Księga Jesiennych Demonów
- Автор: Гжендович Ярослав
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Księga Jesiennych Demonów». Краткое содержание книги:
Księga jesiennych demonów to pięć długich opowiadań, których akcja toczy się w Polsce.
Pierwsze z nich to Klub absolutnej karty kredytowej-główny bohater Zięba jest posiadaczem karty kredytowej, która ma niezwykłą moc.Jaka tego dowiecie się po przeczytaniu.Czy los świata spoczywa w rękach jednego człowieka?
Opowieśc terapeuty-czyli tytuł drugiego opowiadania.Bóg ma dosyć ludzi i ich ciągłych narzekań.Kolejny pacjent…niezwykły pacjent…białe ściany.
Wiedźma i wilk-młodziutka wiedźma Melanie bita przez swojego chłopaka postanawia wyhodować sobie nowego mężczyznę.Co z tego wyjdzie?:) Wilk przeobrażony w człowieka dusi się w nowym ciele…
Piorun- opowieść kryzysu małżeńskiego.Typowa groteska:)
Czarne motyle- według mnie najlepsze opowiadanie o poruszającym zakończeniu.Miłość, samotność i groza.
Podsumowując- książkę polecam osobom, które lubią psychologię.Fani Stephena Kinga powinni być zadowoleni i uznac to za lekturę obowiązkową.Ciekawe czy i wy potraficie tak, jak główni bohaterowie odnaleźć swojego jesiennego demona?
– Co jest? – wycedziłem. – Coście za jedni? Siedzący nogą pchnął w moją stronę krzesło.
– Siad! – szczeknął. Usiadłem.
– To ten? – padło pytanie.
– Kim jesteście? – Nie tak łatwo podnieść głos przy ściśniętym gardle.
– Nazwisko!
Podałem nazwisko. Jeden z nich położył na moim stole neseser i starannymi ruchami wydobył z niego wielką szarą kopertę. Złamał na niej jakąś pieczęć i otworzył.
– Weź to! – odezwał się, podając mi suchą, kolczastą gałązkę. Wziąłem ją i trzymałem w palcach, ostrożnie, bo kolce wbijały mi się w dłonie. Przeleciało mi przez głowę, że jeżeli wyjdę z tego żywy, będę miał spuchnięte łapy. Mam uczulenie na ciernie.
Ten od płyt rzucił ostatni kompakt na podłogę, odwrócił sobie krzesło oparciem do przodu i usiadł na nim okrakiem przede mną. Wyglądał jak ktoś, kto usiłuje siedzieć na przedszkolnych mebelkach.
– Ładne kwiaty? – zapytał. Ten na odmianę mówił cichym, spokojnym głosem, ale brzmiał strasznie. Takim półszeptem ordynuje się egzekucje.
Kolczasty, rosochaty patyk, który ściskałem nerwowo w palcach, nagle zaszeleścił sucho i – zakwitł. Wyglądało to jak na poklatkowych zdjęciach. Zbrązowiałe, zdrewniałe łodygi wypuściły nagle lepkie pączki, które pękły wachlarzami zielonych listków, na końcach gałązek pojawiły się kwiaty, rozwijając się ślepym obrotowym ruchem i rozkładając korony purpurowych płatków; obok suchych kolców pojawiły się nagle nowe, gęste i długie jak igły. W ciągu kilku sekund patyk pokrył się liśćmi i kwiatami, nowe gałęzie wystrzeliły na boki ze starych, i stał się bukietem, a przynajmniej solidną, gęstą gałęzią dzikiej róży. Zapach lata i cukierni wypełnił pokój.
– No, to pięknie! – wycedził jeden z przybyszów.
– Rzuć to! – Rzuciłem. Bukiet przez chwilę rósł dalej, wypuszczając coraz większe kwiaty, w coraz to innych kolorach.
– I co teraz? – zapytał ten z łazienki.
– Rozwal go! Teraz, zaraz i po sprawie!
– Jasne! Widziałeś, co się dzieje? Sam go rozwal, jak jesteś taki mądry! I gdzie to wszystko pójdzie?
– A niech idzie gdzie chce! Najpewniej wróci do źródła!
– A jak nie? To co wtedy? Postanowiłem zabrać głos.
– Panowie, ja… – Nie zaszczycono mnie większą uwagą.
– Synu, zamknij mordę! – warknął ten od płyt, nawet na mnie nie patrząc. Zamknąłem.
– Pytałem: co teraz? – odezwał się pierwszy.
– Słyszałem. Na razie pogadamy. Masz jakieś talenty?
– To było do mnie.
– Chwileczkę, o co tu…
– Synu, chyba czegoś nie rozumiesz. Odpowiadasz na pytania. Kiedy powiem: „milcz”, milkniesz. Kiedy powiem: „fruwaj”, unosisz się w powietrzu. Kiedy powiem: „umrzyj”, przestajesz żyć. Zrozumiałeś?
Powoli, starannie zdjął okulary i złożył zauszniki. A potem uniósł głowę i spojrzał na mnie. W ogóle nie miał oczu. Pod jego powiekami płonął blask acetylenowego płomienia. Kipiała w nich zagłada, przy której wybuch nuklearny wyglądałby jak fajerwerk.
Zamieniłem się w pochodnię. W jednej sekundzie buchnąłem oślepiającym ogniem, jak trafiony czołg. Słyszałem trzask, z jakim płonęły moje włosy, widziałem, jak moja skóra pokryła się bąblami i sczerniała; zanim zagotowały mi się oczy widziałem pokój przez białą ścianę płomieni buchających z mojego ciała. Płonące mięśnie skurczyły się, zwijając mnie w embrion. Byłem krzykiem i bólem. Oceanem krzyku, bólu i ognia. Płonąłem.
A potem znowu siedziałem na krześle, nagi i mokry, kaszląc, dławiąc się krzykiem, szlochem i miętową pianą. Nic mnie nie bolało, ale doskonale pamiętałem.
– Brawo! – warknął jeden z oprawców. – Doskonała robota. Teraz na pewno się dogadacie.
– Oszczędzam czas – powiedział siedzący na krześle. Założył z powrotem okulary. – Mam toczyć pogawędki? „A kim jesteście”, „A o co tu właściwie chodzi?” „Proszę wyjść, bo zawołam policję” i tak dalej. Może ciebie to bawi, ale ja nie mam czasu na bzdety. I ty, przypominam, też go nie masz! Pytanie: co umiesz robić?
– Jestem terapeutą, psychologiem… Przyjmuję pacjentów… Leczę, z problemami… przychodzą, pomoc… – bełkotałem.
– No i masz: jest w szoku. Aleś oszczędził czasu. – Mówiący skinął głową i uroczyście uniósł dwa pałce. Nagle, jakbym spadł na ziemię, uspokoiłem się. Ogarnął mnie absolutny, aksamitny spokój.
– Dość! Zmień pracę.
– Na jaką? – zapytałem bezradnie.
– A co mnie obchodzi, na jaką! Zostań połykaczem ognia! Kobziarzem!
– Czekaj! Jonasz Runkiewicz! Znasz?
– To mój pacjent…
– Patrz! – Sięgnął do teczki, a potem rzucił mi na kolana kilka lśniących fotografii dużego formatu. Część ześlizgnęła się na podłogę. Przedstawiały najzwyklejsze przedmioty: odkurzacze, samochody, a także ludzi; zdjęcia jak zdjęcia. Tyle że były piękne. Biło z nich idealne, nieziemskie piękno, jakby te wszystkie rzeczy pochodziły ze świata doskonałego, gdzie funkcja i uroda stapiają się w jedną pełną równowagi całość. Patrzyłem na butelkę piwa, przy której grecka amfora albo japońska waza wyglądałyby jak nocniki na miejskim śmietniku. Patrzyłem na zdjęcie dziewczyny, na które spojrzałem tylko raz i serce mi pękło. Zawsze takiej szukałem. Przez całe życie. Była samą doskonałością. Nosiłem ją przez całe życie gdzieś w głębi podświadomości i miałem nadzieję, że nigdy nie znajdę, bo musiałbym dla niej natychmiast umrzeć.
– Kto to jest? – wyszeptałem ze łzami w oczach.
– Zwyczajna modelka. Pierwsza z brzegu. To coś siedzi w twoim pacjencie. Przez ciebie.
– Chwileczkę. Widziałem go w poniedziałek. Kiedy zdążył…
– Nie zdążył. Zrobi te zdjęcia w przyszłym roku. Ludzie będą gotowi zabijać dla rzeczy, które sfotografuje. Będą umierać dla sokowirówek albo wariować dla zegarków. Dorota Ubaczewska! Też twoja pacjentka?
– Tak…
– Ja myślę! Uwolniłeś ją od złej matki, nie? Matka już się źle czuje, bo serce jej wysiada ze złości. Straciła władzę nad córką. Za miesiąc już nie będzie żyła, a córka nawet nie przyjdzie na pogrzeb. Jest wolna. Także od swojego dziecka i męża. Wolna od prawa, od wszystkiego. Kiedy zechce, ukradnie. Kiedy zechce, zabije. Wolna jak wiatr. Trochę radykalna kuracja, nie?
– Potrzebowała pomocy…
– Jasne, synku! Pomocy! Wsparcia, a nie cholernego, partackiego cudu! Nie zauważyłeś, że lokalnie przewracasz świat do góry nogami?
– Mieszasz mu w głowie – powiedział ten spokojny, który przedtem przeglądał moje płyty. – Fakty. Masz pacjenta, od którego wszystko się zaczęło. Nie wolno ci leczyć tego człowieka. Nawet nie śmiej o tym myśleć. Nie wolno, rozumiesz? Nie twoja parafia! Nie twoja skala. – Pochylił się do przodu razem z krzesłem i spojrzał mi w oczy. Zobaczyłem w matowych taflach bardzo niewyraźne odbicie sylwetki nagiego człowieka, kulącego się na krześle jak robak na szpilce. – Nie wolno ci leczyć tego człowieka, zrozumiałeś? Nastąpi coś przerażającego, jeżeli się na to ośmielisz. Nie miałeś tego pacjenta. Zapomnij o nim. Dla swojego własnego dobra. Dla dobra wszystkich.
Wtedy zobaczyłem coś, co przedtem mi umknęło, bo byłem w zbyt wielkim szoku. Oni się bali. Byli przerażeni.
Bali się mnie.
Bali się tego, co umiałem, chociaż nie miałem pojęcia ani jak, ani skąd. Ale bali się. Nie wiedzieli, co ze mną zrobić.
Właściwie, człowiek wyciągnięty znienacka z wanny, nagi i mokry, przesłuchiwany na środku własnego pokoju przez trzy upiorne istoty, powinien oszaleć z paniki, wpaść w histerię albo zemdleć. To nie byli przecież włamywacze, agenci wywiadu czy policjanci. To były niemożliwe, nieistniejące zjawy.