Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Pierwszy był dziwną złotą bransoletą, połączoną czterema płaskimi łańcuszkami z pierścieniami, które należało nosić na palcach; wszystko było pokryte zawikłanym, misternym wzorem. Z obu angreali ten był silniejszy, silniejszy również od żółwia, którego nosiła w swoim mieszku. Bransoleta została wykonana na dłoń mniejszą od jej dłoni albo dłoni Aviendhy. Co dziwniejsze, miała zamek i dopasowany malutki cylindryczny kluczyk na cienkim łańcuszku, który najwidoczniej należało odpiąć, aby bransoletę otworzyć. I kluczyk też był! Drugi angreal miał kształt figurki siedzącej kobiety, wyrzeźbionej z pociemniałej od starości kości słoniowej; siedziała ze skrzyżowanymi nogami, ukazując nagie kolana, ale włosy miała tak długie i bujne, że najgrubszy płaszcz nie okryłby jej lepiej. Angreal nie był wprawdzie nawet tak silny jak żółw, ale Elayne niezwykle fascynował. Kobieta trzymała jedną dłoń wspartą na kolanie, wnętrzem do góry i z palcami tak ułożonymi, że kciuk dotykał czubków środkowych dwóch palców, drugą zaś dłoń miała uniesioną, przy czym pierwsze dwa palce były wyprostowane, a pozostałe zgięte. Od figurki tchnęło niezwykłą godnością, a jednak delikatnie wyrzeźbiona twarz zdradzała zarazem rozbawienie i zachwyt. Może została wykonana dla jakiejś konkretnej kobiety? To mógł być przedmiot osobistego użytku. Być może w Wieku Legend posługiwano się takimi. Niektóre ter’angreale były ogromne, potrzeba było ludzi, koni albo nawet Mocy, żeby przetransportować je na inne miejsce, natomiast większość angreali dawało się nosić przy sobie; nie wszystkie co prawda, ale większość tak.
Właśnie zdejmowały płócienne osłony z kolejnych wiklinowych koszy, kiedy pojawiła się Nynaeve. Atha’an Miere powoli wychodziły z jednego z budynków farmy, nie kulejąc już. Merilille rozmawiała z Renaile, czy raczej to Poszukiwaczka Wiatru mówiła, a Merilille słuchała. Elayne zastanawiała się, co się tam stało. Szczupła Szara nie miała już takiej zadowolonej miny. Grupka kobiet z Rodziny rozrosła się, ale w chwili, gdy Elayne patrzyła w tamtą stronę, trzy kolejne pojawiły się na podwórku, wyraźnie się wahając i jeszcze dwie przystanęły na skraju gaju oliwnego, niezdecydowanie rozglądając się dookoła. Czuła Birgitte, gdzieś pośród drzew, tamta była trochę mniej zirytowana niż wcześniej.
Nynaeve spojrzała na wystawę ter’angreali i szarpnęła za warkocz. Gdzieś zgubiła kapelusz.
— To może poczekać — powiedziała z wyraźnym niesmakiem. — Na nas już czas.
5
Narodziny burzy
Słońce pokonało już nieco więcej niż połowę drogi do horyzontu, kiedy zaczęły się wspinać mozolnie po mocno udeptanej, krętej ścieżce, która zawiodła je na szczyt stromego wzgórza górującego nad stodołami. Było to miejsce wybrane przez Renaile. Wybór miał sens zgodnie z tym, czego Elayne dowiedziała się od Poszukiwaczek Wiatru Ludu Morza na temat pracy z pogodą. Wprowadzanie zmian do miejsc położonych poza najbliższym otoczeniem oznaczało pracę na dużą odległość, której warunkiem z kolei było objęcie wzrokiem znamionowanego obszaru, rzecz znacznie łatwiejsza na oceanie niż na lądzie. Chyba że się stało na szczycie góry albo na wzgórzu. A poza tym wymagało to również wprawnej ręki, w przeciwnym razie mogło się skończyć ulewnymi deszczami, trąbami powietrznymi albo Światłość jedna wie, czym jeszcze. Cokolwiek się robiło, efekty rozchodziły się niczym zmarszczki po powierzchni stawu, do którego wrzucono kamień. Naprawdę nie miała ochoty kierować kręgiem, który miał użyć Czary.
Szczyt wzgórza był płaski, niczym nie porośnięty, podobny do kamiennego blatu, pięćdziesiąt kroków długi i tyleż szeroki, z mnóstwem miejsca dla wszystkich, którzy musieli tam być oraz, jeśli już o tym mowa, dla kilkorga tych, którzy nie musieli. Z miejsca położonego na wysokości co najmniej pięćdziesięciu kroków nad farmą roztaczał się imponujący widok na rozciągającą się na przestrzeni wielu mil szachownicę farm i pastwisk, lasów i gajów oliwnych. O wiele za dużo brązów i nagich żółci mieszało się z mnogością odcieni zieleni, niczym zew ponaglający, by wreszcie zrobiły to, co zamierzyły; ale i tak Elayne poczuła się wstrząśnięta pięknem krajobrazu. Mimo kurzu, który unosił się w powietrzu niczym blada mgła, widziała tak daleko! Teren naprawdę był płaski, wyjąwszy te kilka wzgórz. Ebou Dar znajdowało się na południu, poza zasięgiem nawet posilonego Mocą wzroku, a jednak miała wrażenie, że jeszcze trochę, a je zobaczy. Natomiast przy odrobinie starań była w stanie zobaczyć rzekę Eldar. Wspaniały widok. Nie wszystkich jednak zainteresował.
— Godzina zmarnowana — burknęła Nynaeve, patrząc koso na Reanne i prawie wszystkie pozostałe. Nie było tu Lana, więc mogła skorzystać z okazji i rozpuścić wodze swojego temperamentu. — Prawie godzina. Może więcej. Całkiem zmarnowana. Alise jest, jak mi się wydaje, dość kompetentna, ale człowiek mógłby się spodziewać, że Reanne będzie wiedziała, kogo tu sprowadzić! Światłości! Jeżeli ta głupia kobieta znowu mi zemdleje!... — Elayne miała nadzieję, że Nynaeve wytrzyma jeszcze chwilę. Wszystko wskazywało na to, że burza, kiedy już się rozpęta, będzie naprawdę porządna.
Reanne usiłowała zachować pogodną, ochoczą minę, ale jej dłonie zaplątane w fałdy spódnic nie potrafiły nawet na moment znieruchomieć, wciąż je skubały i wygładzały. Kirstian zaś zwyczajnie wczepiła swoje palce w spódnice i pociła się, z takim wyrazem twarzy, jakby lada chwila miała zwymiotować; drżała, gdy ktokolwiek na nią spojrzał. Trzecia kobieta z Rodziny, Garenia, była kupcem z Saldaei; niska, obdarzona wydatnym nosem, szerokimi ustami i wąskimi biodrami, przewyższała siłą tamte dwie, mimo że wyglądała na niewiele starszą od Nynaeve. Jej blada twarz zdawała się tłusta od potu, a ciemne oczy stawały się większe za każdym razem, gdy ich spojrzenie padało na jakąś Aes Sedai. Elayne miała wrażenie, że być może już niebawem się przekona, czy czyjeś oczy naprawdę mogą wyjść z orbit. Przynajmniej Garenia przestała jęczeć, po raz pierwszy od początku wspinaczki na szczyt wzgórza.
Podobno na farmie były przed ich przybyciem jeszcze dwie inne, które być może dysponowały dostateczną siłą — być może, Rodzina nie zwracała specjalnej uwagi na takie sprawy — ale te przed trzema dniami postanowiły pójść własną drogą. Poza nimi na farmie nie było już żadnej kobiety, która nadawałaby się choćby w najmniejszym stopniu. Stąd właśnie niesmak nie opuszczający Nynaeve. To jeden powód. Drugi był taki, że nikogo innego, jak właśnie Garenię znaleziono w pierwszej kolejności pośród zemdlonych na podwórzu. A skoro już o niej mowa, Garenia mdlała jeszcze dwa razy po tym, jak ją ocucono — wystarczało, że jej wzrok padał na jedną z sióstr. Rzecz jasna, Nynaeve, jak to Nynaeve, nie zamierzała przyznać, że powinna była zrobić coś tak prostego, jak zapytać Alise, kto jeszcze został na farmie. Albo chociaż powiedzieć Alise, czego szuka, zanim ta sama ją zapytała. Nynaeve nigdy się po nikim nie spodziewała, że będzie miał dość rozumu, by umieć rozróżnić górę od dołu. Z wyjątkiem jej samej.