Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Interświat

Электронная книга - «Interświat». Краткое содержание книги:

Joey Harker nie jest bohaterem. W istocie potrafi się zgubić nawet we własnym domu. Lecz pewnego dnia Joey naprawdę się gubi. Ze swego świata przechodzi do innego wymiaru. Wędrówka między światami ściąga na niego uwagę dwóch straszliwych potęg. Armie magii i nauki zrobią wszystko, byle zdobyć jego moc, umożliwiającą podróże między wymiarami. Odkrywszy, jak wielkie zło czynią obie potęgi, Joey dołącza do armii, złożonej z różnych wersji samego siebie, pochodzących z alternatywnych Ziemi i bez wyjątku dysponujących podobną mocą. Razem gotowi są walczyć w obronie wszystkich światów.
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 41
Перейти на страницу:

Gdybym jednak tu został, musiałbym żyć ze świadomością, że porzuciłem w niebezpieczeństwie ludzi, na których mi zależało.

Jakże żałowałem, że cholerne bańki mydlane uruchomiły obwody przechowujące owe wspomnienia. Niewiedza to może nie błogosławieństwo, ale przynajmniej jest lepsza od bagna żalu, w którym ugrzązłem.

Śnieg zamienił się w zimny deszcz. Mógłbym sobie wmawiać, że to tylko krople spływają po moich policzkach, ale przecież z chmur nie pada ciepła, słona woda. I dość już się okłamywałem.

Zapatrzyłem się w bańkę, którą gonił Kevin. Unosiła się wyżej od innych, niemal na poziomie dachu garażu. Poszybowała pomiędzy nagie gałęzie pobliskiego dębu i spodziewałem się, że lada moment zniknie w bezdźwięcznej implozji.

Ale nie.

Zamiast tego zawisła tam na moment, po czym powoli opadła ku mnie. Lejek biegł pod nią, krzycząc z irytacji i bezradności, bo nie mógł jej dosięgnąć. Balonik płynął pod słaby wiatr, który zdążył się zerwać, po czym zatrzymał się przede mną.

– Cześć, Tęczku – rzuciłem.

Mudluf rozbłysł radosną akwamaryną, po czym wystrzelił mi nad głowę, przemykając ponad dachem. Obróciłem się, wyciągając szyję, ale już zniknął.

– Ba-bka? – spytał żałośnie Kevin. – Ba-bka? Teńc?

Pokiwałem głową.

– Zgadza się, Lejuszku. – Patrzyłem, jak wyciera nos rękawem kurtki. – Czas wracać do domu.

***

Niemal całą noc nie spałem, zmagając się z moim problemem, najpierw z jednej, potem z drugiej strony. Nie mogłem porozmawiać z mamą ani z tatą – to świetni rodzice, ale nawet oboje razem nie mają dość wyobraźni, by poradzić sobie z jednym dodatkowym Joeyem, a co dopiero mówić o nieskończonej liczbie. Z kim jeszcze mógłbym pogadać? Na pewno nie z kolegami z klasy. Mojego szkolnego doradcę znaleziono w zeszłym roku w gabinecie, gdzie łkał cichutko; dyrekcja jeszcze nie zatrudniła zastępcy. Większość nauczycieli miała klapki na oczach. Po trzech miesiącach harówy pod batem instruktorów z Bazy wiedziałem więcej, niż ktokolwiek z nich zdołałby ogarnąć umysłem. Z całego grona pedagogicznego tylko jedna osoba być może zechciałaby mnie wysłuchać i nie wezwać gości w białych kitlach.

***

Pan Dimas odchylił się na krześle, wbijając wzrok w sufit wyłożony płytami tłumiącymi dźwięki. Jego twarz miała osobliwie zaskoczony wyraz. Nic dziwnego – ostatecznie zapewne nie słyszał dotąd historii podobnej do tej, którą właśnie mu opowiedziałem.

Po minucie spojrzał na mnie.

– Kiedy zaczęliśmy rozmawiać – rzekł spokojnie – poprosiłeś, bym uznał wszystko, co opowiesz, za historię czysto hipotetyczną. Zakładam, że wciąż tak jest.

– Uch, tak, proszę pana. – Uznałem, że być może łatwiej przełknie historię, w której główną rolę odegra nienazwany, wymyślony przyjaciel zamiast niżej podpisanego. – Ten mój, uhm, kolega, znalazł się między Scyllą a Charybdą. – Pan Dimas spojrzał na mnie przenikliwie i uświadomiłem sobie, że użyłem zwrotu, którego nauczyłem się w Bazie. – W każdym razie – dodałem szybko – co według pana powinien zrobić?

Dimas zapalił fajkę. Gdy w końcu się odezwał, zadał mi pytanie.

– A zatem według instruktorów z Bazy wszechświat rodzi sobowtóry swych światów tylko gdy podejmuje się ważne decyzje, zgadza się?

– No, mniej więcej. Tyle że tak od razu trudno stwierdzić, co jest ważne, a co nie. Na przykład, powiedzmy, że motyl trzepoczący skrzydełkami w Bombaju może doprowadzić do trąby powietrznej w Teksasie. Gdyby rozdeptał pan motyla, nim zdąży pofrunąć…

Skinął głową. Potem znów spojrzał na mnie.

– Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale zrób coś dla mnie, Joe.

Większość ludzi ostatnio zaczęła nazywać mnie Joe, sam nie wiem czemu. Wciąż nie mogłem do tego przywyknąć.

– Oczywiście, panie Dimas.

– Zdejmij koszulkę.

Zamrugałem, zaskoczony, po czym wzruszyłem ramionami. Nie byłem pewien, do czego zmierza, ale – w pewnym sensie to nawet smutne – wiedziałem też, że nie dałby mi rady w żadnej walce, uczciwej czy nie.

Zdjąłem zatem kurtkę i luźny podkoszulek. Pan Dimas przez chwilę przyglądał mi się bez słowa, po czym gestem polecił mi się ubrać.

– Bardzo schudłeś – zauważył. – I masz więcej mięśni, przynajmniej jak na kogoś w twoim wieku, czyli niezbyt wiele. Genetycznie wciąż jesteś zaprogramowany raczej na wysokiego chudzielca niż mięśniaka.

Uznałem, że lepiej będzie milczeć i czekać. Miałem nadzieję, że w końcu odpowie na moje pytanie.

I odpowiedział.

– Co do twojego hipotetycznego przyjaciela, zgadzam się z tobą: to bardzo trudna decyzja. Jeśli jednak podejdziemy do niej od podstaw, uważam, że twój przyjaciel powinien odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: czy szczęście jednej osoby – a nawet jej życie – znaczy więcej niż los niezliczonych światów?

– Ale ja… to znaczy on nie wie na pewno, że to się stanie!

– Wie, że istnieje takie prawdopodobieństwo. Nie zrozum mnie źle, współczuję mu, to naprawdę bolesna decyzja. A niektórym do twarzy z brodą. – Dostrzegł pytający wyraz mojej twarzy. – Dzięki temu nie muszą patrzeć na siebie w lustrze, gdy się golą.

Przytaknąłem. Wiedziałem, co chce mi powiedzieć, i wiedziałem, że ma rację. Jasno pokazał mi, co muszę zrobić. Nie oznaczało to wcale, że decyzja będzie łatwiejsza, ale na pewno jaśniejsza.

Wstałem.

– Panie Dimas, diablo dobry z pana nauczyciel.

– Dziękuję. Rada szkolna nie zawsze się zgadza, używali jednak słów „Jack Dimas" i „diabli" w jednym zdaniu. I to często.

Uśmiechnąłem się i odwróciłem do wyjścia.

– Czy mam się ciebie spodziewać na zajęciach jutro rano?

Zawahałem się, po czym pokręciłem głową.

– Tak też sądziłem. Powodzenia, Joey. Powodzenia wam wszystkim.

Chciałem odpowiedzieć coś sprytnego, ale nic nie przyszło mi do głowy, toteż uścisnąłem mu dłoń i wyszedłem jak najszybciej.

***

Usiadłem na brzegu łóżka i wręczyłem Lejkowi moją starą, plastikową zbroję i kosmiczny blaster. Blaster wystrzeliwał promień podczerwieni, który wykrywał czujnik na piersi pancerza i rejestrował – jeśli trafiło się jak należy.

Lejek był zachwycony, zawsze o nich marzył.

– Jo-e! Dzienki.

Był jeszcze za młody na te zabawki, ale dorośnie do nich.

Powiedziałem sobie w duchu, że w pewnym sensie pomagam, by do tego doszło.

Poinformowałem Jenny, że może sobie wziąć mój zbiór kompaktów i DVD. Mieliśmy podobny gust co do filmów – jeśli tylko coś kończyło się wybuchem Gwiazdy Śmierci lub czegoś w podobnym stylu, to nam odpowiadało. Muzyka stanowiła większy problem, ale jeśli coś jej się nie spodoba, będzie mogła to sprzedać albo zaczekać, aż dorośnie.

Oczywiście przyjęła moją nagłą hojność z pewną podejrzliwością. Powiedziałem jej, że zamierzam odwiedzić daleki odłam rodziny na drugim końcu świata i sam nie wiem, kiedy wrócę. Nie dodałem „ani czy w ogóle". Może powinienem, ale jeśli sądzicie, że łatwo jest żegnać się z młodszym rodzeństwem, być może na zawsze, to cóż… nie jest.

Z mamą i tatą sprawa przedstawiała się jeszcze trudniej. Nie mogłem im po prostu powiedzieć, że odchodzę, może na dobre. Ale z drugiej strony chciałem, by wiedzieli, że nic mi nie będzie (choć sam nie byłem tego pewien w stu procentach). Ogólnie rzecz biorąc, okropnie namieszałem. Oznajmiłem im, że wstępuję do czegoś w rodzaju wojska. Tato odparł, że nie ma mowy i że „wystarczy kilka telefonów we właściwe miejsca, by do tego nie dopuścić, młodzieńcze". Mama jedynie rozpłakała się i spytała, gdzie popełniła błąd jako rodzic.

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 41
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)