Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Antybaśnie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Antybaśnie

Электронная книга - «Antybaśnie». Краткое содержание книги:

Jak rodzą się antybaśnie? Metoda jest dobrze znana: bierzemy małe i wielkie dziwactwa naszej rzeczywistości i wiążemy je z wątkami o baśniowym rodowodzie. Proste? Wcale nie. Potrzeba wyrobionego zmysłu obserwacji i na poły alchemicznych umiejętności łączenia wody i ognia, by podobny mariaż nie okazał się budzącym niesmak mezaliansem. Wolski posiadł obydwie zdolności.
Pierwsze strony książki nie zapowiadają tego, co ma nastąpić dalej. Na początku afirmacja potęgi miłości, gdzieś tam niepozorna aluzja do Tylko Beatrycze Parnickiego, naraz obraz się ukonkretnia, jest stos, jest tłum, jest domniemana czarownica – dziecko jeszcze – i ludzie, którzy nie powinni w tym miejscu być. Jak łatwo przewidzieć, efekt takiego połączenia może być tylko jeden: nieliche zamieszanie. Nagle – bach! – zmienia się gwałtownie sceneria, lądujemy w zupełnie innym czasie i miejscu. Obraz to znany aż za dobrze, daruję sobie więc przymiotniki i powiem tylko: a to Polska właśnie. Aluzja do Parnickiego obiecuje ciekawą lekturę, znajoma rzeczywistość jednak zniechęca najbardziej tradycyjnym ze swoich odcieni: szarością.
Pogrążony ze szczętem w tej szarości młody sanitariusz Marek Kazimierzak, jak przystało na kogoś, komu przypadł w udziale niewdzięczny obowiązek ciekawego rozwijania fabuły, dość niespodziewanie (ale przecież nie dla nas) odkrywa wokół siebie mnóstwo zagadek i pakuje się w kłopoty. Uwikłany w zdarzenia, które niekoniecznie potrafi połączyć w logiczną całość, nasz bohater doprowadza czytelnika do tego, co w książce najważniejsze – do antybaśni. Wielbicielom Wolskiego nie trzeba raczej wyjaśniać, o co chodzi, dobrze znają oni bowiem Amirandę i okolice. Cóż można jednak powiedzieć tym, którym Amiranda jest obca? Wyjaśnić, że to państwo w alternatywnym świecie – to przecież za mało. Ową rzeczywistość alternatywną wiążą z naszą więzy ścisłe, choć nieco pokrętnej natury. Te zwichrowania powodują, że szklana góra na skutek niekompetencji wykonawców przekształca się w szklany dół, Kopciuszek zaś okazuje się elementem antymonarchistycznego spisku określonych sił, z tak zwaną Dobrą Wróżką na czele, i to elementem obdarzonym wdziękami, powiedzmy, dyskusyjnej jakości. I tak dalej.
Tego rodzaju dziwy wywracają klasyczny baśniowy porządek do góry nogami. A to oznacza, że nie będzie tu dane czytelnikowi spocząć w sielskiej atmosferze kosmicznej sprawiedliwości, która nagradza czystość serca i myśli lub przynajmniej uszlachetnia cierpienie, zło zaś oddziela wyraźnie od dobra. Zawodzą w świecie antybaśni prawa znane nam z dziecięcych opowieści, antybaśniowy element ujawnia się najdobitniej w kpiarskim stylu, w karykaturalnym humorze, w degrengoladzie świata przedstawionego. W pierwszym, właściwym cyklu antybaśni to wszystko rzeczywiście śmieszy, chociaż gdyby zastanowić się nad naturą tego rozbawienia, niewątpliwie wydałaby się ona co najmniej podejrzana. Nie może być inaczej: aluzje do rzeczywistości zbyt często sięgają do znanych nam z mniej lub bardziej bezpośredniego doświadczenia przypadków, na myśl o których zwykliśmy na co dzień zgrzytać zębami. Śmiech oswaja tu zatem i w pewien sposób unieważnia głupstwa codzienności. Nic dziwnego, Antybaśnie z 1001 dnia wywodzą się przecież bezpośrednio z tradycji społeczno-politycznej satyry i takiegoż kabaretu.
Odniosłem jednak wrażenie, że tradycja ta zawodzi w drugim z antybaśniowych cyklów, zawartych w tomie. Wiekopomne czyny genialnego detektywa Arthura Darlingtona pozbawione są kpiarskiej lekkości wcześniejszych opowieści i w konfrontacji z nimi, miast bawić – nużą. Pomysły wydają się jakby zwietrzałe, humor – banalny. Ta część na pewno nie zachwyca.
Zastanawiam się również nad pomysłem fabularnego obudowania właściwych antybaśni. Wolski wykorzystał ramową konstrukcję do skomplikowania relacji wewnątrz świata przedstawionego (powiedzmy, że fikcyjny status Amirandy zostaje zakwestionowany), a także do otwarcia struktury utworu – zawieszone wątki mają być kontynuowane w kolejnej księdze pt. Włóczędzy czasoprzestrzeni. Wykorzystując znany motyw książki w książce – zarazem więc książki o książce – wprowadza autor zupełnie odrębne porządki, które nijak do siebie nie przystają. Dwa wzajemnie zależne układy fabularne różnią się środkami wyrazu tak bardzo, że trudno oprzeć się wrażeniu lekturowego dysonansu. O ile bowiem w przypadku wyimków z amirandzkiej historii kpina i groteska kształtują pełnię obrazu, o tyle wyczyny Marka Kazimierzaka relacjonowane są już w tonie poważniejszym (chociaż nadal niepozbawionym humoru), co wydaje się zresztą wyraźną intencją autora. Związek obuporządków okazuje się czysto mechaniczny, sztuczny i wymuszony, i mimo iż fabuła wyraźnie taki rozdźwięk sankcjonuje, wrażenie niespójności w odbiorze całego tomu pozostaje.
Powiedzmy sobie jednak wprost: to antybaśnie stanowią rdzeń tej książki, to one objętościowo dominują, przyćmiewając resztę. Przypuszczam, że można sobie uczynić ze zbioru samych antybaśni autonomiczną lekturę bez szkody dla radości czerpanej z przewracana kolejnych stronic (do takiej zresztą koncepcji blisko było pierwotnemu wydaniu książki). A że teraz dostajemy jeszcze coś dodatkowo? Cóż, nadmiar w tym wypadku nie powinien zaszkodzić.
Warto zatem zawitać do trapezoidalnego królestwa. Jeżeli więc tak się niefortunnie złożyło, że nie zdołałeś, Szanowny Czytelniku, zlokalizować w swojej szafie tajemnego przejścia do amirandzkiej rzeczywistości, nie pozostaje Ci nic innego, jak sięgnąć po tom prozy Marcina Wolskiego, by przekonać się, jakie to atrakcje Cię ominęły.
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 51
Перейти на страницу:

Czas jakiś, wzorując się na Orygenesie, próbowano rozwiązywać ten wymóg przez kastrację, później nagminnie importując ze słynnej z rzemiosł artystycznych Mesurii pasy cnoty, aby wreszcie poprzestać na przegrodzeniu całości zabudowań – od capelii poprzez reflektarz, lectorium, dormitorium, ad latrinam – wysokim murem uzupełnionym drutem kolczastym, a później również przewodami wysokiego napięcia. Potem odwiedził Klasztor święty Limeryk i dokonał cudu. Ściślej mówiąc, za pomocą „Małego Chemika" zbadał tutejsze wody, z których każda posiadała zdumiewające właściwości – od leczenia kołtuna po usuwanie żylaków. Szczególnie pożyteczny okazał się zdrój im. św. Dialektyki, ulubionej – choć nie przez wszystkich uznawanej -inspiratorki Limeryka. Woda tryskająca u podnóża skały, zwanej Rogiem Szatana, zawierała dużą ilość bromu, który wraz z innymi tajemniczymi domieszkami powodował u obojga płci dziwną niemoc i indyferentyzm seksualny. Kwaterka płynu – i problem występku zlikwidowany był w zarodku. Albowiem zamiast walczyć z grzechem, lepiej pozbyć się jego przyczyny.

Od tej pory nic nie zmąciło miejscowej harmonii, zwłaszcza że opat i przeorysza, aplikując braciom i siostrom napój wstrzemięźliwości, nie uznali za stosowne zburzyć muru, zachowali go na wszelki wypadek.

W czasach, których dotyczy nasz epizod, klasztor popadł już dawno w ruinę, wody Pieniawy podmyły południową flankę, zarosły nie uprawiane ogrody, a w wielkiej wieży zagnieździły się kruki i szczury. Światły Ryszard XVII dokonał był bowiem kasacji luizytów tak żeńskich, jak męskich, a w ruinach dożywała jedynie kresu wędrówki grupa staruszków tak wiekowych, że nawet bez zdroju Dialektyki -wstrzemięźliwych i obojętnych wobec pokus ciała. Pieniawę spiętrzono, zamieniając część malowniczego przełomu w zbiornik retencyjny, lwią partię Diablich Skał wysadzono i przeciągnięto linię kolejową…

* * *

Nazwali go bratem Skrybą. Wszyscy ci, którzy mogli znać jego imię chrzestne, a także zakonne dawno pomarli, on sam nie zamieszkiwał już w pozbawionym dachu dormitorium, jeno w maluchnym eremie na skraju zabudowań. Ze starą maszyną do pisania od świtu do zmroku z przerwami na zalecane przez regułę modlitwy oddawał się pilnemu przepisywaniu dawnych tekstów, ksiąg i wspomnień – odczuwał bowiem instynktowny wstręt do nowocześnie lansowanych technik xero lub mikrofilmowych.

Zbliżał się czas Komplety, a z nią pora wieczornego spoczynku. Skryba wyciągnął z maszyny ostatnią kartkę kroniki, opisującą słynną aferę masowych opętań przed pięciuset laty, kiedy z alkowy dobiegł go płacz, szloch wysoki, na wpół dziecinny. Dziecko? Od dziesięcioleci nie widywano w tej okolicy żadnych nieletnich. Mnich uchylił drzwi i zdębiał. W kącie jego służbowego posłania na złożonej w kostkę pościeli siedział mały, najwyżej metrowej wielkości diabeł i łkał żałośnie.

– Apage satanas! – zawołał luizyta.

Ale czart mocniej tylko wtulił głowę w ramiona, płacz jego stał się rozdzierający. Podstęp, nie podstęp?

– Precz, siło nieczysta! – powtórzył Skryba pamiętając, co przydarzyło się przed laty mniszce Eulalii, która w zimową noc przygarnęła małego, zziębniętego biesa i amputowawszy mu rogi oraz ogon czas jakiś przechowywała w przebraniu we własnej celi.

– Litości – zaskomlał czart, najwyraźniej nie mając ochoty opuścić posłania – wysłuchaj mnie, ojcze, i poradź, jestem w kompletnej rozpaczy.

– A cóż to, czyż nie wyrabiasz diabelskiej normy? – spytał mnich, na wszelki wypadek pozostając na progu.

– Wszystkiemu winne te wody – ciągnął kosmaty przybysz. – Napiłem się raz ze zdroju Sapientii i nie mam już spokoju. Doszło do tego, że zazdroszczę aniołom…

– Każdy im zazdrości – zgodził się Skryba.

– Ale ja im nie zazdroszczę przyjemnej służby, ja im zazdroszczę możliwości wyboru. Upadły anioł może zostać szatanem, a upadły diabeł? Przecież do nieba go nie wezmą?

– Skomplikowany problem – mruknął luizyta – radziłbym ci skontaktować się z profesorem Kołakowskim, autorem pracy Czy diabeł może być zbawiony?…

– Dajmy spokój profesorom i teoriom, chodzi mi o prywatne zdanie wielebnego ojca. Jest dla mnie szansa pracy u konkurencji…?

– Wątpię…

– Właśnie. W takim razie jestem bezrobotny – siąknął i wytarł nos w kosmate futro o lekko rudawym połysku.

– Nie rozumiem cię, sy… – tu Skryba ugryzł się w język, czując że termin „syn” wobec diabła nie jest adekwatny, a innego na podorędziu nie miał; przecie diabeł to nie zawód, lecz gatunek, eine rasę, jak nauczali Niemcy… ba, charakter!

Toż mnie nie wywalono, zwolniłem się poniekąd sam.

– Ale dlaczego?

– Zwątpiłem w istnienie Piekła. Ciekawe, prawda? Jestem diabłem niewierzącym. To znaczy, co do Nieba się nie wypowiadam, nie jestem w tej materii kompetentny, natomiast w Piekło nie wierzę. I już.

– Ha, nieszczęsny!

Tu czart przystąpił do dłuższej opowieści. Mimo niepoważnych kształtów, nie był młodzikiem, liczył sobie trzysta dwadzieścia siedem zim, a więc pamiętał jeszcze złote czasy stosów i sabatów. Cechowała go pracowitość i drobiazgowość, z pełnym zapałem kwalifikowanego funkcjonariusza wodził na manowce, ściągał z dróżek cnoty, nadymał pychą, podszeptywał chciwość, a spisane przezeń cyrografy, zawsze w trzech egzemplarzach z równym marginesem, mogłyby być ozdobą każdej biblioteki.

– I ty zwątpiłeś? – dziwił się mnich.

– Wątpliwości narastały we mnie stopniowo. Zaczęło się od konstatacji, że ani mój ojciec, ani dziad nigdy w piekle nie byli. Całe życie ciężko harowali, przeważnie na głębokiej prowincji, a to rozpijając społeczeństwo, a to do korupcji kaptując władzę czy też przesądy rasowe i społeczne do łbów wciskając. Wszystko to funkcjonowało nieźle, tyle

że ciekawość nie dała mi spać. I tak zacząłem rozpytywać tego i owego: „Byłeś w centrali?" I uwierzcie, ojcze, nikt z moich znajomych – ani Grzdyl, ani Chajcher, ani Dyrda, ani Bziukiewicz, ani nawet Kozdra czy Misiorny – nigdy nie dotarł na samą górę, czyli w naszym wypadku: dno. Nikt nie widział wielkich pieców pełnych surówki (czyli świeżych

potępionych), o siarce wyrażali się mętnie, podobnie jak o naszej wytrzymałości na wysokie temperatury. Ba, żadnego dowodu nie ma, że podłe postępowanie ludzi ma związek z naszymi podszeptami. Bywają grzesznicy, co na łożu śmierci potrafią żalem doskonałym zepsuć nam wieloletnią robotę. Poza tym nikt nie wie, dokąd naprawdę idą dusze, bo półmaterialny bies żadną miarą ducha jako bytu absolutnego dojrzeć nie może… Śpisz, ojcze?

– Nie, słucham.

– W końcu opadły mnie pokusy ciśnięcia tego wszystkiego w diabły, bo może, myślę, to tylko robota głupiego, niewarta świeczki.

– Raczej ogarka – poprawił Skryba – diabłu przystoi ogarek!

– Zacząłem poszukiwanie. Najpierw przypieram do muru mego starego i pytam, kto wydaje mu instrukcje dla mnie i komu przekazuje meldunki? Kręci, wypiera się, w końcu wskazuje na stryja. Ja do stryja, staruszek kluczy jak może, sianem (choć to produkt łatwo palny) się wykręca, wreszcie wskazuje na kuzyna, specjalistę od pokus nastolatków. Łańcuszek decyzyjny prowadzi od diabła do diabła. Kręci, pętli się, kompetencyjnie sprzęga. Osiemnastym z kolei rozmówcą jest Hych, chudy, ascetyczny diabeł. Dopadłem go, gdy wybierał się pomącić w środowisku spekulantów i aferzystów gospodarczych – twardo drogę mu zastąpiłem i walę:

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)