Lekarz Dnia Sądu
- Автор: Уайт Джеймс
- Год: 2005
- Язык: польский
- Переводчик: Radoslaw Kot
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Lekarz Dnia Sądu». Краткое содержание книги:
— Groalterri! — wykrzyknął nagle Braithwaite.
Lioren obrócił się i odkrył, że Cha i porucznik stali zaraz za nim, wpatrując się w ekran.
— Oficjalnie nikt nie wie nawet, że mamy go w Szpitalu, a ty masz się nim zajmować. Ciekawe, co powie na to major?
Lioren uznał, że było to pytanie w rodzaju tych, które Ziemianie zwali retorycznymi, i wrócił do pracy.
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
Od czasu stworzenia Federacji przez mieszkańców czterech światów — Tralthy, Orligii, Nidii i Ziemi, którzy jako pierwsi spotkali się między gwiazdami — ich liczba wzrosła do sześćdziesięciu pięciu inteligentnych ras. Nie ze wszystkimi jednak odkrywanymi przez Korpus kulturami można było nawiązać kontakt.
Dotyczyło to światów stojących na takim etapie technicznego i społecznego rozwoju, który nie przygotowywał ich mieszkańców na widok nadlatujących olbrzymich statków i dziwnych istot, które z nich wysiadały. Towarzyszący takiemu spotkaniu szok mógłby spowodować powstanie tylu kompleksów i fobii, że dalsza naturalna ewolucja rasy stanęłaby pod znakiem zapytania. Wówczas Federacja wycofywała się, aby czekać na odpowiedni moment. Istniał też jeden świat, którego mieszkańcy sami zdecydowali o izolacji.
Jego kultura była stara już wtedy, gdy życie na Ziemi czy Thralcie dopiero kiełkowało. Sami Groalterri dyplomatycznie nie rozwijali tego tematu. Dali jednak jasno do zrozumienia, że nie będą tolerować przedstawicieli Federacji na swoich terenach. Mieli przy tym dość silnej woli, aby egzekwować swoje żądanie.
Nie protestowali, gdy obserwowano ich z oddali, udało się zatem uzyskać o nich tyle danych, ile mogły dostarczyć skanery dalekiego zasięgu. Jednak nic więcej.
Byli największą z odkrytych dotąd inteligentnych ras, należeli do grupy ciepłokrwistych dwudysznych o klasyfikacji BLSU. Rośli przez całe życie, od narodzin (dzięki dzieworództwu) do bardzo późnej śmierci. Podobnie jak inne wielkie rasy, mieli problemy z poruszaniem się bez pomocy, większość czasu spędzali zatem w wodzie, pływając we własnych jeziorach albo ogólnodostępnych śródlądowych morzach. Wiele z nich zostało utworzonych sztucznie, metodami, których obserwatorzy nie pojmowali.
Kolejną cechą charakterystyczną, którą dzielił z innymi olbrzymami (komputer biblioteczny podawał tu jako przykłady Tralthańczyków i ziemską pandę), była bardzo mała masa ich płodów. O ciąży dowiadywano się więc niekiedy dopiero w momencie narodzin. Potomstwo rosło potem powoli i przez długi czas, prawie do wieku dojrzałego, pozostawało niecywilizowane.
Właśnie dlatego wybrano do opieki nad Groalterrim masywnych Tralthańczyków i Hudlarian. Cała zaś sprawa wzięła się stąd, że Federacja chciała być wobec Groalterrich szczególnie uprzejma, w nadziei, że któregoś dnia zmienią zdanie, i wydzieliła statek transportowy Korpusu dla przewiezienia poważnie rannego osobnika do Szpitala, ukryła to jednak na wypadek, gdyby pacjent zszedł.
Przed wejściem na oddział czuwali dwaj nieuzbrojeni, ale rośli strażnicy Korpusu. Na potrzeby pacjenta zaadaptowano jeden z wyposażonych w śluzę doków, co ułatwiało przebieranie się w ciężkie skafandry i skutecznie zrażało ciekawskich. Nie były one potrzebne ze względów środowiskowych, jak wyjaśniono Liorenowi, ale dla ochrony. Chodziło o to, aby pacjent nikogo nie zabił.
Nie byłoby najgorzej, pomyślał Lioren, ale nie podzielił się z nikim tą myślą i posłusznie włożył skafander.
Wprawdzie w zapiskach Seldala znajdowały się dokładnie określone rozmiary pacjenta, ale Lioren i tak był zaskoczony. Trudno było sobie wyobrazić, jak wielki musi być dorosły osobnik, skoro ten tutaj miał jeszcze zwiększyć swoją masę kilkaset razy. Pacjent zajmował blisko trzy czwarte powierzchni hangaru i z tej perspektywy nie można było ogarnąć go spojrzeniem. Lioren skorzystał z silniczków skafandra, aby oblecieć go wkoło.
W hangarze utrzymywano zerową grawitację, pacjent zaś był przypasany sieciami do pokładu, co umożliwiało lekarzom swobodny dostęp do jego ciała. Na pozostałych ścianach i suficie zamontowano projektory wiązek odpychających, obsługiwane z dyżurki.
Budową ciała przypominał ośmiornicę z grubymi mackami i nieproporcjonalnie wielkim tułowiem, z wyraźnie wyodrębnioną głową. Połowa kończyn była wyposażona w pazury, które z czasem miały rozwinąć się w chwytne kończyny, połowa zaś w płaskie, kościane ostrza, dwa razy dłuższe niż ręce Liorena.
W dawnych czasach była to przede wszystkim naturalna broń. Seldal ostrzegał, że młode osobniki czasem nadal próbują jej używać.
Lioren ponownie okrążył olbrzyma. Starał się trzymać jak najdalej. Tym razem przyjrzał się setkom drobnych blizn pooperacyjnych i świeżym opatrunkom. Zauważył też obszary ogarnięte infekcją, które zajmowały prawie połowę górnej powierzchni ciała.
Przyczyną choroby był pasożyt, nieinteligentne jajorodne stworzenie z twardą skorupą. Pasożyt ten wielokrotnie przeniknął głęboko do tkanki podskórnej, powodując ostry stan zapalny. Jak do tego doszło, nie udało się ustalić. Mimo wprowadzenia języka gościa do szpitalnego translatora, nie był on skłonny do rozmowy.
Lioren zatrzymał się niemal dokładnie nad głową istoty. Tam właśnie, miedzy czterema rozmieszczonymi symetrycznie oczami, znajdowała się błona, która służyła Groalterrim za narząd mowy i słuchu zarazem.
Lioren chrząknął.
— Przepraszam, jeśli przeszkadzam. Nie chciałbym się narzucać, ale czy moglibyśmy porozmawiać?
Przez długi czas nie było reakcji, potem najbliższa masywna powieka uniosła się powoli i Lioren spojrzał w niezmierzoną głębię czarnego oka. Nagle macka poniżej drgnęła, rozdarła sieć i wystrzeliła w górę, trafiając jednak w ścianę. Ryjąc bruzdę w metalu, kościane ostrze przemknęło obok głowy Liorena, który wyraźnie poczuł towarzyszący temu podmuch.
— Kolejna głupia, na poły organiczna maszyna — powiedział pacjent, gdy Lioren został pochwycony przez promień ściągający i przeniesiony z powrotem do dyżurki.
— Same zabiegi pacjentowi nie przeszkadzają — wyjaśnił po chwili hudlariański pielęgniarz. — Źle reaguje na próby komunikacji. Teraz jednak chciał chyba tylko pana zniechęcić, a nie skrzywdzić.
— Gdyby chodziło o to drugie, skafander byłby chyba marną osłoną — powiedział Lioren, wspominając olbrzymie ostrze.
— Podobnie jak moja skóra — mruknął Hudlarianin. — Doktor Seldal, który należy do bardzo kruchych istot, dawno już zrezygnował ze skafandra. Co do pozostałych nielicznych gości, każdy sam wybiera. Ale wracając do tematu. Odkryłem, że pacjent chętniej odzywa się wówczas, gdy ktoś nie ma osłony, którą najwyraźniej uważa za jakiś rodzaj mechanizmu sprzężonego z istotą o niskim poziomie inteligencji. Pozostałym nie mówi wprawdzie wiele więcej i nie bywa nigdy uprzejmy, ale ma z nimi jakiś kontakt.
Lioren przypomniał sobie, co usłyszał tuż przed atakiem, i zaczął rozpinać skafander.
— Jestem bardzo wdzięczny za radę. Proszę pomóc mi to zdjąć, spróbuję jeszcze raz. Czy jest coś jeszcze, co powinienem wiedzieć?
Gdy Lioren uwolnił się ze skafandra, FROB spojrzał na niego uważnie.
— Poznajesz mnie? Pewnie nie, ale jestem wdzięczny za to, co powiedziałeś mojej kelgiańskiej przyjaciółce Tarsedth podczas naszego spotkania. Dziwi mnie, że Seldal zgodził się na twoją wizytę, ale jeśli mogę ci w czymś pomóc, tylko powiedz.