Namiętność
- Автор: Клейпас Лайза
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Namiętność». Краткое содержание книги:
Powieściopisarka Amanda Briars, dobiegająca 30. panna, postanawia w dniu swoich urodzin zaznać zmysłowych przyjemności i w tym celu wynajmuje na jedną noc profesjonalistę, który świadczy tego rodzaju usługi. W jej domu zjawia się niezwykle przystojny i uwodzicielski dżentelmen, który budzi w niej namiętności, o jakie nigdy siebie nie podejrzewała… Jednak coś go powstrzymuje przed spełnieniem jej życzenia do końca.
Zafascynowany Amandą, Jack Devlin robi wszystko, żeby ją zdobyć. Dobrze wychowana Amanda boi się naruszyć konwenanse, gdy tymczasem Jake, nieślubny syn hrabiego i otoczony dwuznaczną sławą londyński biznesmen, nie chce się dostosować do wymogów społeczeństwa. Los jednak ich połączył, a zderzenie dwóch tak odmiennych światów wyzwoli emocje, których żadne się nie spodziewało…
– Proszę mi oddać tę stronę – powiedział, rozbawiony jej determinacją. Nadal uparcie cofała się przed nim. – To trzeba usunąć.
– Ten fragment zostanie – oświadczyła wojowniczo, zerkając przez ramię, żeby się upewnić, czy Jack nie zapędzi jej w róg pokoju.
Miała dzisiaj na sobie suknię z miękkiej, różowej wełny, obszytą jedwabną tasiemką w nieco ciemniejszym kolorze. Nakrycie głowy, które leżało teraz na biurku, zdobiły chińskie róże, a służące do wiązania go pod brodą długie wstążki spływały aż na podłogę. Różowy kolor sukni podkreślał rumieńce na policzkach Amandy, a prosty krój pozwalał w całej pełni docenić jej kobiece kształty. Jack podziwiał jej inteligencję, ale dzisiaj widział w niej przede wszystkim pociągającą, słodką istotę.
– Pisarze – zauważył z ponurym uśmiechem. – Wszyscy uważacie, że wasze powieści są bez skazy, a ten, kto chce zmienić w nich choćby jedno słowo, to skończony idiota.
– A wydawcy uważają siebie za najinteligentniejszych ludzi pod słońcem – odcięła Amanda.
– Czy mam posłać po kogoś innego, żeby rzucił na to okiem? – Wskazał na kartkę, którą trzymała w ręku. – Usłyszałaby pani opinię trzeciej osoby.
– Wszyscy tutaj pracują dla pana – zauważyła Amanda. -Każdy poprze pańskie zdanie.
– Masz rację – przyznał beztrosko. Wyciągnął rękę po kartkę, a ona jeszcze mocniej zacisnęła na niej palce. – Oddaj mi to, Amando.
– Panno Briars – poprawiła go ostro, ale chociaż się nie uśmiechała, wyczuł, że ta sprzeczka również jej sprawia przyjemność. -1 nie oddam tej kartki. Nalegam, żeby ten fragment pozostał w tekście. I co pan teraz zrobi?
Jack nie potrafił się oprzeć takiemu wyzwaniu. Od rana ciężko pracowali i teraz nabrał ochoty na trochę rozrywki. W Amandzie było coś, co sprawiało, że miał chęć wyprowadzić ją z równowagi.
– Jeśli nie oddasz mi tej kartki, to cię pocałuję – powiedział cicho.
Zdziwiła się.
– Co takiego?
Jack milczał. Słowa nadal drgały między nimi w powietrzu jak kręgi na wodzie, kiedy ktoś wrzuci kamień do stawu.
– Niech pani wybiera, panno Briars. – Jack zdał sobie sprawę, że bardzo by chciał, żeby sprowokowała go do gwałtowniejszej reakcji. Bardzo niewiele brakowało, żeby swoje słowa wprowadził w czyn. Pragnął ją pocałować, od chwili gdy przestąpiła próg biura. Sposób, w jaki surowo zaciskała pełne wargi, doprowadzał go niemal do szaleństwa. Chciał ją całować do zawrotu głowy, dopóki nie osunęłaby się w jego ramiona i nie zaczęła odpowiadać na jego pieszczoty.
Spostrzegł, że Amanda wyprostowała się sztywno, próbując zachować panowanie nad sobą. Policzki jej poczerwieniały, palce zacisnęły się kurczowo na kartce, której tak broniła.
– Jestem pewna, że nie prowadzi pan takich gierek z innymi pisarzami – powiedziała czystym, dźwięcznym głosem, który tak mu się podobał.
– Nie, panno Briars – odrzekł poważnie. – Obawiam się, że tylko pani nastraja mnie tak romantycznie.
Słysząc ostatnie słowa, zaniemówiła. Jej srebrnoszare oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. W tej samej chwili Jack z takim samym zdumieniem stwierdził, że chociaż zamierzał dać jej już spokój, to nie potrafi zapanować nad swoimi reakcjami. Nagle przeszła mu ochota do żartów, a obudziła się w nim jakaś głębsza, silniejsza potrzeba.
Chociaż w jego najlepiej pojętym interesie leżało zachowanie harmonii między nimi, stwierdził, że nie chce, żeby łączyło ich zawodowe koleżeństwo czy namiastka przyjaźni. Pragnął ją drażnić, zbijać z tropu, tak żeby ona również miała zamęt w głowie, taki sam jak on, kiedy była w pobliżu.
– To zapewne swego rodzaju komplement, że zostałam zaliczona do licznego grona dam, które obdarza pan swoimi względami – powiedziała w końcu Amanda. – Zapewniam jednak pana, że wcale się o tego rodzaju względy nie ubiegam.
– Dostanę wreszcie tę kartkę? – zapytał ze zwodniczą łagodnością.
Amanda nagle podjęła decyzję. Zmięła kartkę w ciasną kulę, podeszła do kominka i cisnęła ją w ogień, gdzie papier spłonął w kilka sekund. Niebiesko-białe płomyki tańczyły na brzegach zgniecionej kuli, środek zaś gwałtownie zwęglił się i sczerniał.
– Tej kartki już nie ma – oznajmiła Amanda beznamiętnie. – Postawił pan na swoim. Zadowolony?
Zrobiła tak, żeby rozładować powstałe między nimi napięcie. Atmosfera pozostała jednak dziwnie ciężka i naładowana elektrycznością, jak nieruchome powietrze przed burzą z piorunami. Uśmiech Jacka nie był już taki swobodny.
– Tylko kilka razy w życiu żałowałem, że postawiłem na swoim. Teraz zdarzyło się to po raz kolejny.
– Nie chcę się z panem bawić w jakieś gierki. Chcę tylko skończyć pracę nad powieścią.
– Skończyć pracę – powtórzył i zasalutował jak żołnierz przyjmujący rozkaz od dowódcy. Stanął za biurkiem, oparł się dłońmi o mahoniowy blat i spojrzał na swoje notatki. – W zasadzie praca jest już skończona. Z tych pierwszych trzydziestu stron będzie doskonały pierwszy odcinek. Jak tylko wstawi pani poprawki, o których mówiliśmy, prześlę to do druku.
– Wyda pan dziesięć tysięcy egzemplarzy? – zapytała badawczo, przypominając sobie, że właśnie taki nakład jej obiecał.
– Tak. – Jack uśmiechnął się, widząc jej niepokój. Dobrze wiedział, co ją niepokoi. – Panno Briars, cały nakład sprzeda się doskonale. W tych sprawach mam niezawodny instynkt.
– Możliwe, że pan go ma – odrzekła bez przekonania. -Jednak… ta historia… Wielu czytelników będzie miało wobec niej pewne zastrzeżenia. Jest bardziej sensacyjna i… bardziej drastyczna, niż mi się kiedyś wydawało. Nie oceniłam moralności bohaterki wystarczająco krytycznie…
– I właśnie dlatego powieść świetnie się sprzeda.
Amanda nagle się roześmiała.
– Można powiedzieć, że podobnie jak książka pani Bradshaw.
Jack z przyjemnością i zaskoczeniem stwierdził, że Amanda potrafi śmiać się sama z siebie. Odszedł od biurka i stanął obok niej. Speszona jego bliskością, nie potrafiła mu patrzyć prosto w oczy. Uciekała wzrokiem to do okna, to ku drzwiom, aż wreszcie utkwiła spojrzenie w górnym guziku jego surduta.
– Pani powieść rozejdzie się w większym nakładzie niż głośna książka pani Bradshaw – zapewnił z uśmiechem. – I to nie ze względu na tak zwane drastyczne treści. Opowiedziała pani ciekawą historię w bardzo zręczny sposób. Podoba mi się, że nie wygłasza pani moralizujących komentarzy na temat błędów bohaterki. Czytelnikowi trudno będzie jej nie współczuć.
– Ja jej współczuję – szczerze przyznała Amanda. – Zawsze mi się wydawało, że małżeństwo bez miłości to najgorszy koszmar w życiu. Tak wiele kobiet zmusza się do zamążpójścia z powodów czysto materialnych. Gdyby większa ich liczba była w stanie samodzielnie się utrzymać, nie mielibyśmy tylu panien młodych z niechęcią idących do ołtarza i tylu nieszczęśliwych żon.
– Panno Briars, co za niekonwencjonalne poglądy – zauważył łagodnie.
Ze zdziwieniem spojrzała na jego rozbawioną minę.
– To przecież rozsądne stwierdzenie.
Jack nagle zrozumiał, co jest główną cechą charakteru Amandy. Praktyczność i zdrowy rozsądek nie pozwalały jej akceptować hipokryzji i przestarzałych społecznych przesądów, którym większość ludzi bezmyślnie się podporządkowywała. Właściwie dlaczego kobieta miała wychodzić za mąż tylko dlatego, że tego od niej oczekiwano, skoro mogła uczynić inny wybór?
– Być może większość kobiet uważa, że łatwiej jest wyjść za mąż, niż samodzielnie zarabiać na utrzymanie – powiedział, celowo starając się ją sprowokować.