Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Przyjaciel z Piekła». Краткое содержание книги:

Przewieziony na Ziemię ranny żołnierz z odległego świata nie potrafi zaakceptować reguł nowego życia. Postanawia wrócić na ojczystą planetę, zwaną przez Ziemian Piekłem…
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27
Перейти на страницу:

— Napijesz się, Gag?

— Nie — odpowiadam. — Nie napiję się. Ja się nie napiję i temu tam też nie radzę… starszemu pancermistrzowi.

I taka mnie wesoła złość ogarnęła, że o mało nie roześmiałem się na głos. Obaj wytrzeszczyli na mnie oczy. A ja podszedłem do tego spalonego hrabiego, zabrałem mu kieliszek i mówię tak łagodnie, pouczam go po ojcowsku:

— Błękitne Gryfy — mówię — wina nie piją. Oni w ogóle nie piją alkoholu. Oni, master starszy pancermistrzu, ślubowali — ani kropli alkoholu, dopóki chociaż jeden pasiasty szczur plugawi swoim oddechem atmosferę wszechświata. To po pierwsze… A teraz sznureczek… — Biorę do ręki znak bojowej sławy, odpinam go od guzika kurtki i starannie opuszczam wzdłuż rękawa. — Sznur sławy bojowej tylko według regulaminu należy przypinać do trzeciego guzika od góry. Żaden prawdziwy Gryf go nie przypina. Siedzą w aresztach garnizonowych, a nie przypinają. To, znaczy się, po drugie.

Ach, jaką ja miałem satysfakcję. Jak mi było lekko i wesoło! Jeszcze raz na nich spojrzałem, zobaczyłem, jak mnie słuchają, niczym samego proroka Gagury głoszącego z jaskini słowo boże, i podszedłem do drzwi. Na progu przystanąłem i dodałem na zakończenie:

— A w rozmowie z młodszym stopniem, master starszy pancermistrzu, nie należy stale domagać się tytułowania pełnym tytułem. To jest, oczywiście, niezbyt wielki błąd, tylko że nikt pana nie będzie szanować. To nie oficer frontowy, powiedzą, to dekownik w mundurze oficera frontowego. I poparzona twarz nie pomoże. Mało to gdzie człowiek może się poparzyć…

I wyszedłem. Siadłem przy oknie, położyłem ręce na kolanach — dobrze mi, spokojnie, jakbym dokonał czegoś niezwykłego. Siedzę, przypominam sobie wszystko po kolei, jak to było. Jak Korniej na początku tylko mrugał oczami, a potem napięty jak trzcina łowił każde moje słowo, szyję wyciągał, a ten fałszywy pancermistrz tak słuchał, że aż mu szczęka opadła… Ale oczywiście niedługo tak się cieszyłem, bo bardzo prędko przyszło mi do głowy, że tak naprawdę to znowu wszystko się poplątało, wychodzi na to, że kiedy oni posyłają do nas szpiega, to ja im pomagam. Konsultuję ich. Jak ostatnie sprzedajne ścierwo. Ucieszyłem się, biedny idiota, i zdemaskowałem! Wzięliby go tam i postawili pod ścianę, i skończona sprawa… Jaka sprawa? Tu przecież cały problem właśnie się zaczyna. Korniej przecież też u nas siedział, i to na pewno niejeden rok. A mógł nie ocaleć. No i co, dobrze by się stało? Przecież to Korniej. Już nie mówię o tym, że moje kości gniłyby teraz w dżungli… Nie, to nie jest takie proste. Bo dlaczego ja się, tak wściekłem? Ten Gryf mnie rozwścieczył. Nie mogłem po prostu patrzeć na niego spokojnie. Dawniej mógłbym, i to z przyjemnością, dawniej ja bym padał przed nim na kolana, przed bratem-rycerzem, buty bym mu z dumą czyścił, a potem miałbym czym się chwalić. Wiesz, komu ja buty czyściłem? Starszemu pancermistrzowi! Ze sznurem! Nie, nie, muszę jakoś to wszystko uporządkować.

Siedziałem do samego zmierzchu, ciągle porządkowałem, a potem przyszedł Korniej i położył mi rękę na ramieniu, tak jak wtedy temu… Dangowi.

— No — mówi — dziękuję ci, chłopcze. Czułem, że na pewno coś zauważysz. Rozumiesz, myśmy go przygotowywali w wielkim pośpiechu… Trzeba ratować pewnego człowieka. Waszego wielkiego uczonego. Mamy podejrzenia, że ukrywa się na zachodnim brzegu jeziora Zagguta, a tam okopała się jednostka pancerna, nikogo nie przepuszczają, przyjmują tylko swoich. Tak że możesz uznać, że uratowałeś dzisiaj dwóch ludzi. Dwóch wspaniałych ludzi. Jednego naszego i jednego waszego.

Dużo jeszcze różnych rzeczy mi naopowiadał. Miodem, można powiedzieć, mnie smarował. Już nie wiedziałem, gdzie mam oczy podziać, bo oczywiście, kiedy ich konsultowałem, nawet przez myśl mi nie przeszło, że mam kogoś ratować. Zrobiłem to zwyczajnie, ze złości. No trudno.

— Kiedy on startuje? — pytam. Tak sobie zapytałem, chciałem nieco przyhamować potok wymowy Kornieja.

— Jutro — odpowiada. — O piątej rano.

Nagle dotarło do mnie. Oho, myślę. Doczekałem się.

— Stąd? — pytam. Już nie tak sobie.

— Stąd — odpowiada Korniej. — Z tej polany. Tak.

— Hm — mówię — powinienem go odprowadzić, zobaczyć przed samym startem. Może jeszcze coś zauważę…

Korniej roześmiał się i znowu poklepał mnie po ramieniu.

— Jak chcesz — mówi. — Ale lepiej pośpij sobie. Ostatnimi czasy strasznie po bałaganiarsku spędzasz dni. Zjemy kolację, a potem jednak idź spać.

No więc poszliśmy na kolację. Przy kolacji Korniej był wesoły, dawno go takiego nie widziałem. Opowiadał różne śmieszne historie z tych czasów, kiedy pracował w naszej stolicy jako goniec w jednym z banków, jak go werbowali gangsterzy i co z tego wynikło. Zapytał mnie, gdzie jest Dramba, dlaczego ostatnio go nie widać. Powiedziałem mu uczciwie, że Dramba buduje rejon umocnień nad stawami.

— Rejon umocnień — mówi Korniej poważnie. — To bardzo dobrze. W ostatecznym razie przeczekamy tam najgorsze. Poczekaj, jak tylko będę miał trochę czasu, przeprowadzimy prawdziwe manewry, tak czy inaczej chłopców trzeba gdzieś trenować…

No więc porozmawialiśmy sobie o musztrze, o manewrach, patrzę na niego, taki jest serdeczny i życzliwy, i myślę — może go poprosić jeszcze raz? Po dobremu. Puść mnie do domu, co? Nie, nie puści. Nie puści mnie, dopóki nie będzie miał niezachwianej pewności, że już nie jestem niebezpieczny. A jak go przekonać, że już nie jestem niebezpieczny, jeśli ja sam tego nie wiem? I nie dowiem się zresztą, póki tam nie wrócę…

Rozstaliśmy się. Życzył mi jeszcze dobrej nocy i poszedłem do siebie. Spać, oczywiście, nie zamierzałem. Tak, trochę podrzemałem, na jedno oko. A o trzeciej wstałem i rozpocząłem przygotowania. Przygotowywałem się tak, jak jeszcze nigdy przed żadną akcją. Całe moje życie decydowało się tego ranka, chłopcy. O czwartej byłem już w ogrodzie i siedziałem w zasadzce. Czas, jak zawsze w takich wypadkach, ciągnął się w nieskończoność. Ale ja byłem absolutnie spokojny. Żadnego bicia serca, nic. Po prostu wiedziałem, że muszę wygrać w tej grze, że po prostu inaczej być nie może… A czas… no cóż, prędko czy powoli, zawsze w końcu mija.

Dokładnie o piątej, jak tylko spadła rosa, rozległo się nad samym moim uchem znajomo ochrypłe miauczenie, gorący wiatr pochylił krzaki, nad polaną zapłonął pierwszy ogień — i oto stoi. Z tak bliska jeszcze nigdy go nie widziałem. Ogromny, ciepły, żywy, okazuje się, że jego boki są porośnięte jakby sierścią, poruszają się, pulsują, oddychają… Diabli wiedzą, co to za maszyna. Nie ma takich maszyn.

Zmieniłem stanowisko, żeby być bliżej ścieżki. Patrzę — idą. Na przedzie mój Błękitny Gryf, sznur przepisowo wisi, w ręku trzcinka, to oni dobrze wykombinowali — jeśli Gryf zasłużył na sznur, to bezwzględnie musi mieć trzcinkę, sam o tym zapomniałem. Gryf wygląda bezbłędnie. Korniej maszeruje za nim, obydwaj milczą — widocznie wszystko już zostało powiedziane, pozostaje tylko uścisnąć sobie ręce albo, jak to tu jest przyjęte, objąć się i pobłogosławić przed podróżą. Odczekałem, aż podeszli do samego widma, aż cmoknął otwierając się właz, a wtedy wyszedłem z krzaków i wycelowałem do nich z mojej maszynki.

— Stać, nie ruszać się!

Odwrócili się jednocześnie i zastygli. Stałem na przygiętych nogach, unosząc nieco w górę lufę automatu, na wypadek gdyby któryś z nich chciał na mnie skoczyć z tych dziesięciu metrów, jakie nas rozdzielają, wtedy przywitam go w powietrzu.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)