Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
I wstali z martwych… - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

I wstali z martwych…

Электронная книга - «I wstali z martwych…». Краткое содержание книги:

Czy buk może wyrosnąć w ciągu jednej nocy? Owszem. W ogrodzie śpiewaczki Zofii Simeonidis w Paryżu. Tyle że odtąd kobieta nie może zmrużyć oka, po nocach myśląc o tym drzewie. A potem znika, co wcale nie dziwi jej męża. Mateusz, Marek i Łukasz, trzej sąsiedzi Zofii, wspomagani przez byłego policjanta – inspektora Vandooslera, próbują rozwikłać zagadkę pojawienia się drzewa w ogrodzie i zniknięcia swojej sąsiadki. Odkrywają prawdziwe korzenie drzewa, które liczy piętnaście lat oraz ocieka nienawiścią i zazdrością.
1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 58
Перейти на страницу:

– Co z tego? Już powiedziałam! Przyjechałam, bo ciotka Zofia mi to zaproponowała. Musiałam wyjechać z Lyonu. Dla nikogo nie jest to tajemnicą.

– Poza pani matką.

Trzej mężczyźni równocześnie zwrócili oczy ku drzwiom, w których i tym razem stał Vandoosler, choć nikt nawet nie usłyszał, że schodzi z góry.

– Nie pukaliśmy po ciebie – powiedział Marek.

– Nie – odparł Vandoosler. – Ostatnio nie tak często po mnie pukacie. Ale musicie zapamiętać, że sam mogę narzucić wam swoje towarzystwo.

– Wyjdź – rzekł Marek. – To, co teraz robię, i bez ciebie jest wystarczająco trudne.

– Bo zabrałeś się do tego jak ostatnia oferma. Chcesz wyprzedzić Leguenneca? Rozplatać te nici przed nim, uwolnić małą? W takim razie rób to, jak należy, bardzo cię proszę. Pozwoli pani? – zwrócił się do Aleksandry, siadając obok niej.

– Wydaje mi się, że nie mam wyboru – odparła. – W sumie wolę odpowiadać na pytania prawdziwego policjanta, jak mi mówiono – skorumpowanego, niż trzech przebierańców, których intencje są wątpliwe. Poza intencją uraczenia nas chlebem, którą wykazał Mateusz. Ta na pewno była dobra. Słucham pana.

– Leguennec telefonował do pani matki. Wiedziała, że przenosi się pani do Paryża. Znała powody pani decyzji. Krótko mówiąc, przyczyną był tak zwany zawód miłosny, chociaż te dwa słowa są zbyt lakoniczne, żeby wyrazić to, co mają w założeniu wyrażać.

– A pan oczywiście jest ekspertem w dziedzinie zawodów miłosnych? – zapytała Aleksandra, spoglądając na niego spod zmarszczonych brwi.

– Właściwie tak – rzekł niewzruszony Vandoosler. – Byłem sprawcą wielu takich zawodów, w tym jednego dość poważnego. Tak, coś niecoś o tym wiem.

Vandoosler rozgarnął palcami szpakowate włosy. Zapadła cisza. Marek rzadko słyszał go mówiącego tak poważnie i wprost. Vandoosler, wciąż z niezmąconym spokojem, cichutko przebierał palcami po skraju stołu, jakby grał na pianinie. Aleksandra go obserwowała.

– Ale dość o tym – podjął. – Owszem, mam w tej dziedzinie pewne doświadczenie.

Aleksandra zwiesiła głowę. Vandoosler zapytał, czy herbata jest obowiązkowa i czy ewentualnie mógłby się napić czegoś innego.

– Wspomniałem o tym – podjął, napełniając szklankę – żeby zaznaczyć, że wierzę, kiedy mówi pani o swej chęci ucieczki z Lyonu. Ja to po prostu wiem. A Leguennec to sprawdził i uzyskał potwierdzenie z ust pani matki. Od blisko roku jest pani sama z Cyrylem i chciała pani przenieść się do Paryża. Jednak pani matka nie miała pojęcia, że to Zofia obiecała panią gościć. Wspomniała jej pani tylko o przyjaciołach.

– Moja matka zawsze była trochę zazdrosna o siostrę – powiedziała Aleksandra. – Nie chciałam, żeby myślała, że opuszczam ją dla Zofii, nie chciałam jej zranić. My, Grecy, mamy skłonność do wyobrażania sobie niestworzonych historii i lubujemy się w tym. Tak w każdym razie twierdziła moja babcia.

– Szlachetna pobudka – powiedział Vandoosler. – Zastanówmy się jednak, co pomyśli Leguennec… Aleksandra Haufman odmieniona cierpieniem, żądna zemsty…

– Zemsty? – szepnęła Aleksandra. – Jakiej zemsty?

– Proszę mi nie przerywać. Siła gliniarza tkwi w długich monologach, które miażdżą jak skała, albo w błyskawicznej replice, która zabija jak maczuga. Nie wolno pozbawiać gliny tej radości pracy, bo stanie się nerwowy. Pojutrze nie będzie pani przerywała Leguennecowi. A zatem żądna zemsty, zawiedziona, zgorzkniała, zdecydowana zyskać większą siłę, raczej bez grosza, z zazdrością myśląca o łatwym życiu ciotki, dostrzegająca możliwość pomszczenia matki, której nigdy się nie powiodło, bo choć kilkakrotnie śpiewała na scenie, nie zyskała poklasku, postanawia pani zabić ciotkę i w ten sposób zagarnąć znaczną część jej majątku, oczywiście – poprzez matkę.

– Fantastycznie – syknęła Aleksandra, zaciskając zęby. – Czy nie wspominałam, że kochałam ciotkę Zofię?

– Dziecinna próba obrony, moja panno, i nic niewarta. Inspektor nie słucha takich bredni, jeżeli ma motyw i narzędzie. Zwłaszcza że nie widziała się pani z ciotką od dziesięciu lat. To chyba dość długo jak na kochającą siostrzenicę. Kontynuujmy. W Lyonie miała pani samochód. Dlaczego przyjechała pani pociągiem? Dlaczego w przededniu wyjazdu oddała pani samochód do warsztatu, żeby go sprzedać, a przy tym podkreślała pani, że wóz wydaje się za stary, żeby wyruszyć nim w daleką podróż do Paryża?

– Skąd pan o tym wie? – zapytała wystraszona.

– Pani matka powiedziała mi, że sprzedała pani samochód. Telefonowałem do wszystkich zajmujących się tym warsztatów w okolicy pani domu, dopóki nie odnalazłem właściwego.

– Ale co w tym złego?! – krzyknął nagle Marek. – Do czego zmierzasz? Zostaw ją wreszcie w spokoju!

– Cóż to, Marku? – odpowiedział Vandoosler, zwracając spojrzenie na siostrzeńca. – Przecież sam chciałeś ją przygotować do rozmowy z Leguennekiem. Właśnie to robię. Chcesz się bawić w policjanta, a nie możesz nawet spokojnie wysłuchać wstępu do przesłuchania? Ja naprawdę wiem, co ją czeka w poniedziałek. Dlatego zamknij się i nadstaw ucha. A ty, święty Mateuszu, bądź łaskaw wyjaśnić mi, dlaczego kroisz chleb, jakbyśmy oczekiwali dwudziestu gości?

– Żeby lepiej się poczuć – odparł Mateusz. – I dlatego, że Łukasz go zjada. Łukasz lubi chleb.

Vandoosler westchnął i zwrócił się do Aleksandry, której niepokój rósł i właśnie spływał ze łzami po policzkach. Dziewczyna ocierała je ścierką do naczyń.

– Już? – powiedziała. – Już wszędzie dzwonicie, sprawdzacie każde słowo? Czy to śmiertelny grzech sprzedać samochód? Sypał się. Nie chciałam jechać nim do Paryża z Cyrylem. A poza tym wywoływał zbyt dużo wspomnień. Pozbyłam się go…To zbrodnia?

– Podążam torem rozumowania Leguenneca. W ubiegłym tygodniu, na przykład w środę, kiedy zostawiła pani Cyryla pod opieką matki, pojechała pani w kierunku Paryża samochodem, który zdaniem właściciela warsztatu nie jest wcale w takim kiepskim stanie.

Łukasz, który zgodnie ze swym zwyczajem spacerował wokół stołu, wyjął z rąk Aleksandry ścierkę i podał jej chusteczkę do nosa.

– Ta ścierka nie jest już taka czysta – szepnął.

– Nie jest wcale w takim kiepskim stanie – powtórzył Vandoosler.

– Do cholery, przecież powiedziałam, że z tym samochodem wiąże się wiele wspomnień! – burknęła Aleksandra. – Jeżeli rozumie pan, dlaczego się ucieka, potrafi pan chyba też zrozumieć, dlaczego sprzedaje się samochód, co?

– Oczywiście. Skoro jednak te wspomnienia tak bardzo pani ciążyły, dlaczego nie sprzedała go pani wcześniej?

– Bo czasem trudno się rozstać ze wspomnieniami, nawet bolesnymi, do jasnej cholery! – krzyknęła Aleksandra.

– I niech pani przy policjancie nie mówi dwa razy z rzędu „do jasnej cholery”. Przy mnie może sobie pani na to pozwolić, ale w poniedziałek, Aleksandro, zachowaj ostrożność, bo Leguennec nawet nie drgnie, ale na pewno mu się to nie spodoba. Niech pani nie używa takich słów jak „cholera”. Zresztą nigdy nie beszta się Bretończyka, to wolno tylko jemu. To zasada silniejsza od pisanego prawa.

– Dlaczego więc wybrałeś właśnie tego Leguenneca? – zapytał Marek. – Skoro nie potrafi w nic uwierzyć i znieść, kiedy ktoś mu się sprzeciwia?

– Ponieważ Leguennec jest zręczny, ponieważ Leguennec to przyjaciel, ponieważ to jego rejon, ponieważ zdobędzie dla nas wszystkie szczegóły i ponieważ kiedy nadejdzie ostatni etap śledztwa, to ja, Armand Vandoosler, zrobię z tymi szczegółami, co zechcę.

– Co ty pleciesz! – krzyknął Marek.

– Przestań krzyczeć, święty Marku, to nie przyspiesza kanonizacji, i przestań przerywać. Kontynuuję. Aleksandro, trzy tygodnie temu odeszła pani z pracy, gdyż zamierzała wyjechać. Wysłała pani do ciotki kartę z gwiazdą, wyznaczając jej spotkanie w Lyonie. Cała rodzina doskonale zna starą historię ze Stelyosem i wie, z jakim imieniem Zofia kojarzy gwiazdę. Wieczorem przyjechała pani do Paryża, spotkała się pani z ciotką, naopowiadała jej Bóg wie czego o Stelyosie, który pojawił się w Lyonie, zabrała ją pani do samochodu i zabiła. Dobrze. Ukryła pani zwłoki w jakimś miejscu, na przykład w lesie Fontainebleau albo Marly, to nie ma znaczenia, ważne, że zakątek był wystarczająco odludny, by nie odnaleziono jej za szybko, bo po pewnym czasie trudno precyzyjnie ustalić czas zgonu, więc nie trzeba przedstawiać mocnego alibi. Rano wróciła pani do Lyonu. Dni mijały, ale w gazetach wciąż nie pojawiała się żadna wzmianka. Było to pani na rękę. Potem zaczęło to panią martwić. Zakątek był zbyt odludny. A dopóki nie odnalazło się ciało, nie było też mowy o spadku. Przyszła pora, żeby podjąć działanie. Sprzedaje pani samochód, przy okazji podkreśla pani, że nigdy nie odważyłaby się jechać nim do Paryża, i wsiada pani do pociągu. Zwraca pani na siebie uwagę, czekając z dzieckiem na deszczu, zamiast postąpić, jak nakazuje rozsądek, i wejść do najbliższej kafejki. Nie mogła pani dopuścić, żeby przyjęto wersję celowego zniknięcia Zofii. Dlatego podnosi pani alarm i doprowadza do podjęcia śledztwa. W czwartek wieczorem pożycza pani samochód ciotki i nocą jedzie zabrać ciało, uważając, żeby nie zostawić w bagażniku żadnych śladów. To bardzo trudne i przykre zadanie, trzeba użyć folii, taśm klejących – resztę ponurych szczegółów technicznych pominę – i przenosi pani zwłoki do porzuconego wraku w podmiejskim zaułku. Wznieca pani pożar, żeby zatrzeć ślady transportu, przenoszenia, plastiku. Wie pani, że w ogniu przetrwa kamyk, który Zofia uważała za swój fetysz. Przecież przetrwał w rozpalonej lawie wulkanicznej… Udało się wykonać zadanie i ciało zostało zidentyfikowane. Dopiero nazajutrz oficjalnie wykorzystała pani samochód pożyczony przez wuja. Żeby przejechać się nocą, jak pani twierdzi – bez celu. A może po to, żeby zatrzeć pamięć o nocy, gdy przyświecał pani ściśle określony cel, na wypadek gdyby ktoś panią wtedy zauważył. Jeszcze jedno – niech pani nie szuka samochodu ciotki, wczoraj rano trafił do laboratorium, gdzie poddawany jest ekspertyzie.

1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)