Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland
- Автор: Мураками Харуки
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland». Краткое содержание книги:
Hikikomori siedzą w kuchniach
Bohaterowie większości książek Harukiego Murakamiego rezygnują z intratnych posad, eleganckich mieszkań, luksusowych samochodów, a ich marzeniem jest, jak w przypadku bohatera Końca świata…, żeby kupić sobie mały domek na wsi, pić piwo, słuchać Mozarta i uczyć się greki. Niestety, aby zarobić na domek, bohater Końca świata… pracuje w Systemie (i przetwarza w swoim bezbronnym, ale genialnym mózgu jakieś skomplikowane dane). Pracuje jednak niechętnie, jakby półgębkiem.
Bohaterowie, których stworzył Murakami, przypominają dzisiejszych hikikomori – młodych Japończyków, którzy zamykają się w domach i latami z nich nie wychodzą. Jak alarmują psychologowie i socjolodzy, to coraz powszechniejszy w Japonii rodzaj depresji. Hikikomori zostają przez Murakamiego wywabieni z domów, bo muszą (o ironio losu!) ratować świat. Także bohater Końca świata… rad nie rad włazi do kanałów, zmaga się z podziemnymi stworami, przyjmuje dziwnych gości, którzy demolują mu mieszkanie – jest oczywiście Alicją w Krainie Czarów bezradną wobec wciąż strofujących ją istot. Za przewodnika po krainie pod ziemią (po zaświatach?) ma zaś dorosłą wersję króliczka – pulchną dziewczynę w różowym kostiumiku.
Proza Murakami kipi tego typu absurdalnym humorem. Japoński pisarz zbiera jak odkurzacz literackie (i filmowe) tropy, figury stylistyczne, schematy fabularne – jest w prozie może kimś porównywalnym do Tarantino, ale przy tym ma coś z powagi czy ponuractwa Lyncha (tak jak on lubi eksponować motywy odsyłające do psychoanalizy: studnie, tunele). Murakami prowokuje porównania z filmem, ponieważ jego proza jest gęsta od obrazów. W tym sensie zmysłowa, a nie intelektualna.
Silnie eksploatowany przez horrory klasy B motyw stworów z podziemi, które porywają ludzi i żywią się trupami u Murakamiego rozwija się ku mniej spektakularnej, ale może tym intensywniejszej grozie – ku skojarzeniom z pisarstwem najwybitniejszego nowelisty japońskiego Akutagawy Ryunosukego (twórcy m.in. opowiadania o Kappach – krainie wodników) i ku jego Życiu pewnego szaleńca – pełnej bólu opowieści o świecie, który rozsypuje się jak stłuczone lustro.
Nawiązania do Alicji w Krainie Czarów w Końcu świata… można uznać jedynie za grę na planie fabuły albo wziąć za wskazówkę. Alicja… to analiza umysłu pogrążonego we śnie napisana przez matematyka. Abstrahując od operacji logicznych, postawiony tam zostaje egzystencjalny problem tożsamości. Czy ja to ja? Gdzie jest moja stopa? – pytała Alicja zagrożona roztopieniem się w… Śnie? Niebycie? Śmierci? I w istocie to sen i śmierć są tematem Końca świata… Harukiego Murakamiego.
Schodzenie do bardo
Bohater żyje w dwóch nurtach. Murakami prowadzi narrację w ten sposób, że związki przyczyny i skutku między poszczególnymi etapami jego historii są zamazane. W nurcie dziennym dostaje jakieś zadania do wykonania, racjonalizuje rzeczywistość, próbuje panować nad sytuacją i złożyć świat w spójną całość. W nocnym stanie przejścia przebywa w mieście zasypanym śniegiem, za którego murami umierają jednorożce, a na peryferiach dogorywają cienie, które odłączono od ciał. Pracuje w bibliotece, gdzie z czaszek jednorożców wydobywa się i czyta sny (przypomina się tu i Poe, i Borges).
Koniec świata… może być odczytany jako zapis wędrówki po bardo – buddyjskiej krainie zmarłych-żywych – które jest miejscem jakiegoś stanu pośredniego, gdzie umysł jeszcze żyje fantomami dni, kakofonią obrazów. Dlaczego słońce wciąż świeci? Dlaczego ptaki wciąż śpiewają? Czyżby nie wiedziały, że świat się już skończył? – czytamy w motcie książki.
Murakami potrafi w prozie osiągnąć to, co rzadko się udaje – z obrazów opatrzonych, dźwięków osłuchanych i wyzutych z wszelkiego czaru, jak Sting puszczany w supermarketach, z fragmentów wydobytych z pamięci i uczuć tak odległych, jakby przytrafiły się komuś innemu – Murakami potrafi ułożyć historię, która jest jak dziecięca zabawa, wciagająca i jednak groźna, tajemnicza jak jednorożce, które są obecne, a przecież nigdy nie istniały.
Kiedy ujrzałem przed sobą zegar, automatycznie wziąłem go na kolana i nacisnąłem oba guziki naraz, dopiero później zrozumiałem, że budzik wcale nie dzwonił. Nie spałem i dlatego nie nastawiałem budzika, postawiłem go tylko na kuchennym stole. Obudziłem się więc z tasowania. Nie musiałem wyłączać budzika.
Postawiłem zegar z powrotem na stole i rozejrzałem się dookoła. Wszystko było tak samo jak przed tasowaniem. Przy drzwiach i oknach świeciły się czerwone lampki, a w kącie stołu stały puste filiżanki po kawie. Na spodku leżał jeden prosty niedopałek po papierosie, który przed wyjściem zapaliła dziewczyna. Marlboro light. Bez śladu szminki. Rzeczywiście dziewczyna prawie się nie malowała.
Potem spojrzałem na notes i ołówki, które leżały przede mną. Z pięciu dobrze zatemperowanych, twardych ołówków dwa były złamane, dwa zupełnie stępione, a tylko jeden zdawał się nietknięty. W środkowym palcu lewej ręki czułem lekki ból. Zajrzałem do zeszytu. Drobnym maczkiem zapisanych było szesnaście stron.
Zgodnie z instrukcją porównałem najpierw liczby uzyskane z prania z liczbami z tasowania, po czym kartkę z pierwszymi spaliłem nad zlewem. Schowałem zeszyt w specjalnym pudełku i wraz z magnetofonem zamknąłem w sejfie. Potem usiadłem na sofie w pokoju i odetchnąłem z ulgą. Połowę roboty miałem z głowy. I cały następny dzień wyłącznie dla siebie.
Nalałem sobie do szklanki whisky na wysokość dwóch palców i zamknąwszy oczy, wypiłem ją dwoma łykami. Czułem, jak ciepły alkohol wlewa mi się przez gardło do żołądka. Stamtąd ciepło wraz z krwią rozchodziło się do każdej części mojego ciała. Najpierw rozgrzało mi piersi i policzki, potem ręce, a na końcu nogi. Poszedłem do łazienki, umyłem zęby, wypiłem dwie szklanki wody, oddałem mocz, wróciłem do kuchni, zastrugałem ołówki i ułożyłem je równo w piórniku. Potem położyłem budzik koło poduszki i wyłączyłem automatyczną sekretarkę. Na zegarze była za trzy minuty północ. Szybko przebrałem się w piżamę i wskoczyłem do łóżka. Postanowiłem spać choćby dwanaście godzin. Ptaki będą śpiewały, ludzie wyjadą pociągami do pracy, gdzieś może wybuchnie wulkan, a jakiś zbrojny oddział wysadzi w powietrze wioskę na Bliskim Wschodzie, ja w każdym razie będę spal.
Pomyślałem też o tym, co będę robił, kiedy porzucę tę pracę. Powinna mi się uskładać dość pokaźna suma, będę mógł żyć spokojnie, ucząc się greki albo gry na wiolonczeli. Futerał z wiolonczelą położę na tylnym siedzeniu samochodu i pojadę w góry, a tam będę sobie ćwiczył, ile dusza zapragnie.
Jeśli dobrze pójdzie, może będzie mnie stać na kupno domu w górach? Takiej małej, ślicznej, górskiej chaty z normalnie funkcjonującą kuchnią. Będę tam czytał książki, słuchał muzyki, oglądał stare filmy na wideo i gotował. Jeśli już mowa o gotowaniu, to może powinienem wziąć tam ze sobą tę długowłosą dziewczynę z biblioteki? To chyba niezły pomysł. Ja będę gotował, a ona będzie jadła.
Kiedy myślałem o gotowaniu, niespodziewanie przyszedł do mnie sen. Stało się to tak nagle, jakby zwaliło się na mnie niebo. Mój dom w górach i gotowanie, wszystko rozpadło się i znikło. Zostałem sam. Spałem jak zabity.
Ktoś wiercił mi w głowie dziurę świdrem, po czym upychał do niej papierowy sznurek. Musiał to być bardzo długi sznurek, bo upychaniu nie było końca. Machając rękami, próbowałem opędzić się od sznurka, ale bezskutecznie, wciąż wciskał się do mojej głowy.
Podniosłem się i oburącz chwyciłem za głowę – sznurka nie było. Dziury też. Usłyszałem dzwonek. Złapałem budzik i położywszy go na kolanach, nacisnąłem jednocześnie czerwony i czarny guzik. Dzwonek brzmiał nadal. Telefon. Było osiemnaście po czwartej. Na zewnątrz jeszcze ciemno, a więc musiało być osiemnaście po czwartej rano.
Wstałem z łóżka, poszedłem do kuchni i podniosłem słuchawkę. Zawsze gdy w nocy budzi mnie telefon, obiecuję sobie, że następnym razem zaniosę go do sypialni i zaraz o tym zapominam. Znów uderzyłem się golenią w nogę stołu.
– Halo – powiedziałem.
W słuchawce panowała cisza. Była to cisza absolutna, jakby słuchawkę po tamtej stronie zakopano w piasku.
– Halo! – krzyknąłem.
Słuchawka odpowiedziała mi milczeniem. Nie było słychać ani oddechu, ani żadnego innego dźwięku. Zdawało mi się, że cisza po przeciwnej stronie wciąga mnie do środka. Rozgniewany odłożyłem słuchawkę, napiłem się mleka i wróciłem do łóżka.
Telefon zadzwonił ponownie o czwartej czterdzieści sześć. Wstałem z łóżka i pokonawszy tę samą drogę, dotarłem do telefonu.
– Halo.
– Halo. – Usłyszałem kobiecy głos. – Przepraszam za poprzedni telefon. Coś się stało z bazą dźwięku. Dlatego od czasu do czasu dźwięk redukuje się sam.
– Redukuje się sam?
– Tak, to poważne uszkodzenie. Dziadek na pewno ma kłopoty. Słyszy mnie pan?
– Słyszę – odparłem. To wnuczka tego osobliwego starca, który sprezentował mi czaszkę jednorożca.
– Dziadek wciąż nie wraca, do tego te kłopoty z bazą. Na pewno stało się coś złego. Dziadek nie odbiera telefonu… Pewnie porwały go Czarnomroki i zrobiły mu coś strasznego.
– Jesteś pewna? Może po prostu nie ma czasu, żeby podejść do telefonu. Przez tydzień nie mógł sobie przypomnieć o twoim głosie… teraz też pewnie jest zajęty.
– Nie, to nie tak. Ja to czuję. My z dziadkiem znamy się tak dobrze, że potrafimy wyczuć, jeśli któremuś z nas stanie się coś złego. W dodatku modulator dźwięku jest popsuty. Nie ma wątpliwości.
– Co takiego?
– To urządzenie, które zmienia fale dźwięku. Służy do odstraszania Czarnomroków. Ktoś je popsuł, dlatego równowaga w bazie dźwięku została zachwiana. Czarnomroki na pewno porwały dziadka.
– Po co?
– Chcą mu odebrać wyniki badań. Czarnomroki, symbolanci i tym podobni. Proponowali mu kupno, ale oczywiście odmówił i to ich rozzłościło. Proszę, niech pan natychmiast tu przyjedzie. Na pewno wydarzy się tragedia. Proszę, niech pan nas ratuje!
Wyobraziłem sobie, jak Czarnomroki plączą się teraz po tym ponurym ciemnym korytarzu i za nic nie miałem ochoty tam schodzić.
– Przykro mi, ale interesują mnie wyłącznie transformacje liczbowe. Na nic innego nie podpisywałem umowy i do niczego innego się nie nadaję. Oczywiście zrobię wszystko, co jest w mojej mocy, ale walka z Czarnomrokami i odbijanie twojego dziadka to ponad moje siły. Od tego jest policja albo zawodowcy z Systemu, ludzie przeszkoleni w tego typu sprawach.
– O policji nie ma mowy. Jeśli poproszę policję, wszystko wyjdzie na jaw. A jak dowiedzą się o badaniach dziadka, to będzie koniec świata.
– Koniec świata?
– Proszę – nalegała. – Niech pan przyjedzie jak najszybciej! Potem będzie za późno. Po dziadku następnym celem będzie pan.
– Ja? A to niby dlaczego? To już raczej ty, ja nie mam zielonego pojęcia o badaniach twojego dziadka.
– Pan ma klucz. Tylko pan może otworzyć drzwi.
– Nie wiem, o czym mówisz – skłamałem.
– Nie mam czasu, żeby to panu wytłumaczyć. Ale to bardzo ważne, ważniejsze, niż pan myśli. Proszę mi wierzyć. To ważne przede wszystkim dla pana. Jeśli nie poda pan nam ręki teraz, potem będzie za późno. Nie kłamię.
– No dobrze. – Popatrzyłem na zegarek. – Po pierwsze, lepiej będzie, jeśli wyjdziesz z biura. To nie jest bezpieczne miejsce.
– Dokąd mam iść?
Poleciłem jej całodobowy supermarket w Ayoama. – Poczekaj tam na mnie w barze kawowym. Będę o wpół do szóstej.
– Strasznie się boję. Zdaje się…
Jej głos nagle się urwał. Próbowałem jeszcze krzyczeć do słuchawki, ale odpowiedzi nie było. Ze słuchawki jak dym z pistoletu unosiła się cisza. Zdjąłem piżamę, włożyłem sportową bluzę i bawełniane spodnie. Potem ogoliłem się pobieżnie maszynką, umyłem twarz i uczesałem włosy. Moja niewyspana twarz była spuchnięta jak tani sernik. Chciałem się tylko porządnie wyspać. A potem wstać pełen siły i spędzić normalny dzień. Dlaczego nie zostawią mnie w spokoju? Co mnie obchodzi jakiś jednorożec albo Czarnomroki?