Imię Bestii
- Автор: Komuda Jacek
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imię Bestii». Краткое содержание книги:
Jednak myli się ten, kto z racji wykonywanej profesji zaszufladkuje Francoisa jako delikatnego paniczyka o romantycznej duszy i poglądach estety. Villon Komudy jest łotrem, złodziejem, alfonsem, pozbawionym sumienia typkiem żyjącym na bakier z prawem. Mroczne zaułki Carcassone i paryski półświatek to dla niego naturalne środowisko. Lubuje się w towarzystwie ladacznic, morderców i żebraków.
Czemu zatem funkcjonuje całkiem dobrze i udaje mu się często uciec spod stryczka? Bo drań ma bardzo wpływowe koneksje i obdarzony jest przez Boga niebanalną inteligencją i sprytem, co w połączeniu z talentem szermierczym daje mu duże pole manewru i pozwala na wykonywanie zleceń dla tych „wpływowych”. Komuda jak na ironię pokazuje, że nawet najbardziej kaprawe zło ma prawo do istnienia, aby wspomóc dość oględnie pojęte dobro.
Villon nie mógł stracić go z oczu. Poderwał się na nogi i ruszył za Doskonałym, ścigany zdziwionymi spojrzeniami. Potrącił kogoś, nastąpił na nogę jednemu z wyznawców. Wiedział, że w ten sposób łatwo ściągnie na siebie podejrzenia, ale nie mógł zaryzykować, że garbus zniknie mu z oczu. Wypadł przez portal kaplicy i zatrzymał się zdyszany. Las tonął w wilgotnych mgłach, a po garbusie nie pozostał nawet ślad…
Villon wytężył wzrok, starając się przebić przez opary. Dostrzegł go! Daleko, w wykrocie, zauważył poruszającego się pokracznie kalekę. Łotr nie czekał. Puścił się pędem – od drzewa do drzewa, od krzaka do krzaka. Ukrywał się, gdy miał wrażenie, że tamten zaraz się odwróci, nadrabiał zaś biegiem, gdy tamten wtulał głowę w koślawe ramiona i pędził przez las. Villon był już pewien, że garbus nie może mu uciec.
– Isabelle, Margot! Co wam się stało?
Dzieci odwróciły się ku ojcu, a wówczas Alloise zadrżał. Jego córki miały wyłupione oczy. Z czarnych dziur kapała krew…
– O Boże! Dzieci! Moje dzieci! – zaszlochał Alloise.
– Bestia jest już blisko – rzekła Isabelle martwym głosem. Wskazała na zachód ręką pozbawioną palców.
Jej siostra zacharczała. Pluła krwią. A potem odchyliła łachmany, ukazując ojcu przecięty brzuch, z którego wypływały trzewia.
– Wydarzą się jeszcze trzy nieszczęścia. Zapowiadają one nadejście Bestii, która zniszczy miasto.
Alloise rzucił się w stronę dzieci. Chciał chwycić Isabelle za rękę, ale… nie poczuł pod palcami nic. Ręka przeszła przez jej ciało jak przez dym.
Widmo jego córki odwróciło się… Teraz była o wiele straszniejsza. Otwarła zakrwawione usta pełne ostrych ząbków, a potem zbladła, rozmyła się i z wyciem uleciała gdzieś w górę…
Kupiec pozostał sam w wąskiej uliczce. Rzucił się pędem w stronę domu. Jak burza wpadł do bramy i wyskoczył na błotniste, cuchnące podwórze.
Jego córki bawiły się wśród zgrai innych dzieciaków z sąsiedztwa. A mówiąc ściślej, uciekały ze śmiechem przed Vincentem, który gonił je, trzymając za ogon zdechłego szczura.
– Margot! Isabelle!
Posłusznie podbiegły do ojca. Były całe i zdrowe. Kupiec chwycił je w ramiona i zaszlochał.
– Co tobie, panie ojcze? – zapytała starsza i bardziej rezolutna Isabelle.
– Co z nami będzie? – wydyszał kupiec. – Co będzie z nami wszystkimi?!
– Nic wam się nie stanie… Pomodlimy się z siostrą za wasze zdrowie… Razem z Matką Boską. Tak, ojcze. Wszystko będzie dobrze – wyszeptała Isabelle.
Niestety, Alloise nie dosłyszał tych słów.
Villon dopadł garbusa przy trzecim przęśle mostu łączącego Dolne Miasto z górną częścią Carcassonne. Przecisnął się przez tłum proszalnych dziadów i żebraków, w ostatniej chwili uskoczył przed wozami wiozącymi na targ śledzie i beczki z winem. Odpędził dwa bezpańskie psy, które miały nieodpartą pokusę dobrać się do jego porwanej jopuli, i przemknął obok poborców myta, zajętych sprzeczką ze starym Żydem niosącym na handel wiklinowy kosz napełniony czosnkiem i cebulą.
Garbus stał przy kamiennym krzyżu na trzecim z dwunastu mostowych łuków, plecami do Villona i gwaru ulicy. Poeta zbliżał się do niego, trzymając pod płaszczem wydobytą z pochwy cinquedeę. Gdy miał jeszcze dwa kroki, garbus odwrócił się. Rozejrzał się przerażony, ale nie bardzo miał dokąd uciec. Chyba że skoczyłby w odmęty wezbranej jesiennymi deszczami Aude…
Villon chwycił go za ramię i pchnął na krzyż. Garbus jęknął, targnął się w uścisku, jednak łotr powstrzymał go bez trudu, zasłonił od ludzi, a potem przyłożył mu ostrze do gardła.
– Dlaczego chcesz sprowadzić Bestię do miasta?!
– Nie ja! – wychrypiał garbus. – Nie ja. To nie ja zrobiłem.
– Ty i twoja sekta walczycie z Kościołem. Z powodu Bestii ludzie odwracają się od klechów i zasilają wasze szeregi. Zamiast chodzić do spowiedzi, przyjmują wasze consolamentum! Tylko wy czerpiecie zyski z nieszczęść.
– To nie ja sprowadziłem tu Bestię… Błagam, wysłuchaj mnie!
– Jeśli nie ty, to kto?
– Powiedz inkwizytorowi, że proboszcz Walther z parafii Świętego Nazaira… On znał tajemnicę. On wiedział, że to nastąpi. U niego szukajcie śladów…
– Po pierwsze: skąd wiesz o tajemnicy proboszcza? A po drugie: nie jestem sługusem inkwizytora. Mam tylko układ z księdzem diakonem. W zamian za pomoc w sprawie Bestii pozwolił mi zostać w mieście, aby odszukać pewną osobę, z którą ciebie widywano. I z tą właśnie dzierlatką wiąże się moje kolejne pytanie. Najważniejsze pytanie. Gdzie jest Marion? Jaki ma związek z twoją sektą i Bestią?
– Ma… Marion?
– Tak. Marion, ladacznica z zamtuza Augota, która odeszła ponad dwa tygodnie temu. Nikt jej nie widział, nikt o niej nie słyszał, ale podobnież widywano ją razem z tobą. Posłuchaj – wydyszał Villon wprost w twarz garbusowi – furda mi Bestia, inkwizycja i całe to zawszone, śmierdzące miasto. Ja chcę odnaleźć Marion. Muszę ją widzieć.
– Nie pytaj o nią…
– Dlaczego?
– Marion odeszła. Nie ma jej już. Nie ma kobiety, którą znałeś…
– Zginęła? Zabiłeś ją, szelmo! – Villon zacisnął palce na gardle garbusa.
– Straciła samą siebie. Oddała…
Villon spojrzał prosto w oczy garbusa. Doskonały nie patrzył na niego. Wpatrywał się w coś ponad jego ramieniem.
Nagle poeta usłyszał świst. Natychmiast puścił garbusa, opadł na kolana wiedziony nieomylnym złodziejskim instynktem!
I tylko dzięki temu ostrze miecza, które miało pozbawić go głowy, przecięło powietrze, skrzesało iskrę i wyszczerbiło się na kamiennym krzyżu.
Villon błyskawicznie przetoczył się na bok, zerwał, a w jego rękach błysnęły cinquedea i wydobyty zza cholewy buta sztylet.
Stali przed nim we trzech.
Z prawej wysoki mąż z podgolonym na rycerską modłę siwym łbem, z blizną przecinającą skroń, lewą brew i policzek, w szarym płaszczu, spod którego wystawał rąbek karmazynowej robe. W ręku trzymał obnażony kord. Z lewej ten, który chciał przed chwilą zabić Villona – młody, długowłosy, w białej jace narzuconej na skórznię sznurowaną z boków rzemieniami. W dłoni dzierżył wyszczerbiony miecz. Z tyłu popatrywał trzeci – w czepcu i skórzanym kaftanie. Z okrutnym żelaznym morgensternem.
Rycerz, giermek i pachołek. Villon widział ich w zrujnowanej kaplicy przy Drzewie Umarłych. Byli katarami…
– Miałeś szczęście, że zdążyliśmy, Dobry bracie – odezwał się siwowłosy. – Ten łajdak przyczepił się do ciebie jak rzep do psiego chwostu. Lazł za wami od samej kaplicy.
– To szpieg inkwizycji – mruknął młody. – Sługa Babilonu, który święty Jan nazwał matką cudzołóstwa i plugastwa.
– Zarąbmy go! – rzucił niecierpliwie rycerz. – No już.
– Nie – powiedział garbus. – Puśćcie go wolno, kiedy odejdę.
– Oszalałeś, bracie?!
– Rzekłem.
Rycerz pokiwał głową.
Garbus odstąpił i ruszył przez most, kołysząc się pokracznie. Villon chciał rzucić się za nim, ale siwowłosy zagrodził mu drogę.
– Dokąd, psi synu?! Jeszcze nie skończyliśmy.
– Zali naprawdę chcecie go puścić, bracie Murdoch?
Poeta rozejrzał się. Nie wiadomo dlaczego, ale most był pusty. Wokół straganów, kramów i bud nie widział żywej duszy. Jesienny wiatr podrywał z ziemi pył i kurz, łopotał płóciennymi pałubami.