Król Babilonu
- Автор: Эдигей Ежи
- Язык: польский
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Król Babilonu». Краткое содержание книги:
Król Babilonu wprowadza młodego czytelnika w epokę burzliwego panowania króla Kserksesa (517-465 p.n.e.) i jego następców.
Prawda historyczna spleciona z legendą, ubarwioną sensacyjnymi wątkami, ukazuje okres upadku potężnego Babilonu i przybliża kulturę starożytnej Persji.
dynie, że połowę zbioru oddział może zatrzymać na własne potrzeby, resztę zaś ma przekazać dla innych żołnierzy.
Na wyprawę po daktyle zgłosiło się ośmiu ochotników. Uchylono bramę i mały oddziałek znalazł się poza murami.
. Ponieważ nigdzie nie było widać żywego ducha, Zuka tan śmiało poprowadził swoją gromadkę tam, gdzie już z daleka widniały kiście dorodnych daktyli. Zukatan sprawnie wdrapał się na szczyt jednej z palm i wygodnie rozsiadłszy się wśród zielonych liści zrzucał owoce na ziemię, gdzie pozostali uczestnicy wyprawy zbierali je i ładowali do worków.
Gdy Zukatan oczyścił swoje drzewo z daktyli, zszedł na dół, nieco odpoczął i za chwilę już siedział na następnej palmie. Tutaj owoców było jeszcze więcej.
Kiedy ogołocono z owoców siedem czy osiem palm, jeden z żołnierzy zawołał nagle z przerażeniem w głosie:
– Persowie! Idą w naszą stronę!
Zukatan szybko zsunął się z drzewa i wraz z innymi przy-warował za pniami palm. Może wróg ich nie dojrzy?
Persów było czterech. Najwidoczniej wysłano konny patrol, aby sprawdził, co się dzieje pod murami Babilonu. Nie pomogła osłona drzew; jeźdźcy zobaczyli ludzi zrywających daktyle. Myśląc zapewne, że są to miejscowi chłopi, pospieszyli w ich stronę.
Z wyjątkiem Zukatana, Babilończycy mieli tylko włócznie, które nie na wiele by się zdały wobec doskonale uzbrojonego i zaprawionego w bojach przeciwnika, jakim była słynna jazda perska. Na szczęście Zukatan, miał swój łuk i teraz, nie tracąc zimnej krwi, niczym doświadczony wojownik spokojnie naciągnął cięciwę. Uważnie celował. Strzała pomknęła i jadący na przedzie Pers zwalił się z konia. Zukatan szybko nałożył drugą strzałę i po chwili następny przeciwnik rozstał się z życiem.
Widząc, że to nie przelewki, pozostali dwaj jeźdźcy osadzili konie w miejscu i zawrócili w popłochu.
– Uciekajmy! – krzyknął któryś z Babifończyków.
– Stój! Bo i ciebie zabiję! – łucznik znowu napiął łuk. Przerażony żołnierz zatrzymał się.
– Łapcie konie! – rozkazał Zukatan, a sam pobiegł do leżących na ziemi przeciwników. Obaj już nie żyli. Chłopak wyr wal z ich piersi strzały i schował do kołczanu. Były przecież teraz największym jego skarbem.,
Oba konie szybko złapano. Przy siodłach miały przytroczone miecze, używane w armii perskiej. Obaj zabici mieli na sobie bufiaste spodnie skórzane i takie same obcisłe tuniki z długimi rękawami, filcowe okrągłe czapy opadające na kark i wysokie sznurowane buty z zadartymi nosami. Strój ten świadczył, że nie byli to Persowie, lecz Medowie.
– Połóżmy ich na konie i zawieźmy do miasta – zaproponował jeden z żołnierzy. – To się dopiero zdziwi nasz setnik!
– Przyszliśmy tutaj rwać daktyle – sprzeciwił się Zukatan.
– Załadujemy na konie worki z daktylami, a zabitych zostawimy. Ich towarzysze na pewno wkrótce wrócą i to w większej gromadzie. Zabiorą poległych i pochowają zgodnie z Madejskim obyczajem.
– Trzeba zdjąć z nich tę odzież i buty – upierał się żołnierz. i – A tobie, przyjemnie byłoby, gdyby cię tak po śmierci obdarto ze wszystkiego?
– To chociaż weźmy ich czapki.
– Chcecie, to weźcie czapki. Ale teraz zabierajmy konie i zdobytą broń i szybko wracajmy do miasta. Tylko patrzeć, jak nadciągną tu żołnierze Kserksesa.
Mała grupka bez przeszkód wróciła do miasta. Ogromne było zdziwienie setnika Tabik-ziru i ludzi z jego oddziału, kiedy zobaczyli dwa objuczone konie. Zaś wielka radość zapanowała, kiedy opowiedziano im o zabiciu dwóch nieprzyjaciół i pokazano cenną zdobycz: łuki, miecze, sztylety i włócznie.
– To ty jesteś zwycięzcą – zwrócił się setnik do Zukatana
– do ciebie więc należy zdobycz znaleziona przy ciałach wrogów.
Mówiąc to Tabik-ziru łakomym wzrokiem zerkał na ozdobny perski nóż i na miecz z szerokim ostrzem.
– Wezmę sobie kilka strzał z obu kołczanów i, na pamiątkę, ozdobny futerał na łuk. A ty, panie – powiedział do setnika – weź ten sztylet i miecz. Resztę broni rozdziel tym, którzy jej najbardziej potrzebują.
– A co z końmi?
– Nie wiem. Chyba nie możemy ich tutaj trzymać.
– Dlaczego? – zaoponował dziesiętnik Kalba. - Niech się pasą. Trawy między murami na razie nie brakuje. Zawsze się nam mogą przydać. W najgorszym razie na mięso, jeżeli głód nas za bardzo przyciśnie…
– Przyjmuję twój dar, Zukatanie – setnik nawet nie próbował ukrywać radości – zaś drugi miecz ofiaruję dziesiętnikowi Kalbie. Włócznie, dużo lepsze od naszych, dostaną ci, którzy nie mają żadnego oręża. A jutro zrobimy zawody w strzelaniu z łuków i przypadną one najzręczniejszym;,
– Czy ja też będę mógł stanąć do tych zawodów? – zapytał dziesiętnik.
– Przecież dostałeś miecz, Kalbo. Nie dosyć ci?
– Łuk by mi się też przydał. To najlepsza broń, kiedy się jest w oblężonym mieście.
– Przyrzekam ci, dziesiętniku – powiedział Zukatan – że kiedy znowu wybiorę się poza mury miasta, przyniosę ci perski łuk.
– A długo będę na niego czekał?
– Mam pomysł – ciągnął Zukatan. – A gdyby tak wyprowadzić z miasta kilkunastu ludzi, ukryć ich za pniami palmowymi i zrobić zasadzkę na nieprzyjaciela? Teraz patrole perskie czy medyjskie będą ostrożniejsze i liczniejsze, bo otrzymały dobrą nauczkę, ale można by ich zaskoczyć.
– Dobry pomysł – pochwalił setnik. – Trzeba by jednak wziąć więcej niż kilkunastu ludzi – dowodził – bo nie wiadomo, jak liczny będzie przeciwnik. Wziąłbyś udział w takiej wycieczce, Kalbo? – zapytał jeszcze Tabik-ziru.
– Chętnie! Przecież mówiłem, że łuk mi się bardzo przyda.
– Jeżeli dowódca pozwoli, jutro zorganizujemy wypad, a ty go poprowadzisz.
– Dobrze – zgodził się dziesiętnik – ale musisz mi dać ze dwudziestu uzbrojonych ludzi.
– Dostaniesz najlepszych, jakich mamy w naszym oddziale – przyrzekł setnik.
Wyszli jeszcze przed świtem, aby po ciemku dotrzeć do drzew palmowych. Później, skokami od drzewa do drzewa, posuwali się ostrożnie naprzód.
– Gaj palmowy niebawem podejdzie do samego gościńca wiodącego z Borsippy. Najlepiej byłoby właśnie w tym miejscu zorganizować zasadzkę – zaproponował Zukatan. – Będziemy wtedy widzieli, co się dzieje i na drodze, i w palmowym gaju.
– Masz rację – zgodził się Kalba. – Daleko to?
– Nie. Jeszcze ze czterysta gar.
Miejsce na zasadzkę wybrano dobre. Gaj palmowy był w tym miejscu stosunkowo niewielki, bo rzeka przybliżała się do traktu. Drzewa rosły prawie przy samej drodze. Zukatan wdrapał się na palmę, z której mógł widzieć, co się dzieje w całej okolicy, i stamtąd zameldował, że jak okiem sięgnąć nie widać nikogo. Aby więc nie tracić czasu, chłopak oczyścił palmę z daktyli, co przyjęte zostało przez wszystkich z dużym zadowoleniem. Potem wszyscy wygodnie ulokowali się pod drzewami i spokojnie czekali na dalszy rozwój wypadków.
Przez długie godziny nic się nie działo. Już Kalba był zdecydowany zwinąć akcję i wracać do Babilonu, kiedy Zukatan zawołał:
– Daleko na drodze widzę tuman kurzu! Jakiś oddział posuwa się w naszym kierunku!
– Duży?
– Jeszcze nie mogę rozróżnić, bo pył ich zasłania.
Dziesiętnik szybko wydawał rozkazy. Żołnierze ukryli się za pniami drzew i zastygli bez ruchu.
– Na przedzie pięciu jeźdźców – meldował obserwator na palmie – widzę ich teraz bardzo dokładnie. Za jeźdźcami dwudziestu pieszych.
– To więcej niż nas – przestraszył się któryś z żołnierzy.
– Ich jest więcej, ale nie spodziewają się zasadzki – uspokajał dziesiętnik – kiedy będą nas mijali, łucznicy zaczną strzelać, a potem reszta z krzykiem rzuci się na nich. Celować przede wszystkim w jeźdźców. Ci są najniebezpieczniejsi, bo to na pewno Persowie lub Medowie, znakomici wojownicy. Z pozostałymi damy sobie radę.