Pająk spoglądał na mnie znad biurka, przy którym czytał.
— Pomyślałem sobie, że to pewnie ty — powiedział.
W cieniu za nim widać było książki. La Dire miała ich kilkaset Tu jednak półki wypełnione były nimi od podłogi po sufit.
— Chciałbym… moje pieniądze. — Znów spojrzałem na biurko.
— Usiądź — rzekł Pająk. — Chcę z tobą porozmawiać.
— O czym? — zapytałem. Nasze głosy zwielokrotniało echo. Muzyka prawie ucichła. — Muszę ruszać w drogę, by wydostać Frizę i by znaleźć Dziecko Śmierć.
Pająk skinął głową.
— Dlatego właśnie sugeruję, byś usiadł.
Nacisnął jakiś przycisk i stożek światła, w którym tańczyły pyłki, oświetlił onyksowy taboret. Usiadłem powoli, trzymając w ręku maczetę. Podobnie jak o świcie w zdenerwowaniu przerzucał z ręki do ręki pejcz, teraz Pająk robił to samo z białą, kruchą czaszką jakiegoś gryzonia.
— Co wiesz o mitologii, Lobey?
— Znam tylko historie, które opowiadała mi La Dire w naszej wiosce. Ona opowiadała je wszystkim młodym ludziom, niektóre z nich po kilka razy. A my opowiadaliśmy je sobie nawzajem, aż zapadły nam głęboko w pamięć. Ale później pojawiły się inne dzieci, którym musiała to opowiadać.
— Pytam jeszcze raz: co wiesz o mitologii? Nie pytam, jakie znasz mity ani skąd one się biorą, ale po co je mamy i do czego nam służą.
— Ja… nie wiem — powiedziałem. — Gdy opuszczałem wioskę, La Dire opowiedziała mi mit o Orfeuszu.
Trzymając w dłoniach czaszkę, Pająk pochylił się ku mnie.
— Dlaczego? — zapytał.
— Ja nie… — Zastanowiłem się. — Aby wskazać mi drogę?
Niczego innego nie potrafiłem wymyślić.
— Czy La Dire była inna?
— Ona była…
Przypomniałem sobie lubieżność, jaka przebijała w śmiechu chłopców gapiących się na plakat; nie rozumiałem jej, ale czułem, że na jej wspomnienie czerwienią mi się uszy. Pamiętam, w jaki sposób Easy, Mały Jon i Lo Hawk próbowali przełamać moje przygnębienie po śmierci Frizy oraz jak próbowała to zrobić La Dire; robiła to podobnie, a jednak inaczej.
— Tak — przyznałem. — Ona była inna.
Pająk kiwnął głową i zabębnił zgrubiałymi palcami po blacie biurka.
— Czy rozumiesz inność, Lobey?
— Żyję w świecie, w którym jedni są inni, a drudzy nie. Sam odkryłem w sobie inność zaledwie kilka tygodni temu. Wiem, że świat zmierza ku niej z każdym uderzeniem wielkiego rock and rolla, ale nie rozumiem jej.
Po skupionej twarzy Pająka przeniknął uśmiech.
— Nie różnisz się w tym od pozostałych. Wiemy dobrze, czym inność nie jest, ale na tym kończy się nasza wiedza.
— A czym ona nie jest? — zapytałem.
— Nie jest telepatią, nie jest telekinezą, choć prawdopodobieństwo wystąpienia takich zdolności u innych jest wyższe niż u pozostałych. Posłuchaj, Lobey: Ziemia, nasz świat, piąta planeta Układu Słonecznego oraz dwunożny gatunek zamieszkujący jej cienką, wilgotną powłokę — wszystko to się zmienia. Nic nie pozostaje stale takie samo. Niektórzy akceptują te zmiany, a inni zamykają oczy, zatykają sobie uszy i zaprzeczają wszystkiemu. Chichot, drwina i szyderstwo — tak zachowywali się ludzie starej rasy, gdy myśleli, że nikt ich nie widzi. Przejęliśmy opuszczony przez nich świat i teraz dzieje się w nim coś nowego, coś, czego nawet nie można zdefiniować za pomocą słownictwa, jakie nam pozostawiła ludzkość. Musisz przyjąć znaczenie inności tylko w taki sposób: nie da się ona zdefiniować; jesteś w nią zaangażowany; jest wspaniała, przerażająca, głęboka, nie poddająca się wytłumaczeniom, nie dająca się przejrzeć na wylot; a jednak wymaga ona od ciebie podróży, określa punkty startu i postoju, może sprawić, że motorem twojego działania będzie miłość lub nienawiść, a nawet zmusić cię abyś usiłował zabić Dziecko Śmierć…
— …lub powodować, że tworzę muzykę — dokończyłem za niego. — O czym myślisz, Pająku?
— Gdybym umiał to wyrazić lub gdybyś ty potrafił zrozumieć moje słowa, straciłoby to całą wartość. Kilka wojen, kilka chaosów, kilka paradoksów temu dwaj matematycy zakończyli jedną erę i rozpoczęli nowy rozdział w dziejach naszych gospodarzy i naszych duchów zwanych ludźmi. Jednym z nich był Einstein, który swoją teorią względności wyznaczył granicę ludzkiej percepcji, wyrażając matematycznie, w jaki sposób obserwator wpływa na rzeczy, które obserwuje.
— Znam to — powiedziałem.
— Drugim był Godel, współczesny Einsteinowi, pierwszy, który precyzyjnym twierdzeniem matematycznym przypominał ogromny obszar znajdujący się poza granicami określonymi przez Einsteina: W każdym zamkniętym systemie matematycznym — co należy rozumieć: w realnym świecie z jego niezmiennymi prawami logiki — istnieje skończona liczba prawdziwych twierdzeń — co znaczy: postrzegalnych, dających się mierzyć zjawisk — które, choć zawarte w oryginalnym systemie, nie dadzą się z niego wyprowadzić — czyli: udowodnić za pomocą zwykłej czy niezwykłej logiki. Wszystko to oznacza, że jest więcej rzeczy na niebie i Ziemi, niż śniło się naszym filozofom. W naszym świecie istnieje więc określona liczba prawdziwych rzeczy, których prawdziwości nie sposób dowieść. Einstein określił granice racjonalności. Godel wbił pinezkę w irracjonalność i przyczepił ją do ściany wszechświata na tyle mocno, by ludzie wiedzieli, że ta irracjonalność istnieje. Ziemia i ludzkość zaczęły ulegać zmianom. Tymczasem z innej strony wszechświata my wolno nadciągnęliśmy tutaj. Widoczne efekty teorii Einsteina można przedstawić w postaci krzywej wypukłej; wydajność tej teorii była największa w pierwszym stuleciu po jej ogłoszeniu, a potem ustabilizowała się na pewnym poziomie. Wydajność prawa Godla można przedstawić za pomocą krzywej wklęsłej; z początku była mikroskopijna, potem zrównała się z krzywą Einsteina, przecięła ją i przewyższyła. W punkcie przecięcia ludzkość potrafiła osiągnąć granice znanego wszechświata, posługując się statkami o napędzie odrzutowym, które ciągle są dostępne dla każdego, kto chce ich użyć…