Kroki w nieznane. Tom 6
- Автор: Блиш Джеймс Бенджамин, Браннер Джон
- Год: 1976
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Кшиштоф Малиновский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Tom 6». Краткое содержание книги:
Odmienny styl fantastyki reprezentuje Brytyjczyk, urodzony w 1936 roku J. C. Bollard, jeden z ojców „nowej fali”. Jego poetyckie, mroczne obrazy wyrażające nastroje zagrożenia i przeczucie nieuchronnej klęski na długo pozostają w pamięci. Jak powiedział jeden z krytyków, „jego opowiadania docierają do nas z wyjątkową natarczywością, jak listy z butelek wrzuconych do oceanu, listy wymagające natychmiastowej odpowiedzi”.
Brytyjską fantastykę reprezentuje również Bob Shaw, bardzo interesujący autor średniego pokolenia, znany już naszym czytelnikom ze swego słynnego opowiadania „Światła minionych dni”, oraz John Brunner, autor wielu opowiadań i powieści, z których najbardziej znana „Stand on Zanzibar” daje panoramiczną wizję przeludnionego świata przyszłości.
James Blish jest autorem bardzo popularnym i cenionym na terenie anglojęzycznej fantastyki. Jego dowcipne i okrutne opowiadanie ze szczególną jaskrawością uświadamia problem przeludnienia.
R. A. Lafferty, jeden z najciekawszych autorów amerykańskiej science fiction, jest samoukiem z Oklahomy. Lafferty nie potrzebuje odległych planet jako tła do swoich fantazji — miejscem akcji jego opowiadań jest nasz świat, ale odbity w wyobraźni poety czy dziecka, świat pełen tajemniczych znaków i zagadkowych powiązań. Ulubionymi jego bohaterami są Indianie, Cyganie i nieznośne genialne dzieci, w których szkolą nie zdołała jeszcze zabić całościowego, magicznego widzenia świata.
Dobiegający czterdziestki Barrington Bayley jest autorem dotychczas nie znanym polskiemu czytelnikowi. Opowiadania fantastyczno-naukowe publikował pod różnymi pseudonimami od piętnastego roku życia. Bayley ma swój bardzo wyrazisty styl, wynikający z połączenia poetyckiego, nostalgicznego nastroju z wyrazistym i oryginalnym — to jest nie ogranym w literaturze fantastycznej — pomysłem naukowym.
Radziecka fantastyka poniosła ostatnio ciężkie straty: zmarli w pełni sił twórczych Iwan Jefremow oraz autor bardzo lubianych także przez polskich czytelników opowiadań — Ilja Warszawski. W krótkich formach na czoło wysunął się Kirył Bułyczow, który stworzył własny styl z połączenia realistycznej obserwacji obyczajowy, humoru i fantastyki. Jego ciekawa twórczość zostanie wkrótce przedstawiona szerzej oddzielnym tomem.
Niejednokrotnie już tłumaczony Dymitr Bilenkin to miniaturce „Nie zdarza się” doskonale ilustruje pewien, niestety dość rozpowszechniony, styl myślenia, pretendujący do miana naukowego.
Tradycyjną, kosmiczną fantastykę reprezentują opowiadania Puchowa. „Wyprawa myśliwska” wzbogaca katalog kosmicznych potworów, proponowany przez innego radzieckiego autora — Wolina. l wreszcie opowiadania rodzime, bardzo zróżnicowane stylistycznie. Obok autorów znanych i wypróbowanych, jak Konrad Fiałkowski — prezentujący początek interesująco zapowiadającej się powieści — i Janusz Zajdel, przedstawiamy dwóch młodych autorów.
Zbigniew Prostak z Przemyśla zwraca uwagę umiejętnością konstruowania fabuły tradycyjnego opowiadania, zaś Krzysztof Malinowski, znany dotychczas głównie jako tłumacz, pisze fantastykę eksperymentującą i awangardową, przypominającą doświadczenia nie tłumaczonego u nas Harlana Ellisona.
— Humaniści! — burknął komodor. - Gdyby nie wy, bylibyśmy już w domu.
Siedzieli w przeciwległych kątach sterówki, ale myśleli o tym samym.
Inspektor czekał na Ziemię. Wszak Ziemia to jego własne osiemdziesiąt kilogramów wsparte nogami o prawdziwy, twardy grunt. Ziemia to delikatne niebo zamiast bezbrzeżnej, lecz dusznej otchłani, to swobodna przestrzeń zamiast ciasnoty statków i baz planetarnych, to ciekawa praca zamiast nużących inspekcji i kontroli. Na Ziemi inspektor przestawał być inspektorem i chciał się na niej znaleźć jak najprędzej, żeby wreszcie zająć się prawdziwą robotą.
Komodor również myślał o Ziemi, ale myślał zupełnie inaczej. Na Ziemi czekał go trybunał.
— Wasza instytucja to zwyczajne towarzystwo przyjaciół zwierząt — powiedział komodor. - Zbiorowisko czułostkowych panienek!
— A pan jest zwyczajnym przestępcą — odparł inspektor.
Byli nadal na flagowcu eskadry, ale sama eskadra zmieniła już miejsce pobytu. Polowanie skończyło się i teraz statki leciały szykiem torowym poganiając stado promieniami hipnotyzatorów, utrzymując je na kursie wiodącym wprost ku coraz większej żółtawej tarczy.
Eskadra wchodziła do Układu Słonecznego. To inspektor rozkazał, aby się tam udała.
— Jestem myśliwym — ciągnął komodor. - Przez całe życie zajmowałem się tą robotą, lubię ją i nieźle sobie z nią radzę. Aż tu nagle dowiaduję się, że popełniam przestępstwo, że polowania trzeba się wstydzić…
— Tak jest w istocie — powiedział inspektor.
— Dowiaduję się, że moja załoga jest aresztowana, majątek skonfiskowany, a my wszyscy razem, nie wiadomo po co, musimy lecieć na Ziemię. - Wiadomo po co — rzucił sucho inspektor. - Moi ludzie porządnie się napracowali. Wracamy z bogatą zdobyczą. Złowiliśmy przywódcę stada, a to jeszcze nikomu się nie udało.
— Moje gratulacje.
— Wracamy bez strat.
— Szczerze współczuję.
Zamilkli.
— Nie — odezwał się po chwili komodor. - Pan jest Ziemianinem i pan tego nie zrozumie. Pan wierzy w to, co mówi.
— To należy do moich obowiązków.
— Paskudne ma pan obowiązki — parsknął komodor. - Zamiast pracować jak każdy przyzwoity człowiek, szwenda się pan po całym kosmosie i szuka ludzi, którzy robią coś, wedle pana, niezgodnego z prawem. To znaczy akurat tych, którzy robią pożyteczną robotę.
— Tyle że kryminalną — dodał inspektor.
- Ściga pan porządnych facetów, którzy tu, w tym obcym dla nas świecie, powtarzają bohaterskie czyny przodków oswajających wilki i siodłających dzikie konie. Prześladuje pan chłopaków, którzy zaopatrują w transportowce kosmiczne całą Galaktykę. Nie wspomnę już, że nadstawiają przy tym własne głowy.
— Gangsterzy również ryzykowali — powiedział inspektor.
— Powód może być tylko jeden: ktoś na Ziemi stara się utrwalić wasz monopol na produkcję kosmicznych środków komunikacyjnych. Tylko po to wyłazi pan ze skóry. Takie to są pańskie obowiązki, inspektorze.
— Proszę skończyć z tą demagogia! — wybuchnął inspektor. - Sam pan przecież doskonale rozumie, że to było wstrętne. To pańskie tak zwane polowanie, to strzelanie brudnymi elektrodami i podporządkowywanie sobie wolnych istot.
— Ale to przecież nie ludzie, to tylko zwierzęta.
— Niech pan nie udaje naiwnego!
— Zaraz pan, inspektorze, powtórzy raz jeszcze, że astrobiolodzy nie dali negatywnej odpowiedzi na pańskie pytanie. Ale nie dali też odpowiedzi pozytywnej!
— Proszę skończyć z tą demagogią — powtórzył inspektor.
— To nie jest demagogia. Ale pan jest Ziemianinem i dlatego nie potrafi tego zrozumieć. Zapomnieliście już, co to łączy brak energii. Jeśli potrzebujecie statku, po prostu go wypożyczacie. W koloniach jest zupełnie inaczej i nie należy o tym zapominać.
— Oczywiście — zgodził się inspektor, który jednak czymś zapomniał. - Pan za to o niczym nie zapomina.
— Tak — powiedział komodor. - Właśnie dlatego zaopatrujemy w transport kosmiczny niemal całą Galaktykę. Nie obchodzi nas, jak te transportowce są zbudowane i jak działają. Najważniejsze jest to, że te pojazdy są lepsze i tańsze od wszystkiego, co kiedykolwiek udało się stworzyć człowiekowi. Ważne jest to, że dziś nawet najmniejsza kolonijka może samodzielnie eksplorować kosmos i że jedynym potrzebnym do tego celu urządzeniem technicznym jest niewielka kapsuła orbitalna. Nigdy o tym nie zapominamy i żaden trybunał nas do tego nie zmusi!
Inspektor milczał. Coś się wydarzyło. Odnosił wrażenie, że powinien sobie coś przypomnieć.
— Zbyt późno pan do nas trafił, inspektorze. Trzeba się tu było zjawić wcześniej, kiedy to polowanie miało mniej umowny charakter. Kiedy w koloniach brakowało nie tylko energii, lecz także pożywienia, kiedy panował w nich zwyczajny głód. Wtedy potrzebne były nie rakiety, tylko kotlety. Wy tam na Ziemi jesteście bardzo humanitarni, ale nie wiecie, jaka to frajda, gdy wszyscy są syci. Nigdy nie dowiecie się, co znaczyła tona prawdziwego tłuszczu zwierzęcego w czasach, gdy w koloniach nie było syntetyzatorów żywności. Ale możecie sobie chyba wyobrazić, ile takiego tłuszczu daje zwierzę wielkości asteroidu? Pytał mnie pan, inspektorze, dlaczego na naszych statkach są takie ogromne pomieszczenia. To proste — sprawialiśmy w nich zwierzęce tusze. Tak, tak, inspektorze, tutaj były prawdziwe jatki, tu płynęły rzeki krwi itd., itd. To rzeczywiście obrzydliwe z punktu widzenia waszego taniego humanitaryzmu, ale gdybyście byli na naszym miejscu, robilibyście to samo!
Inspektor milczał, bo usiłował coś sobie przypomnieć.
— Teraz pan mówi, że to mogą być istoty rozumne. Moim zdaniem nie ma pan racji. Nie ma pan dowodów i dlatego w to nie wierzę. Ale przypuśćmy, że tak jest, że to istoty rozumne. Natura, tworząc rozum, miała zupełnie konkretny cel — samopoznanie. Te stworzenia nie mogą tego osiągnąć samodzielnie. Są idealnie przystosowane do badania przestrzeni kosmicznej, ale nie planet. Dlatego muszą uciec się do naszej pomocy, gdyż my ze swej strony jesteśmy dobrze przysposobieni do badania planet, lecz nie potrafimy samodzielnie przemieszczać się w przestrzeni kosmicznej. Wobec tego z czyjejś inicjatywy musi dojść do współpracy między nami. Nasze przedsiębiorstwo wykazało taką inicjatywę. I skoro oni są naprawdę rozumni — choć ja nadal w to nie wierzę — to powinni godzić się z naszą działalnością. Co więcej — powinni ją popierać.
— Być może ma pan rację — powiedział inspektor. Jeszcze przed minutą powiedziałby coś innego, ale teraz nic już go nie obchodziło. O czymś zapomniał i za wszelką cenę musiał to coś sobie przypomnieć. - Tak jest — powiedział. Było mu wszystko jedno, więc mógł powiedzieć i to. - Współpraca. Przedtem jakoś o tym nie pomyślałem.
— No właśnie — ucieszył się komodor. - Wreszcie pan zrozumiał.
— Tak — powiedział inspektor.
Ale to nie było najważniejsze. O najważniejszym zapomniał.
— Zresztą to wszystko głupstwa — dodał. - Mówmy o czym innym.
— Zgadzam się z panem — powiedział komodor. - Cała ta historia nie jest warta złamanego grosza.
Zamilkli.
— Bardzo pana przepraszam — powiedział komodor — ale o czymś zapomniałem. Za chwilę sobie przypomnę i wtedy powrócimy do naszej rozmowy.
Znów zapadła cisza. Tym razem nie wytrzymał jej inspektor.
— Niech pan mówi o czymkolwiek — poprosił. - W ten sposób łatwiej sobie przypomnieć.
— Dobra — zgodził się komodor. - Pomówmy o Ziemi. Zostanę tam pewnie na zawsze. Wątpię, aby po waszym trybunale chciało mi się jeszcze wyruszać w kosmos. Nie. Znajdę sobie jakąś przyzwoitą dziewczynę, ożenię się i osiądę gdzieś na wsi. Z kosmosem dam sobie spokój i panu radzę to samo.