Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]
- Автор: Миллер-младший Уолтер Майкл
- Год: 1998
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7150-383-2
- Переводчик: Adam Szymanowski
- Жанр: Социально-философская фантастика
Электронная книга - «Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]». Краткое содержание книги:
Wkrótce ukaże się też napisana przez Millera po trzydziestu latach kontynuacja tej powieści.
Poleciały ponad środkowozachodnią pustynię. Były zachwycone obfitością dóbr, jakie nomadowie zostawiali na ziemi podczas swojej wędrówki na południe.
Kiedy przyszła stosowna pora, sępy złożyły jaja i troskliwie karmiły swoje małe. Ziemia dostarczała im przez całe wieki mnóstwo pożywienia. Będzie go dostarczać przez następne stulecia…
W tej chwili odpadki były dobre w okolicy Czerwonej Rzeki, ale potem z rzezi wyrosło miasto-państwo. Sępy nie czuły sympatii dla nowo powstających miast-państw i nie miały nic przeciwko ich ewentualnemu upadkowi. Odleciały z Teksarkany i zajęły stanowiska nad równiną daleko na zachodzie. Według obyczajów wszystkiego, co żyje, wiele razy napełniały ziemię swoim gatunkiem.
W końcu nadszedł rok pański 3174.
Krążyły pogłoski o wojnie.
Fiat lux[42]
12
Pewność, że wojna jest bliska, Marcus Apollo zyskał w chwili, kiedy podsłuchał, jak trzecia żona Hannegana powiedziała dziewce służebnej, że jej ulubiony dworzanin wrócił bez szwanku z misji do obozu Szalonego Niedźwiedzia. Fakt, że wrócił żywy z obozu nomadów, oznaczał, iż szykuje się wojna. Z pozoru misja emisariusza polegała na tym, że miał powiedzieć plemionom z równiny, iż cywilizowane państwa zawarły układ o nazwie „Bicz Boży”, dotyczący spornych terenów, a następnie wezmą srogi odwet na ludach wędrownych i grupach bandytów, jeśli te nie zaprzestaną swoich łupieżczych wypraw. Ale nikomu jeszcze nie udało się zanieść takiej wiadomości Szalonemu Niedźwiedziowi i zachować życie. Tak więc — wnioskował Apollo — ultimatum nie zostało przekazane i emisariusz Hannegana wyruszył na równiny z jakimś innym zadaniem. A zadanie to było aż nadto oczywiste.
Apollo uprzejmie torował sobie drogę wśród ciżby gości, bystrze rozglądając się za bratem Klaretem i starając się przyciągnąć jego wzrok. Wysoka postać Apolla, okryta surową czarną sutanną z małą, barwną wstęgą w talii określającą jego godność, stanowiła rażący kontrast z kalejdoskopowym kłębowiskiem barw ubiorów innych gości zgromadzonych w sali bankietowej, więc bardzo szybko przyciągnął spojrzenie swojego kleryka i wskazał mu gestem stół z napojami chłodzącymi, który przeobraził się już w śmietnik resztek, obślizgłych od tłuszczu czarek i paru pieczonych gołąbków, wyglądających zresztą jakby zbyt długo trzymano je w piecu. Apollo skierował się ku resztkom ponczu w dzbanie z chochlą, przyjrzał się martwemu karaluchowi pływającemu wśród przypraw i w zamyśleniu podał najpierw czarkę bratu Klaretowi, kiedy kleryk stanął obok niego.
— Dziękuję, messer — powiedział Klaret, który nie zauważył karalucha. — Chciałeś mnie zobaczyć, panie.
— Jak tylko skończy się przyjęcie. U mnie. Sarkał wrócił żywy.
— Och!
— Nigdy nie słyszałem bardziej wymownego „och”. Przypuszczam więc, że pojmujesz, co to za sobą pociąga?
— Bez wątpienia, messer. Oznacza, że układ był ze strony Hannegana podstępem i że zamierza wykorzystać go przeciwko…
— Sza! Później. — Oczy Apolla zasygnalizowały zbliżanie się jakiegoś słuchacza i kleryk napełnił powtórnie swoją czarkę. Całe jego zainteresowanie skupiło się teraz na ponczu i nie patrzył na szczupłą, ubraną w suknię z mory postać, która kroczyła w ich stronę od wejścia. Apollo uśmiechnął się oficjalnie i ukłonił mężczyźnie. Wymienili krótki i najwyraźniej chłodny uścisk dłoni.
— No, no, thon Taddeo — rzekł kapłan — twoja obecność zdumiewa mnie. Myślałem, że wystrzegasz się tego rodzaju świątecznych zgromadzeń. Cóż szczególnego jest w tym właśnie, że przyciągnęło tak wybitnego człowieka? — Uniósł brwi, okazując drwiące zaniepokojenie.
— Ty jesteś, oczywiście, tą atrakcją — oznajmił nowo przybyły, dostosowując się do ironii Apolla — i oczywiście jedynym powodem mojego przybycia.
— Ja? — Udał zaskoczenie, chociaż stwierdzenie zapewne nie mijało się z prawdą. Przyjęcie weselne własnej siostry przyrodniej nie było tego rodzaju okazją, żeby thon Taddeo zechciał przywdziać obowiązujący strój i opuścić surowe sale kolegium.
— Właściwie szukam cię od samego rana. Powiedziano mi, że będziesz tutaj. W przeciwnym razie… — Rozejrzał się po sali bankietowej i prychnął z irytacją.
To prychnięcie zakłóciło fascynację przykuwającą spojrzenie brata Klareta do wazy z ponczem i brat Klaret odwrócił się, żeby złożyć ukłon thonowi.
— Zechcesz napić się ponczu, thonie Taddeo? — spytał, podając pełną czarkę.
Uczony przyjął kielich ze skinieniem głowy i osuszył go duszkiem.
— Chciałem trochę dokładniej wypytać o leibowitzańskie dokumenty, które omawialiśmy — rzekł do Marcusa Apolla. — Dostałem list od człowieka imieniem Kornhoer, z opactwa. Zapewnia, że mają pisemne dokumenty, które trzeba datować na ostatnie lata europejsko-amerykańskiej cywilizacji.
Jeśli fakt, że kilka miesięcy temu sam właśnie o tym zapewniał uczonego, był dla Apolla irytujący, wyraz jego twarzy nie ujawnił tego uczucia.
— Tak — oznajmił. — Mówiono mi, że są całkowicie autentyczne.
— Jeśli tak, to zadziwiające i tajemnicze, że nikt o nich nie słyszał. Ale mniejsza z tym. Kornhoer sporządził spis pewnej liczby dokumentów i tekstów, które, jak twierdzą, mają i opisał je. Jeśli naprawdę istnieją, muszą je zobaczyć.
— Ach tak?
— Tak. Jeśli to mistyfikacja, trzeba ją ujawnić. Jeśli zaśnie, dane mogą okazać się bezcenne.
Monsinior zmarszczył brwi.
— Zapewniam cię, że nie ma mowy o mistyfikacji — oznajmił oschle.
— Do spisu dołączone było zaproszenie do odwiedzenia opactwa i zbadania dokumentów. Oczywiście słyszeli tam o mnie.
— Niekoniecznie — oznajmił Apollo, nie mogąc oprzeć się pokusie skorzystania ze sposobności. — Nie roztrząsają zbył uważnie kwestii, kto czyta ich księgi, jeśli tylko myje przedtem ręce i nie przywłaszcza sobie ich własności.
Uczony obrzucił go spojrzeniem pełnym gniewu. Sugestia, że ktoś wykształcony mógł nigdy nie słyszeć jego imienia, wcale mu się nie spodobała.
— Ależ tak, oczywiście! — ciągnął łagodnie Apollo. — To żaden kłopot. Przyjmij ich zaproszenie, udaj się do opactwa i zbadaj tamtejsze zabytki. Powitają cię z radością.
Uczony poczuł się zirytowany tą propozycją.
— I mam podróżować przez równinę w czasie, kiedy szczep Szalonego Niedźwiedzia jest… — thon Taddeo nagle przerwał.
— Co mówiłeś? — nalegał Apollo, nie okazując szczególnego zainteresowania, aczkolwiek żyła na jego skroni zaczęła pulsować, kiedy patrzył wyczekująco na thona Taddeo.
— Tyle tylko, że to długa i niebezpieczna wyprawa i nie mogę sobie pozwolić na sześciomiesięczną nieobecność w kolegium. Chciałbym omówić możliwość wysłania dobrze uzbrojonego oddziału gwardzistów naszego naczelnika, by sprowadzili dokumenty w celu ich zbadania.
Apollo stłumił uśmiech. Czuł dziecinną chęć, żeby kopnąć uczonego w goleń.
— Przykro mi — oznajmił uprzejmie — ale to całkowicie niemożliwe. Zresztą ta sprawa wykracza poza moje kompetencje i niestety, nie mogę służyć ci pomocą.
— Dlaczego? — spytał thon Taddeo. — Czyż nie jesteś nuncjuszem przy dworze Hannegana?
— Otóż to. Reprezentuję Nowy Rzym, nie zaś zakon mnisi. Kierowanie opactwem jest w rękach opata.
— Wystarczy jednak odrobina nacisku z Nowego Rzymu… Impuls kopnięcia w goleń natychmiast pojawił się znowu.
42
Niech się stanie światłość