Arcymag. Część I
- Автор: Рудазов Александр Валентинович
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arcymag. Część I». Краткое содержание книги:
Fabuła okazuje się dość oryginalna. Aby uciec od swych przeciwników, sumeryjski arcymag Kreol decyduje się na wielce ryzykowny krok – wraz ze swym filigranowym dżinem-sługą ukrywa się w grobowcu i zapada tam na długi, bo trwający aż pięć tysięcy lat, sen. W ten sposób, a także dzięki wyprawie archeologicznej, która odkryła jego miejsce spoczynku, budzi się we współczesnym San Francisco. Jako że przeżycie w naszych realiach bez jakichkolwiek informacji jest niewątpliwie sporym wyczynem, nasz bohater ochoczo przyjmuje pomoc tutejszej młodej policjantki, napotkanej w dość niespodziewanych okolicznościach. Teraz Kreol ma szansę zadomowić się w nowych czasach, jednak szybko okazuje się, że jego wrogowie wcale nie zniknęli w mrokach dziejów.
Powieść okazała się tak bardzo wciągająca, że na jej pochłonięcie wystarczyło mi jedno popołudnie. Co ciekawe, fabuła nie ma w tym pierwszorzędnej zasługi, albowiem ta jeszcze nie zdążyła się rozkręcić i jak na razie obyło się bez fajerwerków. Nic w tym dziwnego, skoro recenzowana przeze mnie pozycja to dopiero pierwsza z dwu części Arcymaga (a znając ostatnie tendencje Fabryki Słów do cięcia powieści na połówki, należy sądzić, iż w oryginale autor ograniczył się do jednej książki). Jednak w żadnym razie nie znaczy to, że było nudno. Zderzenia dwóch kultur czy dwóch światów zawsze dawało autorowi spore pole do popisu. Kreol – człowiek bardzo inteligentny, a do tego – dzięki profesji arcymaga – nawykły do wszelkich cudów czy pozornych niemożliwości, nie ma większych problemów ze zrozumieniem naszej rzeczywistości i przyjmuje ją bez skrajnych emocji, co stanowi miłą odmianę od wszelkiej maści tryglodytów z innych powieści fantastycznych, nieustannie dziwiących się każdej nowej rzeczy. Paradoksalnie ten powiew świeżości wcale nie pozbawił autora narzędzia do tworzenia śmiesznych scen, lecz jedynie uatrakcyjnił lekturę.
Ogromną zaletą Arcymaga są bohaterowie. Duża część z nich to istoty z innych światów, jak chociażby wspomniany już wcześniej zabawny dżin Hubaksis, inni są ludźmi. Jednak każdy z nich jest znakomicie wykreowany, dzięki czemu od razu można go zapamiętać i polubić. To szczególnie oni, wraz z ich dążeniami, kłopotami oraz wadami i zaletami powodowali, że z taką przyjemnością pochłaniałem wzrokiem kolejne strony powieści.
Innym walorem tej pozycji jest świat przedstawiony, wspaniale ożywiony magią. Mamy więc do czynienia z prawdziwym magiem, artefaktami, nawiedzonymi domami oraz istotami z innych wymiarów. Opis wydawcy z tyłu okładki obiecuje nam także podróże po innych rzeczywistościach. Nie jest to do końca prawdą, gdyż żadnych podróży międzywywiarowych na razie nie uświadczymy. Piszę na razie, ponieważ biorąc pod uwagę moment, w jakim doszło do urwania akcji, wygląda na to, że jednak nas nie ominą. Za to cieszy przedstawienie przez autora własnej wizji dziejów starożytnego Bliskiego Wschodu. Nie jest to co prawda zbyt obszerne przedstawienie, ale i tak bardzo dobrze, że się pojawiło, zwłaszcza iż współgra z fabułą.
Już to zasygnalizowałem we wstępie, ale nie zaszkodzi powtórzyć: Arcymag jest powieścią wybitnie rozrywkową i tylko jako taką można ją traktować; próżno doszukiwać się tutaj głębszych treści, moralizowania czy nawet naukowych ciekawostek, jakże chętnie dostarczanych w hurtowych ilościach przez wielu naszych rodzimych twórców. Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, co tak naprawdę stanowi humor w tej książce. Na pewno nie pojedyncze scenki lub gry słowne, bo tych jest znikoma ilość. Myślę, że nie było to coś konkretnego, lecz cała powieść jest nim wprost przesycona. To właśnie dzięki bohaterom, historii oraz lekkości opisywanych wydarzeń uśmiech nie schodził mi z ust przez całą lekturę i trwał jeszcze długo po jej zakończeniu. Odniosłem wrażenie, iż pisanie sympatycznej powieści mającej na celu wyłącznie rozluźnić czytelnika, jest dla Rudazowa czymś zupełnie naturalnym, dzięki czemu nie musi co i rusz chwytać się różnych zabiegów, mających na celu rozśmieszenie czytelnika. To wyraźnie odróżnia go od pewnego fantasty rozrywkowego z naszego podwórka, a mianowicie Andrzeja Pilipiuka. Ten ostatni, przy tworzeniu humoru nierzadko sięga po takie narzędzie jak erotyka, zgorszenie albo brutalność (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało). Każdy, kto miał do czynienia chociażby z Wieszać każdy może, zapewne domyśla się, co miałem na myśli. Wszystkich, których zniechęciła ta cecha prozy Pilipiuka, mogę ze spokojnym sumieniem odesłać do Rudazowa – u niego próżno doszukiwać się podobnych rzeczy.
Książka została napisana sprawnie i lekkim piórem. Styl współgra z treścią, toteż na tym polu nie stwierdziłem zgrzytów. Również korekta dobrze wywiązała się z powierzonego jej zadania, gdyż nie zauważyłem istotniejszych błędów językowych, choć trochę pomniejszych się prześlizgnęło. Jeśli chodzi o jakość wydania, to tu – jak to w każdej publikacji Fabryki Słów – widać dobrze wykonaną robotę. Co prawda grafika tytułowego arcymaga na okładce mogłaby być lepsza, ale to już czepianie się szczegółów.
Podsumowując, Arcymag jest idealną propozycją dla osób spragnionych lekkiej, rozrywkowej fantastyki. Za rozsądną cenę dostajemy porządnie wydany produkt, który zapewni kilka godzin relaksującego odpoczynku od prozy życia. Gorąco polecam i z niecierpliwością wypatruję drugiej części, która zgodnie z zapowiedziami wydawcy już niedługo powinna trafić do sklepów.
– Czy dobrze zrozumiałem, że chcecie państwo kupić willę na przedmieściach? – upewnił się agent na wszelki wypadek. – Panno Lee, mam na imię Mike.
– Dziękuję, przyjęłam do wiadomości – odpowiedziała Vanessa sucho. Ten typ zdecydowanie jej się nie podobał.
– Wybrałem kilka miejsc zgodnie z waszymi wymaganiami. – Mike zaprezentował kartkę z jakimiś zapiskami. – Jesteście pewni, że was na to stać?
– Jestem całkowicie pewna – odparła Van z kwaśnym uśmiechem.
Trzeba przyznać, że jeszcze przedwczoraj nie mogła pozwolić sobie na nic podobnego. Musiała wyczyścić konto ze wszystkich oszczędności, wziąć największy kredyt, jaki tylko bank zgodził się jej przyznać, zlikwidować fundusz emerytalny, a nawet zastawić samochód. Ale nie myślała o tym. Przez trzy lata gnieździła się w ciasnym mieszkanku wynajmowanym do spółki z przyjaciółką i teraz podjęła mocne postanowienie, że będzie mieszkać w luksusie. Mogła sobie na to pozwolić. Van pomacała kieszeń, w której leżało około trzydziestu dekagramów czystego złota najwyższej próby i ciepło spojrzała na Kreola. Tylko ta garść złota wystarczyła, żeby zapomnieć o kłopotach finansowych na jakieś pół roku, a przecież złotonośny mag mógł bez trudu zrobić więcej… i więcej, i więcej. Na chwilę Vanessą zawładnęła chciwość i dziewczyna przestraszyła się.
– I co sądzicie o tym? – zapytał Mike, oprowadzając ich po pierwszym z wybranych domów. – Mały, przytulny domek, świetnie się dla was nada…
– To prawda, że mały… – Vanessa zmarszczyła nos z dezaprobatą. – Tu jest tylko pięć pokoi!
– Proszę mi wybaczyć, panno Lee, ale ile osób będzie tu mieszkać? – Agent uniósł brwi.
– No ja, Kreol i… jeszcze jeden… człowiek.
– Tylko trzy? Wydaje mi się, że dla trzech osób pięć pokoi w zupełności wystarczy, nieprawdaż?
– Ja sam potrzebuję co najmniej pięciu – wtrącił się do rozmowy mag. – I jak najwięcej niewolników! Niewolnikami też handlujesz?
– Przepraszam… czym? – Mike wytrzeszczył oczy ze zdziwienia.
– On żartuje! – Vanessa wyszczerzyła zęby w nienaturalnym uśmiechu, ukradkiem szturchając maga łokciem w bok. – Taki żart, rozumie pan?
– Rozumiem… – Agent popatrzył na nią z dziwną miną. – No cóż, chodźmy obejrzeć kolejny dom.
Drugi dom niby był w porządku. Vanessa obejrzała go dokładnie i nie mogła się do niczego przyczepić. Za to Kreol rozglądał się spode łba i cały czas węszył.
– I jak?
– Zastanawiam się… – zaczęła Van.
– Nie nadaje się – przerwał jej mag.
– A to dlaczego, panie Kreol? – uprzejmie zapytał Mike.
– Za nowy. Nikt w nim jeszcze nie mieszkał.
– Tak, to prawda, chociaż… skąd pan to wie? – Agent nieco się zmieszał. – I od kiedy jest to wadą? Wydawało mi się, że na odwrót, jest to zaleta? – Zacisnął wargi. W ciągu siedmiu lat pracy przyzwyczaił się do różnych dziwaków, ale trzeba przyznać, że takiego widział po raz pierwszy.
– Nie ma w nim życiowej siły – oznajmił mag z wyższością, nie zastanawiając się nawet przez chwilę, jak dziwne mogą się wydać te słowa współczesnemu człowiekowi. – Trzeba go będzie od początku nacierać.
– Czym nacierać? – cierpliwie dociekał agent.
– Pokostem i szybkoschnącym lakierem! – wycedziła przez zęby Van. – Proszę posłuchać, Mike, ten dom nam nie pasuje, okej? Pański spis nie ogranicza się chyba do tych dwóch?
– No cóż, jak to się mówi: klient ma zawsze rację – westchnął Mike. – Jeśli nie odpowiada wam nowe budownictwo, zawiozę was do najstarszego domu z mojej listy…
Trzeba przyznać, że trzeci dom skojarzył się Vanessie z rezydencją rodziny Addamsów. Nie był aż tak okropny, ale coś w nim było niepokojącego. Miał dach kryty gontem, a jedno spojrzenie na jego zniszczone ściany powodowało mimowolne dreszcze. Za to Kreolowi spodobał się od razu.
– To jest to, czego potrzebujemy! – zakrzyknął, gdy tylko przekroczył próg. – Jest nawet skrzat!
Mike jeszcze raz westchnął. Widział niejednego świra, ale ten cały pan Kreol z pewnością powinien rozejrzeć się za dobrym psychiatrą. Ale kupujący jest zawsze kupującym, a pieniądze wariatów są tak samo dobre jak pieniądze normalnych.
– To co, finalizujemy zakup? – Zrobił słodkie oczy. – Możemy jeszcze dziś wszystko załatwić i najdalej za tydzień przeprowadzicie się do nowego domu…
– Nie – przerwał mu mag, kręcąc głową. – Wprowadzimy się od razu.
– Ale to niemożliwe… – zaczął wyjaśniać agent, lecz natychmiast zamilkł. Dawno już stracił nadzieję, że uda mu się sprzedać to ohydne domiszcze, a wariat taki jak ten może się w każdej chwili rozmyślić. – Chociaż… właściwie dlaczego nie? Gospodarze sprzedają go razem z meblami, sami nie pojawiali się tutaj co najmniej od pięciu lat, więc właściwie dlaczego by nie? Panno Lee, jeśli pani nie ma nic przeciwko, chciałbym omówić z panią szczegóły umowy.
– Chwileczkę – uśmiechnęła się Van przymilnie. – Zamienię tylko kilka słów z przyjacielem i jestem do pana dyspozycji.
Agent kiwnął głową i uprzejmie wyszedł na ulicę.
– Czyli tak – zdecydowanie powiedziała Vanessa. – Jadę załatwić formalności, potem pojadę do starego mieszkania po rzeczy…
– Może weźmiesz amulet Sługi? – zaproponował Kreol.
– Nie warto – odmówiła dziewczyna niechętnie. – Louise jest teraz w domu, może jej się to wydać podejrzane. Nie szkodzi, nie mam zbyt wielu rzeczy, dam sobie radę sama. A wy zostańcie, rozejrzyjcie się… Na pewno znajdziecie sobie jakieś zajęcie. Będę wieczorem. Cześć!
– Poczekaj – zatrzymał ją mag. – Nie potrzebujesz więcej złota?
– Złota? – ożywiła się Vanessa. – Jeszcze się pytasz?!
Kreol uśmiechnął się i wyciągnął z kieszeni klucz francuski. Vanessa od razu go poznała – leżał w schowku na drzwiach toyoty. Tylko przedtem był ze stali.
Zważyła go w ręce. Drogocenne narzędzie ważyło teraz około półtora kilograma, a to znaczyło, że jego wartość po prostu zwalała z nóg.
– Podoba się? – Mag zrobił zjadliwą minę.
– Jeszcze jak!
– To dobrze, bo złota więcej nie będzie.
– Jak to?! – krzyknęła Vanessa. – Dlaczego?
– Pan jest wyczerpany – zapiszczał Hubaksis. – Transmutacja Metali to trudny rytuał.
– Jednym słowem, przemiany chwilowo zostają zawieszone. – Wzruszył ramionami mag.
– Na długo? – Rozczarowana wydęła wargi.
– Zapytaj mnie znowu za jakieś siedem czy osiem dni – burknął Kreol. – No dobrze, możesz iść, nie zatrzymuję cię dłużej.
Vanessa odjechała kawałek od domu i obejrzała się. Kreol cały czas stał na ganku.
Vanessa załatwiła wszystkie sprawy w ciągu sześciu godzin. Wszystkie potrzebne dokumenty udało się podpisać fantastycznie szybko. Zdziwiło ją nawet, jak bardzo wszyscy w agencji chcą się rozstać z tym domem. I cena wydała się jej podejrzanie niska. Nie, nie narzekała, ale mimo wszystko było to nieco osobliwe.
Louise nie stwarzała żadnych problemów. Wyglądała nawet na zadowoloną z tego, że Vanessa wyprowadza się i mieszkanie pozostaje tylko dla niej. Pomogła nawet koleżance spakować rzeczy. Okazało się zresztą, że nie ma ich zbyt wiele: dwie walizki z ubraniami, jedna z książkami i rzeczami osobistymi.
Najwięcej czasu Vanessa spędziła u jubilera. Musiała przez okrągłą godzinę przekonywać sprzedawców, że te dziwne kawałki złota zdobyła całkowicie legalnie. Sama nie wiedziała, jak wyjaśnić nietypową formę i niewiarygodnie wysoką próbę, ale w końcu uwierzono jej. Złota odznaka, sterta jednocentówek oraz klucz francuski zostały zważone, wycenione i kupione. Vanessa wyszła z ulgą i podniesionym czołem. A w jej kieszeni spoczywał czek na fantastyczną kwotę. Do tej pory nigdy nie miała w ręku nawet dziesiątej części takiego bogactwa. Było tam niecałe czterysta tysięcy, ale niewiele brakowało do tej sumy.