Piąty odcień zieleni
- Автор: Wolski Marcin
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Piąty odcień zieleni». Краткое содержание книги:
Jakże zabawnie wyglądał wirydarz z wysokości dwudziestu metrów. Denningham rozwinął drabinkę. Barbara, Lenni i chudy albinos, prażyli profilaktycznie w nieckę lądowiska. Nikt jednak nie wychylał stamtąd nosa. Bob jak małpa opuścił się kilkanaście metrów i przymocował drabinkę do balustrady czwartego piętra.
– Są, są! – krzyknął zasapany!
Rzeczywiście, wśród poszarzałej od pyłu zieleni, dostrzegł pędzące dwie sylwetki. Drobną i przysadzistą.
– Wspinajcie się! – zakomenderował.
Chwilę wcześniej na balustradzie wylądował sam Denningham.
– Tylko wy dwaj? – zapytał nadbiegającego Zieglera.
– To jest Viren – wykrztusił młody profesor – on jest najważniejszy! On i jego dyski.
– A inni?
– Silvestri wrócił po Tamarę i swego asystenta.
– Szefie – pospieszcie się, miotacze zaiskrzyły – wrzeszczy z góry Lenni.
– Nie masz granatów?
– Miotaczy jest więcej!
– Czekajcie na mnie pięć minut – decyduje Burt. Jeśli nie wrócę, ewakuujcie się.
– Śmiało do góry, doktorku – zachęca pobladłego grubasa Bob. Denningham tymczasem biegnie w głąb arkad, ku schodom. Modli się, żeby nie pomylić szczegółów planu obiektu narysowanego przez Hindusa.
Landleyowi drżą ręce, gdy wystukuje szyfry. Zdejmuje blokady. Ślepy nadzór zaraz zacznie widzieć, co się dzieje. Mimo braku bezpośredniej łączności, Kapsztad via drugi krąg, zorientuje się w sytuacji.
– CZY ABY NIE ZA DUŻO PAN CHCE, DOKTORZE LANDLEY… – rozjarza się nagle ekran. – PRÓŻNY WYSIŁEK, KAŻDY PAŃSKI RUCH KONTROLUJE ANTYRUCHEM…
Silvestri. Przeklęty makaroniarz! Gdzieś w gmachu zasiadł przy podobnym pulpicie. Livingstone rozgląda się i zaraz zauważa leżący śrubokręt, chwyta go i przytyka do gardła omdlałego Chińczyka.
– WIESZ TERAZ CO ROBIĘ, SILVESTRI? MAM W RĘKU TWEGO POMAGIERA… PRZYJDŹ TU SAM… – rzuca do mikrofonu, przełączywszy aparaturę na dyspozycje słowne…
– Zostaw go! – Na progu laboratorium pojawia się Tamara, nadal odziana jedynie w purpurowy płaszcz kurtyzany. Nie wygląda jednak już jak demon seksu, lecz raczej anioł śmierci. W jej ręku lśni niewielki sztylecik…
Landley wybucha śmiechem, cofa się w głąb laboratorium i chwyta słój ze żrącym odczynnikiem.
– Zaraz poprawimy ci urodę, siostro – woła unosząc go nad głową.
I wtedy sytuacja rozwija się jak w złym śnie, ożywają nieruchome macki podajników, automatyczne szczypce, węże laboratoryjne. Ramię wysięgnika chwyta doktora w pasie, gumowe węże krępują ręce. Jak na animowanym filmie rusza przeciw zdrajcy cała aparatura laboratoryjna. Zaprogramowana pułapka? Być może Landley z pustymi rękami umknąłby maszynom, które uruchomił gdzieś z oddali Silvestri. Ciężki słój ponad głową, chwila zawahania, przesądziły. Jeszcze moment, a spętany jak mitologiczny Iksjon, nieruchomieje. Ciska obelgi. Do pomieszczenia tymczasem wpada Silvestri. Klęka przy Lee Grancie.
– Żyje – informuje Tamara. Wspólnie podnoszą młodego Chińczyka.
Cybernetyk odwraca głowę do Livingstone'a.
– Jak długo utrzymasz słój, będziesz żyć, upuścisz – a to jest ciężkie szkło – poznasz przed śmiercią smak piekła. Tam czekają na ciebie z utęsknieniem…
Z piersi chemika wyrywa się ryk nienawiści.
Silvestri i Tamara zrobili stołeczek z rąk i usadziwszy na nim bezwładnego chłopaka biegną w głąb korytarza. Do schodów. Nie ufają windom. Pierwsze piętro, drugie…
– Stać! – drogę zagradza im rudy kelner i jedna z krupierek, oboje mają w rękach automaty. Zakonspirowani agenci M/t! Tamara przytula i i się do cybernetyka. Dwa suche strzały! Uzbrojeni przeciwnicy osuwają się jak szmaciane lalki. To strzelił Denningham!
– Najwyższy czas! – woła. – Pakowaliście się przed podróżą czy jak? – Przerzuca sobie jak piórko Lee Granta przez ramię. Na dziedzińcu grzechocą strzały. Widocznie inni agenci również odnaleźli broń i przypomnieli sobie o obowiązkach.
Ale i Lenni Wilde nie próżnuje. Strzela wprawdzie rzadko, lecz niezawodnie. Jakieś ciało zwija się w oknie drugiego piętra i wywija salto niczym na filmach spod znaku płaszcza i szpady, aby bezwładnie wylądować w fontannie.
Tymczasem z bocznego korytarza wyłania się Bob przygięty niezwykłym brzemieniem. Trzy wspaniałe, półnagie blondynki.
– Oszalał Negr – przemknęło przez głowę wychylonej przez okno Barbarze. Nie ma to jednak nic wspólnego z szaleństwem. Jest jedynie przemyślanym elementem planu… Odszukanie “manekinów miłości" Burt zlecił Murzynowi przed szturmem.
Jeszcze przed chwilą Barbara z rozpaczą zastanawiała się, jak pokonają drogę powrotną. Agregaty na dobre wznowiły działalność, a miotacze siekły w każdy cel, który pojawił się na dachu. Dziewczyna zlikwidowała granatami wprawdzie dwa najbliższe, ale w tym celu sama musiała się wychylić, aby pobudzić je do ujawnienia. Po draśniętym ramieniu płynęła strużka krwi.
Gorzej poszło albinosowi. Chwila nieuwagi i leżał teraz na murawie dziedzińca wśród innych…
Nim Tamara, Silvestri, Denningham wspięli się po drabince, nim lalki ze snów wyuzdanych erotomanów wylądowały na gzymsie, panna Gray już wiedziała, kto miał wystąpić w roli straceńców torujących, jak za dawnych lat, drogę swymi ciałami poprzez pola minowe. “Luksusowe panienki osobiste", tak brzmiała oficjalna nomenklatura, wykonano niezwykle starannie i solidnie. Obciągnięte z zewnątrz miękką, skóropodobną masą, posiadały wewnątrz stalowy kręgosłup i sprężyny. Poruszały się więc po nakręceniu niezależnie od elektronicznych obwodów, sterujących jedynie ich bardziej skomplikowanymi czynnościami.
– Naprzód laleczki, za króla i ojczyznę, gęsiego – komenderuje Denningham – a my, granaty w dłoń!
I co mają robić głupie miotacze? Prażą do tych przepięknych atrap seksu i chuci. A za każdym razem gdy automaty zdradzają swą pozycję, celnie wyrzucane granaty zmuszają je do zamilknięcia. Lalki giną, ale grupa Denninghama przechodzi nietknięta. Jeszcze przez drabinkę, obok izb z ogłuszonymi żołnierzami i byle dalej, byle dalej…
Kiedy Clark Lester wyskakuje wreszcie ze swymi chłopakami na dach przerażenie łapie go za gardło. Tego jeszcze nie widział. Po grzbiecie Ośrodka Zero w kółko kręci się przerażający ostatni pół trup, pół upiór, świecący obnażonym szkieletem, na którym tu i ówdzie brązowią się jeszcze resztki plastikowego mięsa.
Z notatek doktora
Wiatr to wzmagał się, to znów opadał. Drobiny pustynnego piasku wypełniały wnętrze awionetki, która drżała smagana gwałtownymi podmuchami. Czekałem z niepokojem, przypatrując się twarzy Dawida. Bardzo dużo kosztował go wysiłek włożony w instruktaż, tym bardziej że nie mogąc mówić, porozumiewał się jedynie kreśląc na kartkach notatnika jedną, ledwo funkcjonującą ręką, znaki bardziej przypominające kabalistyczne pismo. Teraz stracił przytomność.
Cały czas trzymała mnie za gardło lepka łapa strachu. Bałem się. że Hindus umrze. Bałem się, że Denningham przegra. Może już przegrał? Jego szaleńczy zamach na Ośrodek w Marindafontein zakrawał na akcję spoza granic zdrowego rozsądku… Czasami zadawałem sobie pytanie: co ja właściwie tu robię? Czy to jawa, czy jedynie film oglądany na wideo?
Oddech Dida stał się jeszcze krótszy, bardziej chrapliwy. Zrobiłem mu zastrzyk, położyłem kompresy, zmieniłem opatrunki. Wydawało mi się, że spoza dźwiękowej kurtyny wiatru dolatują jakieś batalistyczne efekty, ale może były to tylko dźwięki podsuwane przez rozgorączkowaną imaginację…
Patrząc na szczupłą sylwetkę Dassa, zastanawiałem się nad wytrzymałością tego człowieka. Ileż zdołał przeżyć w ciągu niespełna dwóch tygodni – ucieczka z Marindafontein, helikopterowe szaleństwa, umieranie z żaru i pragnienia na stepie. Znacznie później dowiedziałem się o jego przygodach, które rozegrały się od chwili zadekowania w kurniku na peryferiach Kimberley po nasze spotkanie na obwodnicy. Z jednej strony pomoc rodziny, z drugiej depcząca po piętach Tajna Policja. Kryjówki i pościgi, wreszcie wsparcie ze strony Frakcji Kongresu, do którego należała owa szopa na starych wyrobiskach.