Rytuał
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-89951-93-9
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rytuał». Краткое содержание книги:
Tytułowy „Rytuał” to przepiękna przypowieść o miłości, która potrafi się narodzić tam, gdzie nikt by się tego nie spodziewał, która potrafi przełamywać bariery, zdawałoby się, nie do pokonania. To przypowieść o rytuałach, które niczym niewidzialne więzy skuwają nasze ręce i kierują naszymi poczynaniami, zmuszając do postępowania wbrew sobie, wbrew sercu i sumieniu. Jedna z najlepszych powieści z gatunku baśniowej fantasy, jakie napisano po rosyjsku.
Młodzieńcze marzenia, romans, porwanie, miłość, zło, walka, wybory, sekret, zrozumienie tego, co w życiu naprawdę ważne — zaplątani w ciasnej sieci rytuałów bohaterowie starają się żyć tak, jak nakazuje odwieczna tradycja, ale każdy z nich jest istotą wolną i wolność ta budzi w nich sprzeciw do wypełniania szeregu bezsensownych rytuałów, które należy spełnić tylko dlatego, że są rytuałami.
Konfrontacja marzeń z rzeczywistością bywa bolesna, a odróżnienie dobra od zła, jawy od snów i wyobrażeń nie jest rzeczą prostą. Czy bohaterom tej niezwykłej opowieści uda się znaleźć właściwe ścieżki? Czy zaplątani w pajęczynę oczekiwań otaczającego ich świata będą potrafili wyrwać się z ciasnych więzów? I w końcu — czy będą potrafili właściwie wykorzystać dar od losu?
Całkowicie niepojęte było, jak nieznajomy dostał się na wyspę, położoną dosyć daleko od brzegu — jak się później okazało, do brzegu wyspy nie przybiła żadna łódź, czy nawet nędzna tratwa. Opatulony był czarnym wymiętym płaszczem, miał nisko naciągnięty na czoło równie pomięty kapelusz z szerokim rondem. Wymachiwał zwojem z pieczątką na sznureczku z nakazem króla.
Wymachiwał nim przed nosem zaspanego lokaja, potem dworzanina, potem frejliny, która objęła na wyspie posadę głównodowodzącej. Ale zanim zwój rozpieczętowano, cały pałac już wstał, rozbudzony straszną wieścią.
— Ratujcie się! Szybko! — Wykrzykiwał nieznajomy. Głos miał troszeczkę schrypnięty.
Księżniczkę Oliwię, ledwie przetarła oczy, ogarnęły wątpliwości — nieznajomy powoływał się na królewskiego astrologa, który zazwyczaj przewidywał pogodę nieprawidłowo; pieczątka na zwoju okazała się większa niż zazwyczaj — ale już poruszyło się w ciemności morze, już zrywał się wiatr, przynosząc zza horyzontu głuchy, niewyraźny pomruk.
Trzaskały drzwi i okna. Wszyscy pośpiesznie pakowali walizy, żeby za moment porzucić je na pastwę losu. Łódek dla wszystkich nie wystarczyło. Poleciały za burtę mieszki, baryłki, kilimy i namioty. Z pomostu zbudowano tratwę.
Nieznajomy uwijał się jak w ukropie — biegał jak szalony i ponaglał, poganiał, a i po prostu straszył, chociaż nie było już takiej konieczności — na morzu ewidentnie zaczynało się dziać coś bardzo niedobrego.
A kiedy księżniczka Oliwia z frejliną i dwórką, wszystkie jej znajome i kawalerowie, dwie dziesiątki sług, kucharz z czeredą kuchcików, cieśla i praczka, prowadzeni przez kapitana w mundurze nałożonym na gołe ciało, odbili od brzegu łodziami — wtedy nieznajomy odszedł za budynki, w jednej chwili pokrył się łuską i wzleciał w jeszcze ciemne niebo.
Flota poruszała się wolno, słudzy wiosłowali niezdarnie. Czasu na ratunek już prawie nie było. Wstawał świt.
Kiedy łódź z żaglem, która płynęła na przedzie, dosięgła maleńkiej przystani koło podnóża skał, ostre Armanowe oczy zobaczyły na horyzoncie biały grzebień.
Kiedy cieśla podsadził praczkę na dolny placyk drewnianych schodów, fala zakrywała już pół nieba.
Sznur ludzi powoli, bardzo powoli pokonał dziesięć wysokich drewnianych stopni i schował się, niczym robak w norze — w skale, w której było wybite na wylot przejście, osłonięte od strony morza okrągłą bryłą i dlatego niewidoczne już dla Armana.
Arman obejrzał się — i od razu wystrzelił ku górze.
Fala przeszła prosto pod nim, widział jej grzebień tak wyraźnie jak własne pazury. Na grzebieniu rozwiewały się wstęgi syczącej piany, podobne do zachłannych języków. Na jedno mgnienie obnażyło się dno i Armanowi zakręciło się w głowie od rozwartej pod nim przepaści.
Fala przetoczyła się przez wyspę Myszy, nie zauważając go i uderzyła w brzeg, niby w gigantyczny bęben. Brzeg zadrżał i jęknął.
Kiedy wirujący kocioł morskiej wody trochę się uspokoił, Arman zobaczył ponownie wyspę Myszy. Ocalały na niej dwie palmy — jedna z dwiema gałązkami, a druga — nawet z czterema.
Długo jeszcze rybacy, których łódki fala rozbiła o skały, wyciągali z morza baryły z drogim winem, skrawki jedwabiu, a czasem i złote ozdoby.
Rozdział szósty