Nie licząc psa [To Say Nothing of the Dog - pl]
- Автор: Уиллис Конни
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7180-501-2
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Nie licząc psa [To Say Nothing of the Dog - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie — odparł Terence.
— Tak — przerwała mu Tossie, wznosząc oczy ku sklepieniu. — I nie obchodzi mnie, co on mówi, złośliwy stary niedźwiedź. One są tutaj, duchy z innego miejsca i czasu. Czuję ich obecność.
— Kierownik powiedział, że kościół nie jest nawiedzony, czego on bardzo żałuje — podjął Terence — ponieważ duchy nie nanoszą błota na podłogę i nie zrywają jego ogłoszeń. I nie przeszkadzają mu w porze herbaty.
— Herbata! — zawołała Tossie. — Co za cudowny pomysł! Kuzynko, powiedz Baine’owi, żeby podał herbatę.
— Nie mamy czasu — oświadczyła Verity, naciągając rękawiczki. — Czekają na nas u madame Iritosky.
— Och, ale pan St. Trewes i pan Henry jeszcze nie widzieli młyna — zaprotestowała Tossie.
— Mogą go obejrzeć po naszym odjeździe — ucięła Verity i zdecydowanym krokiem wyszła z kościoła. — Nie chcemy spóźnić się na pociąg do Muchings End.
Zatrzymała się przy bramie cmentarza.
— Panie St. Trewes, zechce pan powiedzieć Baine’owi, żeby przyprowadził powóz?
— Z przyjemnością — zapewnił Terence, uchylił kapelusza i ruszył w kierunku drzewa, gdzie Baine czytał książkę.
Miałem nadzieję, że Tossie z nim pójdzie, a ja będę mógł dokończyć rozmowę z Verity, ona jednak została przy bramie cmentarza, nadąsana, z trzaskiem otwierając i zamykając parasolkę. Jaki by pretekst wymyślić, żeby zostać sam na sam z Verity? Raczej nie mogłem zaproponować Tossie, żeby poszła z Terence’em, skoro Verity już się martwiła ich zażyłością. Zresztą Tossie chętniej wydawała rozkazy, niż je przyjmowała.
— Moja parasolka — powiedziała Verity. — Chyba ją zostawiłam w kościele.
— Pomogę pani szukać — zaofiarowałem się i skwapliwie otworzyłem drzwi, rozrzucając wokoło ogłoszenia.
— Wrócę do Oksfordu i przy najbliższej okazji złożę raport panu Dunworthy’emu — szepnęła Verity, jak tylko drzwi się zamknęły. — Gdzie będziesz?
— Nie jestem pewien — odparłem. — Gdzieś na rzece. Terence mówił, żeby powiosłować do Henley.
— Spróbuję wysłać ci wiadomość — obiecała, idąc na początek nawy. — To może potrwać kilka dni.
— Co chcesz, żebym zrobił?
— Nie pozwól Terence’owi zbliżyć się do Muchings End — poprosiła. — Pewnie to zwykłe zadurzenie ze strony Tossie, ale wolę nie ryzykować.
Kiwnąłem głową.
— I nie przejmuj się. To tylko trzydniowy poślizg, a pan Dunworthy nie wysłałby cię, gdyby Księżniczka Ardżumand nie wróciła bezpiecznie do domu. Na pewno wszystko jest w porządku. — Poklepała mnie po ramieniu. — Prześpij się trochę. Chyba już ci przechodzi dyschronia.
— Spróbuję — przyrzekłem.
Verity wyjęła parasolkę spod pulpitu klęcznika i ruszyła do drzwi. Potem zatrzymała się z uśmiechem.
— A jeśli spotkasz kogoś o nazwisku Chaucer lub Churchill, wyślij go do Muchings…
— Powóz zajechał, panienko — oznajmił Baine, wyrastając w drzwiach.
— Dziękuję, Baine — rzuciła chłodno Verity i przeszła obok niego. Terence pomagał Tossie wsiąść do powozu.
— Mam nadzieję, że spotkamy się znowu, panie St. Trewes — mówiła Tossie, już nie nadąsana. — Dzisiaj wieczorem jedziemy pociąłem do Muchings End. Wie pan, gdzie to jest? Nad rzeką, zaraz za Streatley.
Terence zdjął kapelusz i przyłożył go do serca.
— „Więc żegnaj, piękna, żegnaj mi, adieu!” Powóz szarpnął do przodu.
— Baine! — oburzyła się Tossie.
— Przepraszam, panienko — powiedział Baine i ściągnął lejce.
— Do widzenia! — zawołała Tossie, powiewając chusteczką i całą resztą swojego stroju. — Do widzenia, panie St. Trewes!
Powóz potoczył się ze wzgórza. Terence odprowadzał go wzrokiem.
— Lepiej już chodźmy — powiedziałem. — Profesor Peddick na nas czeka.
Westchnął, spoglądając tęsknie na tuman kurzu unoszący się za powozem.
— Czyż ona nie jest cudowna?
— Tak — mruknąłem.
— Musimy natychmiast wyruszyć do Muchings End — oznajmił i zaczął schodzić ze wzgórza.
— Nie możemy — zaprotestowałem, biegnąc za nim truchcikiem. — Musimy odwieźć profesora Peddicka do Oksfordu, a co z jego wiekowymi reliktami? Jeśli przyjechały popołudniowym pociągiem, trzeba je odebrać ze stacji.
— Załatwię z Trotterem, żeby je odebrał — oświadczył Terence, nie zwalniając kroku. — Jest mi winien przysługę za tamto tłumaczenie Lukrecjusza. Odwiezienie Peddicka zajmie tylko godzinę. Możemy go wysadzić przy Magdalenie o czwartej i zostaną nam jeszcze cztery godziny dziennego światła. Przed nocą zdążymy minąć śluzę w Culham. W ten sposób jutro w południe dopłyniemy do Muchings End.
Tyle z mojej pochopnej obietnicy, że będę trzymał Terence’a z dala od Tossie, pomyślałem, biegnąc za nim do łodzi. Której nie było.
ROZDZIAŁ SIÓDMY