Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Sami Swoi». Краткое содержание книги:

Sami swoi to opowieść o zwaśnionych rodach Pawlaków i Kargulów. Przed wojną kargulowa krowa weszła na łąkę Pawlaków, co spowodowało, że spłonęły dwie stodoły, polała się krew i Jaśko Pawlak, uciekając przed karą za pocięcie kosą Kargula musiał wyemigrować do Ameryki. Jednak spór dwóch rodzin trwa dalej.
Film Sami Swoi cieszy się popularnością aż po dziś dzień. Został on oparty na książce pod takim samym tytułem. Książka ta została napisana przez Andrzeja Mularczyka, który również napisał scenariusz do filmu Sami Swoi.
Początek filmu Sami Swoi jest nieco mało sielankowy… Przed wojną kargulowa krowa weszła na łąkę Pawlaków, Władyk Kargul zaorał miedze na trzy palce i w końcu polała się krew. Jaśko Pawlak, uciekając przed karą za pocięcie kosą Kargula, musiał wyemigrować do Ameryki. Tenże Jaśko, teraz John, przyjeżdża po wojnie do Polski i zastaje sytuację niezwykłą – obie rodziny żyją w zgodzie i harmonii. Tak jednak nie od razu było, ale życie zmusiło emigrantów zza Buga do zakończenia dawnego sporu, a miłość Witii Pawlaka i Jadźki Kargulanki połączyła ich więzami rodzinnymi.
1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 51
Перейти на страницу:

– Ej, ludzieeee! Polaaakiii!! To rozpaczliwe wołanie wsiąknęło w ciszę nocy. Harmonia ucichła. Może wcale nikt na niej nie grał? Nagle Pawlak aż podskoczył na siedzeniu: za jego plecami rozległo się rytmiczne uderzanie metalu o metal, jakby ktoś tu w środku nocy usiłował klepać kosę. Lufa karabinu skierowała się w to miejsce: jest ktoś żywy! Widać nareszcie, że coś się rusza! To za wybitą szybą „Uhrmachera” ogromny reklamowy krasnolud, obudzony widać ze snu okrzykiem Pawlaka, zaczął walić młotkiem w kowadełko, odliczając godzinę dwunastą w nocy. To właśnie w tej godzinie władzę nad opuszczonymi przez żywych miejsCami obejmują duchy. Kiedy krasnolud odmierzył ostatnie, dwunaste uderzenie – dreszcz przebiegł po plecach Pawlaka. Rozejrzał się w popłochu naokoło i zdrętwiał: po drugiej stronie jezdni, ukryty trochę w bramie, stał czarny ponury pojazd, który każdemu musiał się kojarzyć z wiecznością. Miał dach wsparty rzeźbionymi kolumienkami, na każdym rogu tkwiła latarnia, a kolumienki wieńczyły pozłacane aniołki. Karawan nie zapowiadał nic dobrego. Był raczej ostrzeżeniem. Kaźmierz postanowił zawrócić i kierując się wiechciami słomy podjął drogę powrotną. Kiedy cofał wóz w bocznej uliczce, uniósł oczy do księżyca, jakby to on ucieleśniał Pana wszelkiego stworzenia, i tym spojrzeniem błagalnym wyraził nadzieję, że i bez ludzkiej pomocy uda się Maryni wydać na świat pierwszego na tej wyludnionej ziemi tu urodzonego osadnika. I właśnie w chwili, gdy wzniósł ku górze swe oczy, natknął się na tabliczkę z napisem „Apotheke”, która wisiała nad podcieniami starej kamieniczki. Zawsze tak było, że tam gdzie apteka – był też blisko lekarz albo przynajmniej felczer. Wiedziony tą nadzieją Pawlak odłożył karabin na wóz, przywiązał lejce do słupa latarni i po kilku stopniach dotarł do drzwi apteki. Pchnął je, a kiedy ustąpiły, rozległ się nad jego głową srebrzysty dzwoneczek. Pawlak aż przykucnął. W jego nozdrza uderzył skondensowany zapach aptecznych mikstur. Zapalił zapałkę i w jej nikłym blasku zobaczył na półkach połyskujące flakoniki, słoiki z różnymi maściami, fiolki i opakowania z watą i bandażami. Nie miał wątpliwości, że to niebo mu wskazało aptekę. Zaczął zgarniać z półek bandaże, słoiki i flakon ze spirytusem aptecznym, wszystko to, co może się przydać w tych czasach, kiedy człowiek sam dla siebie musi być lekarzem, babką położną – i co nie daj Boże – czasem nawet i grabarzem. Kiedy obarczony tym dobrem zbliżył się do wozu, usłyszał za swoimi plecami rozkaz: „Ręce do góry!” Choć ten głos nie był przepojony bezwzględną groźbą, a raczej brzmiał dość niepewnie, to jednak Pawlak nie miał zamiaru wdawać się w targi o życie. Uniósł ręce, wypuszczając z nich swoją zdobycz. Z brzękiem posypały się na chodnik słoiki, bandaże i flakon ze spirytusem, którego zapach – mimo dramatycznej sytuacji – Kaźmierz z lubością wciągnął w nozdrza. Nie opuszczając rąk, ostrożnie obejrzał się przez ramię. Zobaczył najpierw skierowaną na siebie lufę dubeltówki, połyskującą w mdłym świetle księżyca. Dubeltówkę trzymał w ręku blady, niewysoki człowiek w cyklistówce. Kurtkę miał przepasaną wojskowym pasem. Nie spuszczając oczu ze swej ofiary, podszedł do kobyły i zaczął ją wyprzęgać od Pawlakowego wozu. Niesporo mu to szło, bo jedną ręką dzierżył fuzję, drugą usiłował zdjąć pętle z orczyka. Najwyraźniej nie tyle mu chodziło o życie Pawlaka, ile o jego kobyłę.

– Przepraszam pana – odezwał się, nie przestając szarpać się z uprzężą – ale to wyższa konieczność. Pawlak stał z podniesionymi rękoma, patrząc z bezgraniczną rozpaczą, jak obcy chce go pozbawić nie tylko narzędzia pracy w postaci kobyły, ale też jedynej jego prawdziwej miłości, bo nie ma co ukrywać, że o jego wyborze Maryni na żonę zdecydowała kobyła w jej wianie. Kobyła też nie była zachwycona, że ktoś obcy zachodzi ją od ogona. Zatańczyła niecierpliwie i machnęła kopytem tuż przy głowie rabusia.

– Prrr – zaczął ją uspokajać człowiek z dubeltówką, ale kiedy koń coraz bardziej rzucał się między dyszlami, sam poprosił Pawlaka o pomoc.

– Weź pan lejce i przytrzymaj konia. Ja nie chcę twojego życia. Krwi wąchać nie lubię, ale zmuszony jestem zrobić to samo, co i mnie zrobili – popchnął Pawlaka lufą dubeltówki w stronę kobyły.

– Tylko bez frajerskich kawałów. Ja mam dubeltówkę, to ja mam rację. Na wszystko trzeba mieć chwyt. Zaprzęgaj konia do mojej pojazdki – dyrygował napastnik. Głową wskazał widoczny przód karawanu, połyskującego w blasku księżyca.

– Ty co, zdurniał? – Pawlak próbował stawiać opór, ale lufa dubeltówki oparła się o jego pierś.

– Konia zabieram, ale życie daruję – obiecał życzliwie rabuś. Wyglądało, że to, co czyni, nie jest ani jego zawodem, ani namiętnością.

– Wiesz ty, człowiecze, co bierzesz na swoje sumienie?

– Musimy sobie pomagać, nie?

– Żeb' jego wilcy! Rób, na co ci sumienie pozwala, ale nie każ se pomagać. Prowadząc ten dyskurs przysunął się do wozu, gdzie zostawił zagrzebany w słomie karabin. Napastnik widać nie był z kamienia, bo drżący rozżaleniem głos Pawlaka rozmiękczył jego stanowczość.

– Skąd pan jesteś?

– Zza Buga.

– Całe szczęście! – ucieszył się dysponent karawanu.

– Bo ja z Warszawy, a nie miałbym sumienia skrzywdzić warszawskiego rodaka. – Człowiecze, taż ty breszesz jak sobaka! – zdenerwował się Pawlak tym jawnym szowinizmem.

– A bo my zza Buga to gorsze rodaki?! – Nie bierz mnie pan pod bajer. Myśmy więcej w okupację w dupę dostali.

– Ale was ruskie z chałupy nie przepędzili. My swój dom pod Trembowlą zostawili.

– A mój się w powstaniu rozleciał. A na barykadzie na Freta w biodro mnie postrzelili.

– A my dwie pacyfikacje za Hitlera przeszli.

– Ja Hitlerowi z obozu jenieckiego uciekłem, bo miałem swój chwyt na Niemców… Warszawiak nie chce ustąpić w tej dziwnej licytacji. Dwóch obcych ludzi prowadziło ten przetarg losów nocą, przy rynku wymarłego miasteczka, tuż obok karawanu.

– Ja rodaka szukał, a na bandytę trafił – westchnął Pawlak.

– Ty, frajerze, uważaj – warszawiak oparł lufę dubeltówki o pierś Pawlaka.

– Do powstańca warszawskiego pan mówisz.

– A czy ja twój wróg?

– Nie.

– A może ja zając?

– Nie.

– To czego pan na mnie fuzję wziął, jak ja ani wróg, ani zając? – Takie czasy, że nic ani nikt nie jest na swoim miejscu. Na wszystko trzeba mieć chwyt. Dawniej karawanem woziło się umrzyków, a teraz żywych. Jakby na potwierdzenie tych słów coś się w karawanie poruszyło. Ktoś jakby krzyknął czy załkał raptem, przewrócił się z boku na bok z impetem sporego suma, co się chce zerwać z haczyka, bo karawan zakolebał się na resorach, pucate, złote aniołki zakołysały się w blasku księżyca. Oczy Pawlaka pod daszkiem maciejówki zrobiły się okrągłe jak srebrna pięciozłotówka z Józefem Piłsudskim. Nie tylko on czuł narastającą grozę. Kobyła łbem rzuciła, jakby nagle poczuła jakiś dziwny lęk. Warszawiak jednak nawet się nie obejrzał za siebie, a jego dubeltówka nakłaniała Pawlaka do wyprzęgnięcia kobyły.

– Przeszli my dwa razy ruskich, raz Niemców. Aj, przyjdzie i to przecierpieć, że rodaki nas oskubią. Dobregoś se pan wroga znalazł, żeb' na nim swoje krzywdy wyrównać. Kaźmierz, trzymając konia przy pysku, powolutku przesunął się tak, by mieć swój karabin w zasięgu ręki.

– Mnie nie pan jesteś wrogiem, ile twój koń przyjacielem. Warszawiak zbliżył się, by sięgnąć po wodze. Pawlak jednym szarpnięciem wyrwał mu dubeltówkę i skierował ją na uczestnika powstania warszawskiego. Teraz miał w ręku właściwy argument, którym mógł go przekonać o swoich racjach.

– Ano dawaj łapy do góry! Ku jego zdumieniu warszawiak spokojnie zaczął odprowadzać kobyłę w stronę karawanu.

1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)