Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Najlepsza załoga słonecznego. Tom 1
Najlepsza załoga słonecznego. Tom 1 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Najlepsza załoga słonecznego. Tom 1

Электронная книга - «Najlepsza załoga słonecznego. Tom 1». Краткое содержание книги:

Po nową książkę Diwowa sięgnąłem zupełnie przypadkowo. Zasadniczo nie czytuję science fiction. Nie żebym jakoś strasznie nie przepadał za tym gatunkiem, ale wolę fantasy, a biorąc pod uwagę wysyp nowości książkowych każdego miesiąca, zazwyczaj nie mogę narzekać na wybór pozycji z tego gatunku. Skąd zatem Najlepsza załoga Słonecznego? Zainteresowała mnie okładką odmienną od tych, do których przyzwyczaiła nas Fabryka Słów. Układając w pracy nową dostawę książek chciałem pobieżnie rzucić na nią okiem – cóż to takiego? i wsiąkłem… Stojąc w przeciągu, w półotwartych drzwiach na zaplecze, na jakieś pół godziny. Bez mała siłą oderwałem się od lektury obiecując samemu sobie, że wrócę do niej po pracy. Ponieważ właśnie skończyłem czytać, chciałbym się z Wami podzielić swoimi odczuciami na jej temat.
Diwow opisuje świat po III wojnie światowej i po globalnym konflikcie jądrowym rozpoczętym w 2400 roku. Ludzie skolonizowali Wenus i Marsa. Zdążyli również odbyć dwie kampanie tłumiące rebelie wyzwoleńcze na tych planetach. W Układzie Słonecznym nastał pokój. Mniej więcej w tym momencie poznajemy załogę flagowego okrętu dowódcy Grupy F, admirała Olega Uspienskiego. Tak naprawdę styczność mamy jedynie z oficerami i zwierzchnikami poszczególnych grup – mechaników, nawigatorów etc. co daje nam wizję stylu życia wojskowych astronautów. Każdy jeden statek zamienia się w puszkę z kilkusetosobową grupą niestabilnych psychicznie osobników, którzy z czasem nie chcą już schodzić na powierzchnię. Statki są ich całym życiem, domem, ostoją. Część z nich posiada rodziny „na dole”, jednak kontakt z nimi zamienia się w przelewanie żołdu na ich konta. Groźba rozwiązania floty galaktycznej i związane z tym przejście do cywila i powrót do życia na powierzchni szczególnie dotyka właśnie tych ludzi. Jak będą sobie z tym radzić i co z tego wyniknie? O tym właśnie przeczytacie w pierwszym tomie Najlepszej załogi Słonecznego.
Co zatem sprawia, że książka tak przyciąga? Humor, zarówno słowny jak i sytuacyjny. Czasem prosty, dosadny – żołnierski, jak namalowany nieusuwalną farbą na dnie basenu statku flagowego ponad dwumetrowy fallus, a czasem żart ukryty między wierszami. Wszystko to okraszone całą gamą odwołań do popularnych dzieł z gatunku science fiction. Statki floty noszą dumnie imiona dzielnych bohaterów różnych galaktyk. Od Ripley począwszy, przez Pirxa, aż po admiralskiego cruisera Paula Atrydę zwanego pieszczotliwie Muad’Dibem. Czytając Najlepszą załogę Słonecznego czuć specyfikę słowiańskiego pochodzenia autora. Jak w polskich filmach głównego nurtu – na porządku dziennym jest wódka, nagie kobiety i dosadny język. Stosunki między załogantami mógłbym porównać do tych, które w armii zaprezentował nam w swojej Achai Andrzej Ziemiański. Klimat na statku momentami żywcem przypomina klasyczny angielski serial Czerwony Karzeł, a to wszystko składa się na książkę przywodzącą na myśl hellerowski Paragraf 22. Dużo akcji, zaskakujące zwroty fabuły, intryga rysująca się w tle i charakterystyczni bohaterowie sprawiają, że ani na moment nie chcemy oderwać się od lektury.
Warto dodać również kilka słów na temat tłumaczenia. Eugeniusz Dębski jest doskonale znany polskim miłośnikom fantastyki zarówno ze swoich tekstów jak i tłumaczeń rosyjskich autorów. Porównywać do oryginału nie mam możliwości, jednak przekład czytało mi się bardzo dobrze. Nie odczułem zgrzytów, które potrafią wyjść w zbyt dosłownych tłumaczeniach, a nieliczne pozostawione w oryginalnym brzmieniu słowa tylko dodawały wiarygodności zarówno bohaterom pochodzenia rosyjskiego jak i językowi floty.
Największą wadą książki jest jej długość. Tom pierwszy ma zaledwie 195 stron plus słownik, w którym wytłumaczone są między innymi nawiązania literackie i wyjaśnione niektóre pojęcia ważne dla świata przedstawionego. Czy zatem nie można było wydać obu tomów w jednej książce? Mam nadzieję, że nie jest to eskalacja procederu dzielenia polskich wydań na podtomy (w czym przoduje Zysk z martinowską Pieśnią Lodu i Ognia) i że w tym wypadku podział narzucony został przez oryginalne wydanie. Pozostaje mi zatem czekać na ciąg dalszy przygód Najlepszej załogi Słonecznego. Na szczęście drugi tom ma się pojawić już w tym miesiącu.
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 38
Перейти на страницу:

Issiah wolno podniósł rękę, dotknął rozerwanego ucha, podniósł zakrwawioną dłoń do twarzy… Jego spojrzenie zrobiło się szklane.

Coś głośno trzasnęło – to admirał spuścił napięty kurek, przytrzymując go kciukiem.

W oczach Meyera pojawiły się duże łzy.

Admirał wolno schował do kieszeni na biodrze mały czarny pistolet.

– Wytrzymasz tortury, Żydeńku? – zapytał niemal czule.

– Matko Boska… – jakże chrześcijańsko wyszeptał Issiah, wpatrując się w swoje dygocące palce, z których kapała na podłogę krew.

– Boga nie ma – zauważył Raszyn. – W każdym razie dla ciebie.

– Bóg jest nienawiścią – powiedziała Linda. – A tobie, Issiah, na gwałt potrzebna jest miłość. Przy okazji, panie admirale, nie pozwalałam panu tu strzelać.

– Zaceruj mu szybko ucho – polecił dowódca. – I nie hałasuj mi tu. Żarty się skończyły. Od godziny mamy stan wojenny. Zastrzelę każdego, kto mi się nie spodoba.

– Dlaczego wojenny? – głośnym szeptem zapytał Werner.

– Bo lecimy na Marsa – mruknął Essex. – Dławić przemyt. Policjantów zabrakło, żeby ich!…

– Panie admirale! – zawołał Andrew. – Czy pozwoli pan? Może ja bym…

– Idź! – skinął głową Raszyn, nie odwracając się. – Do pracy. I dziękuję z całego serca.

– Tak jest. – Werner zasalutował Tyłkowi, podszedł do drzwi i odskoczył wystraszony. Na korytarzu sypały się wiąchy, jakie rzadko słychać nawet podczas walki. Wrzeszczał commander Jean Paul Borowski. W roli chłopców do bicia występowała ochrona, bohatersko niedopuszczająca ZDO do komunikatora na drzwiach gabinetu.

– Co tam znowu?! – wrzasnął Raszyn, zagłuszając admiralskim rykiem krzyki na korytarzu. – Wpuścić!

– Kur-r-rwa! – sapnął Borowski, przedzierając się przez ochronę. – O, pardon, sir! Mamy NW. Potrzebuję na gwałt Lindy. A tu… Przepraszam, sir! Ja może potem…

– Co za Niespodziewane Wydarzenie? Po co Linda? Ktoś ześwirował?

– Tak jest, sir! Starszy nawigator Falzfein. Najpierw kategorycznie odmówiła wykonania rozkazu, potem wzięła i się popierdoliła.

Zza parawanu wyjrzała Linda z pojemnikiem anestetyku w dłoni.

– Najwyższy czas – powiedziała.

– Która to Falzfein? – ożywił się Essex. – Taka laleczka blond z krągłym tyłeczkiem?

– Nie – machnął ręką Raszyn. – Blondynka to nasza Candy. A Falzfein jest szatynką. Nie znasz.

– Na razie walnęliśmy jej narkot – poinformował dowódcę Borowski, by zaraz dodać przepraszająco: – Ale jakoś strach, bo jeszcze się ocknie…

– Linda jest zajęta – kategorycznie oświadczył admirał. – A Margo rozstrzelać w pizdu. Nie mamy dla niej czasu.

– Co? – ZDO wytrzeszczył oczy.

– Niech pan zrozumie – powiedział Andrew, obejmując pierwszego oficera i wyciągając go na korytarz. – Widzi pan przecież, że tu ludzie są bardzo zajęci.

– Jak to: rozstrzelać? – wymamrotał Borowski.

– W pizdu – wyjaśnił Raszyn. – I zamknij drzwi.

Na korytarzu ZDO obrzucił oszalałym spojrzeniem ochronę. Goryle, słyszący całą rozmowę, miny mieli raczej takie sobie.

– Chłopy – zaczął pierwszy oficer – potraficie rozstrzeliwać?

Ci wymienili spojrzenia. Któryś nerwowo zachichotał.

– Może nie będzie trzeba?… – bąknął dowódca ochrony Essexa, dość sympatyczny bęcwał-kapitan.

– Porzuć złudzenia – ze smutkiem rzucił jeden z ochroniarzy dowódcy Grupy F, ukradkiem puszczając oko do Borowskiego i pokazując język. – Gdyby to Tyłek rozkazał, to może by się i upiekło. Ale skoro sam Raszyn… Nasz stary nie rzuca słów na wiatr. Radzę ci, wyciągaj archiwum, sprawdź, jak to się robi.

– Dlaczego ja? Dlaczego nie wy na przykład? – Kapitan zaczął dygotać.

– A dlatego, że pluton egzekucyjny musi liczyć co najmniej pięciu ludzi. Akurat tylu was jest, a ty dowodzisz. Machniesz ręką.

– Skurwiele! Jaja sobie robicie, tak?

– Nieee – pokręcił głową ZDO.

Ochroniarz otworzył szeroko usta. Potem je zamknął. Borowski był jeszcze rok temu zastępcą Raszyna do spraw operacyjnych i na tym stanowisku wprawiał w przerażenie całą Grupę F, póki nie trafił do wariatkowa. Gdyby nie te ostatnie okoliczności, byłby już kontradmirałem. Do chwili obecnej jedyną jednostką, na której nikt się nie bał Borowskiego, był jego macierzysty „Paul Atrydes”. Tu commander grał rolę czułego tatusia. Ale gdy pojawił się gdziekolwiek indziej – wszyscy w panice uciekali mu z drogi. Nawet uzbrojona ochrona.

– Proszę się przygotować – rzucił teraz twardym głosem. – Sformować pluton egzekucyjny. To smutne, ale co możemy poradzić… Na nic nam taki balast.

– Czyli poważnie?… – jęknął kapitan.

– Przecież słyszał pan rozkaz. Rozstrzelać.

– Ale jakże tak?! – eksplodował ochroniarz. – Rozstrzelać?! Zabić bezbronnego człowieka? Kobietę? Co pan, commanderze?!!!

– Dlaczego zwraca się pan do przełożonego nieregulaminowo?

– Przepraszam, sir! Ale…

– Słyszał pan wydane mi polecenie?

– Ale…

– Pow-ta-rz-rzam! – zaczął bardzo wiarogodnie gotować się ZDO. – I więcej już nie będę! Już raz mi pan tu, młody człowieku, odmówił wykonania rozkazu! Już dopuścił się pan wykroczenia! I to się panu wydaje mało?!

– Ach…

– Nie, no słyszał pan czy nie, kapitanie? Ogłuchł pan, żeby to krew zalała?! Gdzie pan, kurwa, jest? Na pokładzie czego? Mamy stan wojenny! Okręt bojowy! Och-ch-chrona! Kur-r-r-r! Po rozstrzelaniu wszyscy natychmiast do karceru! O minimalnych racjach. Tak proszę zameldować kontradmirałowi! Pan jest odpowiedzialny za wykonanie rozkazu, kapitanie! A ja to sprawdzę!

– Moim zdaniem najlepiej będzie w śluzie towarowej – podpowiedział Werner. – Postawić skazańca przy zewnętrznym luku, babach, potem zamknąć wewnętrzny, otworzyć zewnętrzny i na koniec uruchomi się przedmuch.

Dowódca ochrony miał wypisane na twarzy zbliżające się omdlenie. Goryle Raszyna za jego plecami dosłownie zjeżdżali po ścianie, rechocąc bezdźwięcznie. Ludzie Essexa skamienieli z przerażenia nie mogli tego widzieć i kapitana nie miał kto ratować.

– Dobry pomysł – poparł technika Borowski, przechodząc na spokojny, rzeczowy ton. – Tak właśnie zrobimy. Rozumiemy się, kapitanie? Przygotujcie ludzi. Niech stracę, sam osobiście postawię wam potem litr samogonu. Możesz uważać, że ci wybaczyłem. Przecież rozumiem… Nie przejmuj się tak, to tylko za pierwszym razem jest trudne.

– Rozkaz… – wykrztusił ochroniarz. – W pisemnej postaci… Na papierze… coś mi niedobrze…

– Łapcie! – polecił ZDO.

Podwładni chwycili kapitana pod ręce i ostrożnie ułożyli na podłodze.

– Będziesz wiedział, bucu jeden, kto rządzi na moim okręcie – oświadczył dumnie Jean Paul. – Ja tu jestem najważniejszy, commander Borowski! A ty jesteś nikim. Możesz się stawiać na swoim „Gordonie”. „Skoczek” to moje gospodarstwo. Dobra… – zerknął na ludzi Raszyna i ci nagle przestali się śmiać.

– Ci przyjezdni kiepściarze nie dadzą rady – wyjaśnił pierwszy oficer.

– Ale niby co? – zainteresowali się miejscowi.

– No to, że to wy będziecie rozstrzeliwać Margo!

* * *

– Światło… – mamrotał Issiah. – Widzę światło…

Zapewniał, że katapultował się z rozwalonego nie wiadomo przez kogo battleshipa i wykonał bezprecedensowy dryf na miniaturowym module od Pasa do Ziemi.

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 38
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)