gdzie mieszka, miała jego adres. On również miał jej adres, zostawiła mu, ale był to adres w Polsce, jadąc do ojca, nie pomyślała, że wyląduje u babki w Noirmont. Może i przyszły jakieś listy do Przylesia, będą leżały i czekały na jej powrót. Do Anglii… Oczywiście, że należy natychmiast jechać do Anglii w pogoni za tym jubilerskim półgłówkiem!
Sama przed sobą ukrywając fakt znacznie większego zainteresowania młodym lordem niż diamentem, podjęła błyskawiczną decyzję. Myślało się jej jeszcze szybciej. Mogą jej zabronić, rodzina, nawet babka, zaprotestuje, wobec tego w ogóle nie należy pytać o pozwolenie! Zatelegrafuje do babki, że jedzie, i cześć, sprawa załatwiona. Pieniądze dostanie od londyńskiego plenipotenta, a, prawda, zlecenie musi wysłać ojciec… nie, nie ojciec, matka. Trzeba zatem pchnąć telegram także i do Przylesia. Prom do Anglii…
– Odpływa jeszcze dzisiaj jakiś statek? – spytała pośpiesznie.
Antoinette otarła oczy, gotowa współdziałać w pościgu za narzeczonym, bez względu na jego stan posiadania. Spojrzała na tykający nad komodą zegar.
– Za półtorej godziny. Zdąży pani. Ale jeśli… A policja…? A co będzie, jeśli policja…?
– Nic. Nie zabił przecież tego Gastona. Uciekł z głupoty. Wszystko się im wytłumaczy, a o diamencie nie powiemy…
Ten program Antoinette przyjęła bez namysłu. Zerwała się z miejsca, razem wybiegły z domu. W poczekalni promu Justyna napisała dwa telegramy i wysłała z nimi na pocztę zniecierpliwioną, zdenerwowaną i wściekłą pokojówkę. Nabyła dwa bilety pierwszej klasy, Antoinette wskazywała jej drogę do kasy i dalej. Weszła na statek, bilet dla pokojówki zostawiając wspólniczce.
Pokojówka, wyprowadzona już z równowagi ostatecznie, rozzłoszczona do szaleństwa, z chwilą kiedy została sama, przestała się śpieszyć. Wysłała te dwa telegramy, przeczytawszy je przedtem z wielką uwagą, co niewiele jej dało. Panienka domagała się od rodziców pieniędzy, no owszem, to było zrozumiałe i nie stanowiło tajemnicy. Nie wyjaśniało także niczego. Telegram do hrabiny de Noirmont był z pewnością ważniejszy, ale napisany jakby szyfrem i wynikała z niego rzecz zdumiewająca. Panienka chyba kogoś goniła…? Ta śmierć wicehrabiego de Pouzac, wysoce podejrzana, czyżby panienka goniła zabójcę…? Niemożliwe. Rysowała się tu jakaś sensacja, którą za wszelką cenę chciała zrozumieć.
Zmarnowała na swoich dociekaniach tyle czasu, że kiedy przybyła z powrotem do portu, rufa promu z jej panienką na pokładzie oddalona już była od brzegu o dobre sto metrów…
W ten sposób Justyna wyruszyła do Anglii bez pieniędzy, bez żadnego bagażu i bez pokojówki. Pierwszy raz w życiu znalazła się wśród obcych ludzi zupełnie sama, bo konnych wypraw w pobliżu rodzinnego domu w znajomej okolicy nie można liczyć, nie mówiąc o tym, że ani pieniądze, ani bagaż, ani pokojówka nie były jej wówczas potrzebne. Najwyżej przydałby się czasem jakiś chłopak stajenny…
Antoinette ze zmarnowanym biletem pierwszej klasy wróciła do domu. Dziko zdenerwowaną pokojówką nie przejmowała się wcale, doradziła jej również powrót do domu i pokazała palcem pociąg do Paryża. Dość miała własnych kłopotów, żeby jeszcze zajmować się cudzymi.
Pierwszą rzeczą, jaka wpadła jej w oko we własnym pokoju, był malutki sakwojażyk ukochanego. Pomocnik jubilera, wyskakując przez okno wprost z jej zrozpaczonych objęć, o swoim bagażu zapomniał, a nawet gdyby pamiętał, nie miał czasu go chwycić. Przybywająca tą wysoce nietypową drogą Justyna uczyniła na nim wrażenie zgoła upiorne, bo jednak, nawet w początkach dwudziestego wieku, młode arystokratki do wchodzenia używały raczej drzwi. Równie dobrze mogłaby wlecieć przez komin. Pchnięty paniką, stracił z oczu świat.
Sakwojażyk ukochanego, jedyny szczątek, jaki po nim został, wywołał w sercu Antoinette gwałtowny wybuch uczuć. Jak każda normalna zakochana kobieta ujrzała w nim skarb bezcenny, pozostałość utraconego mężczyzny, coś z niego, bodaj woń. Padłszy na kolana ze łzami w oczach, czule i tkliwie przytuliła przedmiot do łona i do głowy jej nawet nie przyszło, żeby zajrzeć do środka. Wręcz przeciwnie, samo otwarcie stanowiłoby świętokradztwo, życie własne gotowa byłaby oddać w tej chwili za nienaruszalną całość bagażu. Tuląc w objęciach sakwojażyk, odpłakała swoje, po czym z troską zastanowiła się, gdzie przechować świętość. Najlepiej na ołtarzu. Ołtarzem nie dysponowała, jakieś inne sanktuarium…
Najbardziej czczonym miejscem w jej osobistej sypialni była komódka pod lustrem, w której w trzech głębokich szufladach spoczywały rozmaite skarby, w tym jej prywatne oszczędności oraz naszyjnik z muszel, otrzymany niegdyś od wielbiciela-marynarza, zaginionego na dalekich oceanach. Sakwojażyk zmieścił się tam z trudem, ale jednak się zmieścił, tyle że najwytworniejsza nocna koszula razem z peniuarem musiała nieco się ścieśnić. Gdzieś na dnie uczuć Antoinette mignęła myśl, że nawet pognieciony, ów strój uczyni na amancie piorunujące wrażenie. Szczególnie że nie powinien oglądać go zbyt długo. Tylko oglądać…
Odrobinę pocieszona nadzieją, a zarazem przygnębiona katastrofalną sytuacją, poklęczała jeszcze trochę przy szufladzie, po czym oderwała się wreszcie od zmartwień i zajęła egzystencją bieżącą, bo obiad dla ojca musiał być jutro przyrządzony, tak samo jak każdego dnia. Matki już nie miała i sama zajmowała się domem.
Pomocnik jubilera, wpadłszy w popłoch, rzeczywiście uczynił to, co przypuściła jego narzeczona. Dopadł znajomych rybaków i z nimi wyruszył na morze z zamiarem jak najszybszego dotarcia do obcego kraju, który wydawał mu się jedynym dostępnym azylem. Rybacy, zaprzyjaźnieni z ojcem Antoinette i od dawna oswojeni także z jej narzeczonym, nie zadawali żadnych głupich pytań.
Morze zachowało się gorzej. Miało swoje fanaberie i nie uwzględniało potrzeb i życzeń żeglarzy. Najpierw podsunęło ławicę ryb, która zabrała tyle czasu, że prom z Justyną na pokładzie osiągał już Dover, a oni jeszcze łowili, następnie zaś skotłowało się grymaśnie i złośliwie. Wzmagający się szybko wiatr zmienił kierunek, wypędziwszy łódź na ocean, jął wiać z północnego wschodu i odpychać ją od brzegów Anglii, których osiągnięcie stało się chwilowo niemożliwe. Wyżej ceniąc własne życie i wspaniały połów niż pragnienia dodatkowego pasażera, choćby nawet znajomego i użytecznego, rybacy zdecydowali się wylądować w okolicy Havru.
Pomocnik jubilera, aczkolwiek żywo zajęty wspomaganiem ich wysiłków, miał jednakże dość czasu, żeby się zastanowić nad tym, co robi. Pomijając wszystkie inne względy, wolał travaux forces na lądzie niż natychmiastową śmierć w głębinach morskich, nie protestował zatem i nie skakał za burtę. Prawie zdecydował się wrócić i wyznać prawdę komukolwiek, policji czy też pryncypałowi, zostawiając sobie tylko malutki margines na niespodziewane wydarzenia, skołowany nieco tym, że nie wszystko mu wyszło tak jak powinno. Ściśle biorąc, nic mu nie wyszło…
Orlich lotów umysłu młodzieniec nigdy nie prezentował. Niewątpliwie był solidny i uczciwy, swoje obowiązki rozumiał i wypełniał rzetelnie, jako fachowiec sprawdzał się w pełni, na kamieniach szlachetnych znał się doskonale, umiał je szlifować i oprawiać, o ile, rzecz jasna, ktoś inny wymyślił dla nich formę artystyczną, bo talentów twórczych nie posiadał. Był rzemieślnikiem, wykonawcą. Miał przy tym zgodny charakter i dobre serce, ale przy tych wszystkich, tak licznych, talentach, przesadną bystrością nie grzeszył.