The Lady of the Lake [Pani Jeziora]
- Автор: Сапковский Анджей
- Серия: Wiedźmin #7
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: SuperNOWA
- ISBN: 83-7054-129-1
- Переводчик: David French
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «The Lady of the Lake [Pani Jeziora]». Краткое содержание книги:
But this is Ciri, the child of prophecy, and she will not be defeated. She knows she must escape to finally rejoin the Witcher, Geralt, and his companions - and also to try to conquer her worst nightmare. Leo Bonhart, the man who chased, wounded and tortured Ciri, is still on her trail. And the world is still at war
Wiedźmin z sykiem wydobył miecz z pochwy na plecach.
— Nie jedynym — powiedział beznamiętnie. - Z pewnością nie jedynym, panie Schweitzer.
Korred milczał przez czas jakiś. Trzymający się za jego plecami kilmulis kołysał się i pocharkiwał. Pryskirnik zginał i prostował odnóża. Kandelabr zmieniał kształty. Teraz wyglądał jak koślawa choinka z dwojgiem wielkich fosforyzujących oczu.
— Daj dowód — rzekł wreszcie korred — twojej szczerości i dobrej woli?
— Jaki?
— Twój miecz. Twierdzisz, że przestaniesz być wiedźminem. Wiedźmin to jego miecz. Wrzuć go do przepaści. Albo złam. Wtedy pozwolimy ci wyjść.
Geralt przez chwilę stał bez ruchu, w ciszy, w której słychać było kapanie wody ze stropu i ścian. Potem wolno, nie spiesząc się, pionowo i głęboko wetknął miecz w rozpadlinę skalną. I złamał klingę silnym uderzeniem buta. Brzeszczot pękł z jękiem, który echem odezwał się w pieczarach.
Woda kapała ze ścian, ściekała po nich niby łzy.
— Nie mogę uwierzyć — rzekł po woli korred. - Nie mogę uwierzyć, że ktoś może być aż taki głupi.
Rzucili się na niego wszyscy, momentalnie, bez krzyku, hasła, czy komendy. Pierwszy sadził przez mostek pan Schweitzer, z wysuniętymi pazurami i wyszczerzonymi kłami, których nie powstydziłby się wilk.
Geralt pozwolił mu się zbliżyć, po czym wykręcił się w biodrach i ciął, rozwalając dolną szczękę i gardło. W następnej chwili już był na mostku, uderzeniem na odlew rozpłatał kilmulisa. Skurczył się i przypadł do ziemi, w samą porę, a skaczący na niego kandelabr przeleciał górą, ledwie zadrapawszy mu kurtkę szponami. Wiedźmin uskoczył przed pryskirnikiem, przed jego cienkimi łapami migającymi jak śmigi wiatraka. Cios jednej z łap trafił go w bok głowy, Geralt zatańczył, robiąc zwód i otaczając się szerokim cięciem. Pryskirnik skoczył znowu, ale chybił. Uderzył o barierkę i rozwalił ją, runął w przepaść wraz z gradem kamieni. Do tej pory nie wydał najmniejszego dźwięku, teraz, lecąc w przepaść, zawył. Wycie cichło długo.
Zaatakowali go z dwóch stron — z jednej kandelabr, z drugiej broczący krwią kilmulis, który choć ranny, zdołał wstać. Wiedźmin wskoczył na balustradkę mostku, czuł, jak trą o siebie usuwające się kamienie, a cały mostek drży. Balansując, wymknął się z zasięgu szponiastych łapsk kandelabra i znalazł się za plecami kilmulisa. Kilmulis nie miał szyi, więc Geralt ciął go w skroń. Ale czerep potwora był jak z żelaza, musiał rąbnąć go po raz drugi. Stracił na to odrobinę za dużo czasu.
Dostał w głowę, ból błysnął mu w czaszce i oczach. Zawirował, otaczając się szeroką paradą, czując wartko cieknącą spod włosów krew, starał się zrozumieć, co się stało. Unikając cudem drugiego ciosu szponów, zrozumiał. Kandelabr zmieniał kształty — teraz atakował nieprawdopodobnie wręcz wydłużonymi łapami.
Miało to wadę. W postaci zakłóconego środka ciężkości i równowagi. Wiedźmin zanurkował pod łapami, skracając dystans. Kandelabr, widząc, co się święci, jak kot upadł na grzbiet, wystawiając tylne łapy, równie szponiaste jak przednie. Geralt przeskoczył nad nim, rąbiąc w skoku. Czuł, jak klinga tnie ciało. Zwinął się, odwrócił, ciął jeszcze raz, przypadając na kolano. Stwór zakrzyczał i gwałtownie wyrzucił do przodu głowę, dziko kłapnął zębiskami tuż przed piersią wiedźmina. Jego wielkie oczy świeciły w ciemności. Geralt odepchnął go mocnym uderzeniem głowicy miecza, ciął z bliska, znosząc mu połowę czaszki. Nawet bez tej połowy ten dziwny, nie figurujący w żadnej z wiedźmińskich ksiąg stwór kłapał zębami jeszcze przed dobre kilkanaście sekund. Potem umarł, ze strasznym, niemal ludzkim westchnieniem.
Leżący w krwi korred drgał konwulsyjnie.
Wiedźmin stanął nad nim.
— Nie mogę uwierzyć — powiedział — że ktoś mógł być tak głupi, by dać się nabrać na tak prostą iluzję, jak ta z łamaniem miecza.
Nie był pewien, czy korred jest na tyle przytomny, by rozumieć. Ale w sumie było mu to obojętne.
— Ostrzegałem — powiedział, ocierając krew, która lała mu się po policzku. - Uprzedzałem, że muszę z stąd wyjść.
Pan Schweitzer zadygotał mocno, zacharczał, zaświszczał i zazgrzytał. Potem ścichł i znieruchomiał.
Woda kapała ze stropu i ścian.
— Jesteś usatysfakcjonowany, Regis?
— Teraz tak.
— A zatem — wiedźmin wstał — dalejże, biegnij i pakuj się. A żywo.
— Nie zajmie mi to wiele czasu. Omnia mea mecum porto.
— Co?
— Mam niewielki bagaż.
— Tym lepiej. Za pół godziny, za miastem.
— Będę tam.
Nie docenił jej. Przydybała go. Sam był sobie winien. Zamiast się śpieszyć, mógł pojechać na tyły pałacu i zostawić tam Płotkę w większej stajni, tej dla błędnego rycerstwa, personelu i służby, w której trzymała też konie jego drużyna. Nie zrobił tego, z pośpiechu i z przyzwyczajenia skorzystał ze stajni książęcej. A mógł się domyślić, że w książęcej stajni musi być ktoś, kto donosi.
Chodziła od przegrody do przegrody, kopiąc słomę. Miała na sobie krótkie futerko z rysia, białą atłasową bluzkę, czarną spódnicę do konnej jazdy i wysokie buty. Konie parskały, wyczuwając emanującą z niej złość.
— Proszę, proszę — powiedziała na jego widok, wyginając trzymaną w ręku szpicrutę. - Uciekamy! Bez pożegnania. Bo list, który zapewnie leży na stole, to nie jest pożegnanie. Nie po tym, co nas łączyło. Jak się domyślam, twoje postępowanie wyjaśniają i usprawiedliwiają niezwykle ważkie argumenty.
— Wyjaśniają i usprawiedliwiają. Przepraszam, Fringillo.
— Przepraszam, Fringillo — powtórzyła, wściekle krzywiąc usta. - Jakżeż krótko, jakżeż oszczędnie, jakżeż bezpretensjonalnie, z jakąż dbałością o styl. List, który dla mnie zostawiłeś, głowę dam, jest pewnie zredagowany równie wykwintnie. Bez nadmiernej rozrzutności, jeśli idzie o atrament.
— Muszę jechać — wykrztusił. - Domyślasz się, dlaczego. I dla kogo. Wybacz mi proszę. Miałem zamiar umknął chyłkiem i cichaczem, bo… Nie chciałem, byś próbowała jechać za nami.
— Próżny był to lęk — wycedziła, zginając szpicrutę w pałąk. - Nie pojechałabym z tobą, nawet gdybyś prosił, leżąc u mych stóp. O nie, wiedźminie. Jedź sam, sam zgiń, sam zamarznij na przełęczach. Ja nie mam wobec Ciri żadnych zobowiązań. A wobec ciebie? Czy ty wiesz, ilu błagało o to, co ty miałeś? A co teraz z pogardą odrzucasz, ciskasz w kąt?
— Nigdy cię nie zapomnę.
— Och — syknęła. - Sam nie wiesz, jaką mam ochotę sprawić, by tak naprawnę było. Jeśli nawet nie za pomocą magii, to za pomocą tego pejcza!
— Nie zrobisz tego.
— Masz rację, nie zrobię. Nie potrafiłabym. Zachowam się, jak przystało na wzgardzoną i porzuconą kochankę. Klasycznie. Odejdę z podniesioną głową. Z godnością i dumą. Łykając łzy. Potem będę ryczeć w poduszkę. A potem puszczę się z innym!
Pod koniec niemal krzyczała.
Nic nie powiedział. Ona też milczała.
— Geralt — powiedziała wreszcie, zupełnie innym głosem. - Zostań ze mną.
— Wydaje mi się, że cię kocham — powiedziała, widząc, że zwleka z odpowiedzią. - Zostań ze mną. Proszę cię o to. Nigdy nikogo nie prosiłam i nie sądzę, bym poprosiła. Ciebie proszę.
— Fringillo — odrzekł po chwili. - Jesteś kobietą, o której mężczyzna może tylko marzyć. Moją, tylko moją winą jest, że nie mam natury marzyciela.
— Jesteś — powiedziała po chwili, zagryzając wargi — jak rybacki hak, który raz wbity, wyrwać można tylko z krwią i mięsem. Cóż, sama sobie jestem winna, wiedziałam, co robię, igrając z niebezpieczną zabawką. Na szczęście, wiem też, jak sobie radzić ze skutkami. Mam w tym względzie przewagę nad resztą kobiecego plenienia.