Ósmy krąg piekieł
- Автор: Борунь Кшиштоф
- Год: 1978
- Язык: польский
- Год: Krajowa Agencja Wydawnicza
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ósmy krąg piekieł». Краткое содержание книги:
Dla osób z XXI wieku jest to ciekawostka, ale dla Modesta — dowód na istnienie piekła. Urocza opowiastka pokazuje nam jak bardzo świat zmienił się soboru w Trydencie. Ciekawie napisana, szybko opowiadana historia średniowiecznego mnicha to świetny pomysł na długi zimowy wieczór. Tylko ostrożnie: może się przeciągnąć do rana!
Wiedziałam, że dziecko się boi i nigdy samo się nie odważy powiedzieć. Więc chociaż zdawałam sobie sprawę, że czeka mnie ciężki orzech do zgryzienia, zaraz, po ich powrocie mówię do córki: „Ewka chce iść do komunii”… W nią jakby diabeł wstąpił: „Tego nam tylko brakowało! To mamy robota!” I zaczęła się pieklić. A gdy próbowałam przemówić jej do sumienia, to trzasnęła drzwiami i poszła do siebie. Słyszałam, jak krzyczała, że to wszystko przez niego, że nie załatwił umieszczenia dziecka w internacie. Ale potem on coś zaczął mówić i się uspokoiła. Zięć przyszedł do mnie i powiada: „Jeśli Ewka sama naprawdę chce — nie będziemy się sprzeciwiać. I że to niby zakazany owoc najlepiej smakuje. Ja sobie pomyślałam: Ty sobie mów, co chcesz, grunt, żeby Ewkę w wierze umocnić.
— Tak! Po stokroć tak!
— A potem zawołali Ewkę i wypytywali, czy jej na tym bardzo zależy i dlaczego?
Wnuczka była trochę przestraszona i język jej się plątał, ale ostatecznie wszystko dobrze poszło. Tyle, że zięć wymyślił, żeby Ewka sama się przygotowała i wszystko załatwiała, a nie ja… Chcieli ją zniechęcić…
— Biedne dziecko!
— Ale się przeliczyli. Wszystko poszło jak z płatka. A gdy zięć pół roku temu formalnie wyraził zgodę, ksiądz, nie bardzo wiedząc, co i jak, gratulował mu takiej córki… Byli też oboje — córka i zięć, i na chrzcie, i przy pierwszej komunii… I prawdę powiedziawszy złego słowa od nich nie usłyszałam od tego czasu… Po miesiącu zresztą znów musieli wyjechać… I to na całe pół roku! Już teraz piąty miesiąc mija, jak ich nie ma.
— Wielka zasługa twoja przed Bogiem…
Babcia Jolanta uśmiechnęła się gorzko.
— Kiedy właśnie, że nie wiem…
— Jak to? Przecież mówiłaś.
— Tak… ale… Właśnie nie wiem sama, co robić… Boję się, że mogę wszystko zmarnować…
I Bóg mi nie wybaczy…
Patrzył na nią z niepokojem.
— O czym mówisz, kobieto?
— Boję się, że nie potrafię zapobiec… Że ona się zmieni. W pierwszych tygodniach po uroczystości była jak aniołek… Codziennie w kościele, do Stołu Pańskiego na każdej mszy przystępuje i u spowiedzi była dwa razy… Ale później, już po wyjeździe rodziców, zaczęła się zaniedbywać… Myślałam, że po prostu za dużo ma zajęć w szkole… Ale zauważyłam, że wynajduje sobie usprawiedliwienie. Więc jej mówię: „Co z tobą, dziecko? O Bogu zapominasz?” Przyrzekała wtedy, że pójdzie do spowiedzi. Ale nie poszła… I do kościoła coraz rzadziej. A kiedy jej do sumienia próbowałam przemawiać, to tylko się zaczerwieniła i nic nie odpowiedziała. Więc poszłam do księdza i pytam, co robić. A on mówi, żeby poczekać, nie zmuszać, najwyżej delikatnie przypominać. Lecz to też nie pomaga. I tak minął miesiąc, potem drugi i trzeci, a z nią coraz gorzej. Więc zaczęłam ostrzej. Pytam: „Co to.?
Czy już Pana Jezusa nie kochasz?” A ona na to: „Sama nie wiem…”
— Jad diabelski w duszę zapuścili… Modlić się za to dziecię trzeba…
— Ach, ojcze! Stale się modlę… Ale samą modlitwą tu nic nie można zdziałać…
— A nie mówiłaś, co jej grozi? O duszach potępionych na wieki. O siarce i ogniu piekielnym? O mękach okrutnych… O Lucyfera królestwie?
— Co też ojciec mówi?! Przecież tak nie można. Wyśmiałaby mnie! Ona ma swój rozum.
Patrzył na kobietę w osłupieniu. Wypieki wystąpiły mu na policzki, a wargi poczęły drżeć nerwowo.
— Co ojcu jest? — zapytała z niepokojem.
Ale właśnie zatrzymali się na końcowej stacji i trzeba było opuścić wagon.
— To już lotnisko. Wysiadamy! — wyjaśniła biorąc pod ramię nieznajomego.
Szarpnął gwałtownie rękę i podążył sam ku wyjściu pospiesznie, nie oglądając się za siebie. Dogoniła go już na peronie.
— Co się ojcu stało?
Zatrzymał się. Chwilę patrzył na nią ponurym wzrokiem.
— Więc i ty nie wierzysz? — powiedział z żalem.
— Co znaczy „nie wierzę!” — oburzyła się babcia Jolanta.
— Nie wierzysz w piekło!
— Wierzę, ale przecież nie w takie bajki!
Mężczyzna zacisnął kurczowo powieki.
— Boże… Boże… Zmiłuj się nad nimi!… — usłyszała jego pełen rozpaczy szept.
Nad zgiełkiem rozmów i przytłumionym szumem silników górował głos megafonu:
— Kierownik wycieczki Wrocław — Rzym prosi doktora Michała Mroza o przybycie do sektora dwunastego. Za osiem minut start!
Dyżurny biura podróży jeszcze raz przebiegł wzrokiem listę. Brakowało tylko tego jednego uczestnika.
— Już dłużej nie możemy czekać — powiedział do kierownika wycieczki. — Doślę ci go następną maszyną.
— No cóż, nie ma rady. Zostawiam jego kartę.
Dyżurny stał jeszcze chwilę, czekając aż jego kolega zniknie w głębi pasażu prowadzącego na pole startowe. Potem ruszył wolno z powrotem.
Tuż przy wejściu do hallu wpadła na niego jakaś kobieta ciągnąca za sobą niewysokiego, czarno ubranego mężczyznę.
— Państwo dokąd?
— Czy samolot do Rzymu już odleciał? — spytała z nerwowym pośpiechem.
— Zaraz startuje. A pan może uczestnik wycieczki, doktor Michał…
— Tak! Tak! — przerwała gwałtownie. — Czy już nie zdąży?
— Start za trzy minuty! Tu pańska karta uczestnictwa!
Proszę tędy!
— Do Rzymu? — zapytał mężczyzna biorąc kartę.
— Tak. Do Rzymu. Niech pan nie zwleka! Odprowadzę pana!
— To ja już wrócę — oświadczyła kobieta. — Do widzenia, ojcze!
— Bóg z tobą! — zawołał mężczyzna już z daleka, podążając za urzędnikiem.
Na pole startowe przybyli niemal w ostatniej chwili.
— Miał pan szczęście! — mówił urzędnik. — Jeszcze minuta zwłoki i musiałby pan czekać do jutra albo lecieć przez Warszawę. Życzę przyjemnej podróży!
Drzwi zamknęły się i maszyna poczęła sunąć szybko w stronę szybu startowego, aby w kilkadziesiąt sekund później wznieść się w powietrze.
Dyżurny uczuł czyjeś dotknięcie. Za nim stał wysoki młody człowiek z torbą podróżną przerzuconą przez ramię.
— Czy to samolot do Rzymu? — zapytał przybyły.
— Tak, do Rzymu.
— A to pech… Spóźniłem się głupie pięć minut…
XV. MISJA
Modlił się długo i żarliwie. Półmrok wypełniający kaplicę, płomyk wiecznej lampki przed ołtarzem i cisza panująca wokoło działały kojąco po ostatnich, jakże pełnych nerwowego napięcia godzinach. Czuł się tak, jak gdyby po dalekiej, męczącej podróży wrócił w mury klasztorne, gdzie spokoju i kontemplacji nie mącą odgłosy Przemijającego Świata. Bo też łuna bijąca od ulic i gmachów tylko nieznacznie rozpraszała tu ciemności, a nawet szum „wiecznego miasta”, jakimś cudownym sposobem, nie był w stanie przekroczyć progu świątyni.
Chwilami wydawało mu się, iż to wszystko, co przeżył w ostatnich miesiącach, było tylko koszmarnym snem, że nic się nie zmieniło, i tak, jak od lat wielu, modli się nocną godziną samotny w kościele. Niestety, świadomość rzeczywistości wracała raz po raz, mącąc spokój, jaki spływał w jego duszę wraz ze słowami modlitwy. Chciał zapomnieć o świecie istniejącym za tymi murami, lecz jednocześnie ogarniał go lęk, czy pragnienie owo nie jest grzeszną ucieczką od tego, co niezbadane wyroki Opatrzności jemu przydały w udziale. Czyż to, że znalazł się na Ziemi w czasach nowego upadku — jak je w myślach nazywał — nie było próbą? A może to nie tylko próba, lecz także misja, której musi sprostać, nie bacząc na słabość ciała i ducha, inaczej bowiem popełniłby zdradę wobec Pana Najwyższego.