I wstali z martwych…
- Автор: Варгас Фред
- Серия: The Three Evangelists #1
- Язык: польский
- Жанр: Криминальные детективы
Электронная книга - «I wstali z martwych…». Краткое содержание книги:
– A inni podejrzani?
– Postarałem się zwrócić uwagę Leguenneca na macochę Zofii i jej syna. Wprawdzie wzajemnie zapewniają sobie alibi na noc pożaru w Maisons-Alfort, nie wyklucza to jednak możliwości, że któreś z nich przyjechało do Paryża. Odległość z Dourdan nie jest duża. To znacznie bliżej niż z Lyonu.
– Nie doszliśmy jeszcze do sześciu osób – zauważył Marek. – Kogo innego rzuciłeś na pożarcie Leguennecowi?
– No cóż… świętego Łukasza, świętego Mateusza i ciebie. Przynajmniej trochę się rozerwiesz.
Marek podskoczył jak oparzony, Łukasz tylko się uśmiechnął.
– Nas!? Chyba zwariowałeś!
– Do cholery, chcesz pomóc tej dziewczynie czy nie?
– Niech cię diabli! I to niby ma być ta pomoc?! Niby dlaczego Leguennec miałby nas podejrzewać?
– To proste – wtrącił Łukasz. – Ma przed sobą trzech trzydziestopięcioletnich rozbitków życiowych, którzy zamieszkali w starej ruderze i próbują egzystować. Równie dobrze można powiedzieć wprost, że to sąsiedzi, którzy budzą nieufność. Jeden z tych trzech gości zabiera sąsiadkę na spacer, brutalnie ją gwałci i zabija, żeby sprawa nie wyszła na jaw.
– A karta, którą jej przysłano?! – wrzasnął Marek. – Karta z gwiazdą i miejscem spotkania? Czy to któryś z nas miałby ją wysłać?
– To trochę komplikuje sprawę – przyznał Łukasz. – Ale załóżmy, że sąsiadka opowiedziała nam o Stelyosie i karcie, którą dostała trzy miesiące temu. Żebyśmy zrozumieli jej obawy, żebyśmy zgodzili się kopać. Bo musisz pamiętać, że to my kopaliśmy jej ogród.
– Zapewniam cię, że ani na chwilę nie zapomniałem o tym przeklętym drzewie!
– Aby więc wywabić sąsiadkę z domu – podjął Łukasz – jeden z nas ucieka się do prymitywnego podstępu – czeka na nią na Dworcu Lyońskim, wywozi daleko od domu i tak zaczyna się dramat.
– Przecież Zofia nawet nie wspomniała nam o Stelyosie!
– A ty uważasz, że policja się tym przejmie? Jedyny dowód to nasze słowa, a słowa się nie liczą, kiedy człowiek tkwi po uszy w gównie.
– Świetnie – wycedził Marek, trzęsąc się z wściekłości. – Świetnie. Wujaszek naprawdę miewa czasami wspaniałe pomysły. A on? Dlaczegóż by nie on? Z jego przeszłością, policyjnymi i erotycznymi przygodami, które nie zawsze przynosiły mu zaszczyt, pasowałby do tego portretu. Co o tym sądzisz, komisarzu?
Vandoosler wzruszył ramionami.
– Wbij sobie do głowy, że sześćdziesięcioośmiolatek rzadko dopuszcza się gwałtu, w dodatku po raz pierwszy w życiu. Doszłoby do tego znacznie wcześniej. Wie o tym każdy glina. Za to samotni trzydziestopięcioletni i na pół zwariowani faceci są zdolni do wszystkiego.
Łukasz parsknął śmiechem.
– Niesamowite. Pan też jest niesamowity, komisarzu. Sugestia, którą podsunął pan Leguennecowi, bardzo mnie rozbawiła.
– A mnie ani trochę – oświadczył Marek.
– Bo ty jesteś nieskazitelny – odparł Łukasz, klepiąc go po plecach. – Nie cierpisz, kiedy ktoś kala twój wizerunek, choćby odrobinę. Biedny przyjacielu, twój wizerunek nie ma z tym wszystkim nic wspólnego. Tu chodzi o pomieszanie kart. Leguennec nic nam nie zrobi. Za to czas, który straci na sprawdzenie naszych skłonności, naszej przeszłości i punktów zapalnych, da komisarzowi przynajmniej jeden dzień, a dwaj podwładni inspektora będą chwilowo bardzo zajęci. Zyskamy przewagę nad przeciwnikiem!
– Uważam, że to idiotyczny pomysł.
– Przeciwnie. Jestem pewien, że Mateusz będzie się śmiał tak samo jak ja. Prawda, Mateuszu?
Mateusz uśmiechnął się niepewnie.
– Mnie – powiedział – nic to nie obchodzi.
– Nie obchodzi cię, że policja będzie ci zatruwała życie, że będą cię podejrzewali o gwałt na Zofii? To wszystko wcale cię nie obchodzi? – spytał Marek.
– No i co z tego? Ja przecież wiem, że nigdy nie zgwałciłbym żadnej kobiety. A to, co myślą inni, niewiele mnie obchodzi, bo ja znam prawdę o sobie.
Marek westchnął.
– Łowca-zbieracz jest w dodatku mędrcem – skonstatował Łukasz. – Co więcej, odkąd zaczął pracę w „beczce”, coraz lepiej gotuje. A ponieważ ja nie jestem ani nieskazitelny, ani obojętny jak mędrzec, proponuję, żebyśmy wreszcie coś zjedli.
– Żarcie, tylko to cię interesuje, jeśli nie liczyć twojej Wielkiej Wojny – mruknął Marek.
– Więc jedzmy! – położył kres rozmowie Vandoosler.
Przechodząc za plecami Marka, przelotnie uścisnął jego ramię. Ten gest, zawsze taki sam, niezmiennie szybki, towarzyszył każdemu sporowi siostrzeńca z wujem już od czasów dzieciństwa Marka. W ten sposób Armand mówił: „Nie martw się, młody Vandooslerze, to, co robię, nie jest zwrócone przeciwko tobie, jesteś za nerwowy, wyluzuj się”. Marek poczuł, że fala gniewu odpływa. Aleksandra nie została jeszcze oskarżona i nad tym czuwał od czterech dni stary Vandoosler. Marek zerknął na niego. Armand Vandoosler jakby nigdy nic sadowił się przy stole. Przeklęty wujaszek, piekielna mieszanka łajna i cudów! Trudno się w tym połapać. Ale przecież to jego wuj – Marek, chociaż głośno krzyczał, ufał mu. Przynajmniej w pewnych sprawach.
XXIV
Mimo wszystko, kiedy nazajutrz o ósmej rano Vandoosler, a w ślad za nim Leguennec weszli do jego sypialni, Marek wpadł w panikę.
– Już czas – oznajmił Vandoosler. – Muszę iść z Leguennekiem. Rób tylko to, co wczoraj, a wszystko będzie dobrze.
I Vandoosler zniknął, zostawiając oniemiałego Marka w łóżku. Młody człowiek czuł się, jakby o włos uniknął poważnego oskarżenia. Przecież nigdy dotąd wuj nie musiał go budzić. Stary Vandoosler naprawdę zaczynał wariować. Nie, chodziło o co innego. Chciał towarzyszyć Leguennecowi, dlatego przypomniał mu, żeby podjął w jego zastępstwie obserwację uliczki. Chrzestny nie informował Leguenneca o wszystkich swoich pomysłach. Marek wstał, wziął prysznic i zszedł na parter do „refektarza”. Mateusz, który od dawna był na nogach, układał drewno w skrzynce przy kominku. To niesamowite, że zrywał się o świcie, chociaż nikt go o to nie prosił. Marek, wciąż nie do końca rozbudzony, zrobił sobie mocną kawę.
– Wiesz, po co przyszedł Leguennec? – Marek zagadnął Mateusza.
– Ponieważ nie mamy telefonu – odparł Mateusz. – Dlatego musi się do nas fatygować za każdym razem, kiedy chce pogawędzić z twoim wujem.
– Na to sam już wpadłem. Ale dlaczego przyszedł o świcie? Mówił ci coś?
– Ani słowa – powiedział Mateusz. – Wyglądał jak Bretończyk, który usłyszał komunikat o nadciągającym sztormie, ale przypuszczam, że często tak wygląda, nawet w bezwietrzne dni. Ledwie skinął mi głową i pobiegł na górę. Słyszałem coś, chyba narzekania na tę ruderę bez telefonu i na mieszkania na czwartym piętrze. Nic poza tym.
– W takim razie musimy czekać – doszedł do wniosku Marek. – A ja muszę wracać na posterunek przy oknie. Nie ma się z czego śmiać. Nie wiem, na co liczy stary. Kobiety, mężczyźni, parasole, listonosz, gruby Jerzy Gosselin – tyle tylko mogę tu zobaczyć.
– I Aleksandrę – dodał Mateusz.
Zadowolony, lecz po trosze zazdrosny, Marek postawił na tacy filiżankę, obok której położył dwie ukrojone przez Mateusza kromki chleba i zaniósł wszystko na drugie piętro. Przysunął do okna wysoki taboret. Teraz przynajmniej nie będzie musiał stać przez cały dzień.
Tego ranka nie padało. Dzień kąpał się w czerwcowym świetle. Przy odrobinie szczęścia zauważy Lex, która lada chwila powinna odprowadzać syna do szkoły. Tak, pojawiła się punktualnie. Szła jakby półsennym krokiem, trzymając za rękę Cyryla, który o czymś paplał, prawdopodobnie opowiadał matce historie ze szkoły.