Planeta śmierci 1
- Автор: Гаррисон Гарри Максвелл
- Серия: Мир смерти [pl] #1
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Amber
- Переводчик: Wacław Niepokólczycki
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Planeta śmierci 1». Краткое содержание книги:
Professional gambler Jason Dinalt who has psionic ability is hired to win a great deal of money for a mysterious and very imposing stranger. When he breaks the bank their expertly timed escape gets them off-world just in time. The gambler learns he has helped the dwellers of Pyruss otherwise known as Deathworld - a planet that appears to be fighting and trying to destroy its inhabitants. Intrigued he determines to see this world and learn its secrets. He discovers that there are colonists who live outside the embattled city who are not under constant and ever evolving attack from the planet.
— Rhesie, śmiałeś się, kiedy powiedziałem ci, co mi mówili ludzie z miasta o handlu z wami, że dają wam za żywność różne świecidełka. Co ani wam naprawdę dają?
— Wszystko, oczywiście, do pewnych granic — odparł Rhes. — Drobne produkty, jak na przykład części elektroniczne do naszych komunikatorów. Ale również stopy nierdzewne, jakich nie możemy wyprodukować w naszych kuźniach, narzędzia skrawające, przetworniki elektryczne-atomowe, które pozwalają na uzyskanie energii elektrycznej z każdego pierwiastka radioaktywnego. Takie rzepy. Dają nam wszystko, z wyjątkiem tego, o co prosimy. Bardzo potrzebują żywności.
— A co jest na liście towarów zakazanych?
— Oczywiście broń i to, co można wykorzystać do jej wyprodukowania. Wiedzą, na przykład, że wyrabiamy proch, więc nie dają nam żadnych wielkich odlewów ani rur bezspojeniowych, abyśmy nie mogli wyrabiać z nich luf. Wiercimy więc lufy karabinowe ręcznie, choć kusza jest w dżungli bronią cichszą i szybszą. Nie chcą też, abyśmy zbyt wiele wiedzieli, więc jedyne książki, jakie do nas docierają, to podręczniki obsługi i konserwacji, wyzute z podstawowych teorii.
Ostatnią z zakazanych kategorii znasz.. to leki. Tego jednego nie mogę pojąć, to jedno napawa mnie nienawiścią do nich, ilekroć umiera ktoś, kogo można było uratować.
— Wiem, jaki jest powód — rzekł Jason. — Więc powiedz mi, bo ja nie wiem.
— Całkiem prosty… wasze utrzymywanie się przy życiu. Wątpię, czy zdajesz sobie sprawę, że panuje u nich stały spadek liczby ludności. Podczas gdy u was ta liczba musi utrzymywać się na tym samym poziomie… albo nawet lekko wzrastać… chociaż nie macie tych wszystkich mechanicznych zabezpieczeń. Stąd ich nienawiść, a zarazem zazdrość. Gdyby wam dali lekarstwa, a tym samym spowodowali wasz rozkwit, wygralibyście bitwę, w której oni ponieśli klęskę. Podejrzewam, że tolerują was jako zło konieczne, bo dostarczacie im żywności, poza tym moglibyście dla nich nie istnieć.
— To ma sens — warknął Rhes uderzając pięścią w łóżko. — Po tych śmieciarzach można oczekiwać tego rodzaju logiki. Wykorzystują nas jako swoich żywicieli, dają nam za to absolutne minimum tego, co powinni, a jednocześnie odcinają nas od wszelkiej wiedzy, która mogłaby nas wyrwać z tej lichej egzystencji. Co gorsze, dalece gorsze, trzymają nas w izolacji od gwiazd i reszty ludzkości. — Na jego twarzy malowała się tak silna nienawiść, że Jason aż się cofnął. — Czy sądzisz, że jesteśmy dzikusami? Zachowujemy się i wyglądamy jak zwierzęta, ponieważ musimy walczyć o byt na płaszczyźnie zwierzęcej. Jednakże wiemy trochę o gwiazdach. W tamtym kufrze znajduje się ponad trzydzieści książek, wszystkie, jakie posiadamy. W większości z literatury pięknej, ale także historii i wiedzy ogólnej. Dość, abyśmy posiadali nieco wiedzy o dziejach naszego osadnictwa i reszcie wszechświata. Widujemy, jak w mieście lądują statki międzyplanetarne, i wiemy, że gdzieś w górze są światy, o których możemy jedynie marzyć. Czy dziwisz się więc, że nienawidzimy tych bestii, które zwą się ludźmi, i gdybyśmy tylko mogli, wytłuklibyśmy je w jednej chwili? Mają rację, że nie dają nam broni… bo niechybnie wybilibyśmy wszystkich co do nogi i zabrali rzeczy, których nam wzbraniają.
Było to surowe potępienie, ale zasadniczo słuszne. Przynajmniej z ich punktu widzenia. Jason nie próbował nawet tłumaczyć temu rozgniewanemu człowiekowi, że miejscy Pyrrusanie uważają swoje stanowisko za jedyne możliwe i logiczne.
— Jak w ogóle doszło do tej wojny pomiędzy dwiema stronami? — spytał.
— Nie wiem — odparł Rhes. — Wiele razy o tym myślałem, ale nie mamy żadnych zapisów z tego okresu. Wiemy, że wszyscy pochodzili od kolonistów, którzy przybyli na tę planetę. Dopiero później doszło do podziału na dwie grupy. Może to była wojna, czytywałem w książkach o wojnach. Mam jednak swoją teorię, chociaż nie mogę jej udowodnić, że powodem była lokalizacja miasta.
— Lokalizacja… nie rozumiem.
— Znasz przecie śmieciarzy, wiesz, gdzie jest ich miasto. Zrobili, co mogli, aby je wznieść w możliwie najdzikszym miejscu na planecie. Wiesz, że nie dbają o żadne żywe istoty, prócz siebie samych. Ich celem jest strzelanie i zabijanie. Nie chcieli się zastanowić, gdzie zbudować miasto, i zbudowali je w najgłupszym miejscu. Jestem przekonany, że moi przodkowie dostrzegli głupotę takiej decyzji i próbowali im to uzmysłowić. A to mógł przecież być dostateczny powód wybuchu wojny, prawda?
— Mógł… jeżeli tak było naprawdę — odrzekł Jason. — Ale sądzę, że problem polega na czymś innym. Mamy do czynienia a wojną pomiędzy rodzimymi formami życia planety a ludźmi i każda ze stron pragnie zniszczyć drugą. Formy tutejszego życia stale się zmieniają, pragnąc ostatecznego zniszczenia najeźdźców.
— Twoja teoria jest jeszcze bardziej karkołomna od mojej powiedział Rhes. — Ale prawda jest inna. Przyznaję, że życie na naszej planecie nie należy do łatwych… jeżeli to prawda, co czytałem o innych planetach… Tylko że ona się nie zmienia. Trzeba mieć szybkie nogi i oczy szeroko otwarte, ale żyć tu można. Tak czy owak nie jest ważne, czemu jest, jak jest. Śmieciarze zawsze szukają nieszczęścia i cieszą się, że wreszcie mają go pod dostatkiem.
Jason nie starał się go przekonywać. Zmuszanie Rhesa do zmiany jego zasadniczego stanowiska wymagało zbyt wielkiego wysiłku… o ile w ogóle było możliwe. Nie udało mu się przecież nikogo w mieście przekonać o zgubnych zmianach, choć mieli przed oczyma wszystkie fakty. Rhes mógł mu jednak udzielić cennych informacji.
— Myślę, że nieważne, kto rozpoczął wojnę — rzekł Jason, aby udobruchać Rhesa, choć uważał inaczej. — Lecz musisz się ze mną zgodzić, że mieszkańcy miasta wiodą nieustanne boje z formami tutejszego życia. Waszym ludziom jednak udało się zjednać co najmniej dwa gatunki zwierząt, które widziałem. Czy wiesz, w jaki sposób tego dokonali?
— Zaraz tu przyjdzie Naxa — odparł Rhes wskazując drzwi — jak tylko obrządzi zwierzęta. Zapytaj go, on jest naszym najlepszym „mówcą”.
— Mówcą? — zdziwił się Jason. — Miałem go za kogoś całkiem innego. Jest dosyć mrukliwy, a jeśli coś mówi, to… często trudno go zrozumieć.
— Nie chodzi o takie zwykłe rozmowy — przerwał mu Rhes ze zniecierpliwieniem. — Mówcy doglądają zwierząt. Szkolą psy i dorymy, a co zdolniejsi z nich, jak Naxa, próbują też obłaskawiać inne zwierzęta. Ubierają się prymitywnie, ale są ku temu powody. Podobno zwierzęta nie lubią chemikaliów, metalu i garbowanych skór, więc mówcy noszą ubrania z niewyprawionych futer zwierzęcych. Lecz niech cię ich brudny wygląd nie zwiedzie, nie ma nic wspólnego z inteligencją.
Dorymy? Czy to zwierzęta pod wierzch… na których tu przyjechaliśmy?
Rhes skinął głową.
— Dorymy to coś więcej niż zwierzęta juczne, one są wszystkim po trochu. Duże samce ciągną pługi i inne maszyny, a młodsze sztuki idą na rzeź. Jeżeli chcesz wiedzieć coś więcej, zapytaj Naxę, znajdziesz go w stodole.
— Chętnie bym to zrobił — rzekł Jason wstając. — Ale bez pistoletu czuję się jak nagi…
— Ależ weź go sobie, jest w tej skrzyni przy drzwiach. Tylko uważaj, do czego tu strzelasz.
Naxa był w głębi stodoły i przypiłowywał łopatowate kopyto doryma. Była to dziwna scena. Odziany w futra człowiek i wielka bestia stanowiły ostry kontrast z pilnikiem wykonanym ze stopu berylu i miedzi i oświetlającymi pracę płytkami elektroluminiscencyjnymi. Dorym rozszerzył chrapy i szarpnął się do tyłu, gdy Jason wszedł. Naxa poklepał zwierzę po szyi i cichutko do niego zagadał, a wtedy uspokoiło się i stało nieruchomo dygocząc lekko.