Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Planeta wygnania [Planet of Exile - pl]
Planeta wygnania [Planet of Exile - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Planeta wygnania [Planet of Exile - pl]

Электронная книга - «Planeta wygnania [Planet of Exile - pl]». Краткое содержание книги:

Kolonia wysłanników Ligi Wszystkich Światów zmniejszyła się do zaledwie jednego miasta, Landinu. Minęło ponad dziesięć pokoleń odkąd przybyli na planetę krążącą wokół gwiazdy zwanej Eltatin, ale nadal czuli się tutaj obco. Byli przekonani, że Liga zapomniała o nich, ale wciąż żyli w izolacji od tubylczych plemion, choć sami utracili już większość ze swego Dziedzictwa. Czuli, że krok za krokiem, zmajestatyczną powolnością i pierwotnym uporem procesu ewolucji, ten świat ich zabijał. Tym razem z nadejściem długiej Zimy pojawiło się nowe zagrożenie: nadciągające w ogromnej liczbie hordy dzikich koczowników, ghalów. Aby przetrwać muszą zjednoczyć się przeciw ghalom z tubylczym plemieniem Askatewaru, lecz niełatwo przekonać do wspólnej walki plemię, które nie pamięta swej przeszłości.
1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 33
Перейти на страницу:

— Idziesz z nami? — spytał Rolery najmłodszy z chłopców.

— Zdaje mi się, że my jadamy w tym drugim budynku, w Thiatrze.

— Nie, teraz wszyscy jedzą w Gmachu. W ten sposób oszczędza się wiele pracy. Chodź. — Chłopcy byli nieśmiali, małomówni, serdeczni. Poszła z nimi.

Noc zapadła wcześniej niż zwykle, dzień nastał później. Obudziła się w domu Agata, u jego boku, i otworzywszy oczy ujrzała szare światło padające na szare ściany, mrok sączący się przez szczeliny w okiennicach chroniących szyby w oknach. Najmniejsze drgnienie nie mąciło absolutnej ciszy. Ani z wnętrza domu, ani z dworu nie dobiegał żaden dźwięk. Czy to możliwe, żeby w oblężonym mieście panowała taka absolutna cisza? W tej tłumiącej wszystkie dźwięki szarówce brzasku i oblężenie, i sami ghalowie wydawali się czymś bardzo odległym. Tutaj było ciepło, tuż obok siebie miała pogrążonego we śnie Agata. Zastygła w bezruchu, żeby go nie zbudzić.

Pukanie na dole, walenie do drzwi, głosy. Czar prysł: najpiękniejsza chwila minęła. Wołali Agata. Zaczęła go budzić — trudne zadanie. W końcu zwlókł się z łóżka, wciąż jeszcze nic nie widząc na zaspane oczy, otworzył okno i okiennice i wpuścił do pokoju światło dnia. Trzeciego dnia oblężenia, pierwszego dnia śniegu. Zasłał już ulice grubo na stopę i sypał nadal, bezustannie, czasami równo i gęsto, najczęściej jednak gnany porywistym północnym wiatrem. Uciszył i zmienił cały świat. Góry, lasy i pola — wszystko zniknęło. Zniknęło całe niebo. Szczyty najbliższych dachów zlewały się i rozpływały w bieli. Był tylko śnieg, który spadł, i śnieg, który padał i to jedynie na wyciągnięcie ręki, bo dalej nie było już zupełnie nic.

Na zachód od miasta cichym sztormem powracał przypływ. Przęsła wiaduktu prowadziły w nicość. Skały nie było. Nie było nieba ani morza. Sypiący na ciemne urwiska śnieg skrywał piaski w dole.

Agat zatrzasnął okiennice i okno i odwrócił się do Rolery. Twarz miał nadal odprężoną snem, głos mu sennie chrypiał. — To niemożliwe, żeby odeszli — mruknął, bo tak właśnie wołano do niego z ulicy: — Ghalowie odeszli,. odstąpili od oblężenia, uciekają na południe…

Nie sposób to było sprawdzić. Z murów Landinu widać było tylko śnieg. Ale już kilka kroków za jego zasłoną mogły stać tysiące namiotów rozbitych po to, żeby go przeczekać — albo mogło nie być żywego ducha.

Z murów spuszczono na linach kilku zwiadowców. Trzech z nich powróciło z wieścią, że wspięli się na wzgórza do granicy lasu i nie natknęli się na ghalów; ale potem musieli wracać, bo z odległości stu jardów nie widzieli samego miasta. A jeden w ogóle nie wrócił — został schwytany przez ghalów czy zabłądził w śnieżycy?

W bibliotece Gmachu zwołano naradę Alterran. Jak to było w zwyczaju, mógł na niej być obecny każdy, kto chciał posłuchać i zabrać głos w omawianej sprawie. Rada Alterrów składała się już nie z dziesięciu osób, lecz ośmiu. Jonkendy Li i Haris, najmłodszy i najstarszy, zginęli. Obecnych było tylko siedmiu, bo Pilotson pełnił wartę na murach, ale sala pękała w szwach od milczących słuchaczy.

— Nie odeszli… Odstąpili od murów… Ale nie wszyscy… nie wszyscy… — Alla Pasfal mówiła zduszonym szeptem, żyły wystąpiły jej na szyi, a twarz ziemiście poszarzała. Była najbieglejsza ze wszystkich farbornów w sztuce nazywanej przez nich słuchaniem myśli. Potrafiła słuchać czyichś myśli na większą odległość niż ktokolwiek inny, i umiała to robić tak, żeby ten ktoś wcale o tym nie wiedział.

— To zakazane — powiedział dawno temu (przed tygodniem?) Agat, występując przeciwko takiej próbie sprawdzenia, czy ghalowie nadal obozują w pobliżu Landinu. — Nigdy nie złamaliśmy tego zakazu, nigdy przez cały czas Wygnania. — Po czym dodał: — Jak tylko przestanie padać i tak dowiemy się, gdzie są. A do tego czasu możemy czuwać.

Ale pozostali nie zgodzili się z nim i ich głosy przeważyły. Rolery poczuła się zdezorientowana i zagubiona, kiedy ujrzała, że Agat ustępuje, godzi się z ich decyzją. Próbował jej wyjaśnić, dlaczego musiał tak postąpić; tłumaczył, że nie jest wodzem miasta czy rady, że wszyscy dziesięcioro Alterrowie zostali wybrani i rządzą wspólnie, ale Rolery nie potrafiła tego pojąć. Albo był wodzem, albo nie. A jeśli nie, to wszyscy byli zgubieni.

No i teraz ta stara kobieta wpatrywała się przed siebie niewidzącym spojrzeniem i dysząc ciężko próbowała wyrazić słowami to, co słowami było nie do wyrażenia — krótkie przebłyski kontaktu z umysłami obcych istot, myślących w obcej mowie, nieuchwytny odbiór zmysłem dotyku wrażeń obcych rąk trzymających jakiś przedmiot.

— Trzymam… trzymam… sz…sznur… linę… — wydusiła z siebie słowo po słowie.

Rolery wzdrygnęła się ze strachu i odrazy. Agat siedział odwrócony tyłem do Alli, zamknięty w sobie.

W końcu Alla uspokoiła się, spuściła głowę na piersi i na długą chwilę zastygła w bezruchu.

Seiko Esmit nalała wszystkim Alterrom i Rolery maleńką filiżaneczkę ceremonialnej ti. Każdy ledwie maczał usta i podawał ją następnemu, a ten dalej i dalej, aż filiżaneczka została pusta. Rolery jak urzeczona wpatrywała się w miseczkę, którą podał jej Agat, nim upiła herbaty i przekazała ją dalej. Błękitna, krucha jak liść, przepuszczała światło niczym jakiś klejnot.

— Ghalowie odeszli — odezwała się na głos Alla Pasfal, podnosząc umęczoną twarz. — Wyruszyli w drogę, posuwają się teraz jakąś doliną między dwoma pasmami wzgórz. To odebrałam zupełnie wyraźnie.

— Doliną Giln-mruknął jeden z mężczyzn. — To jakieś dziesięć kilomów na południe od Suchego Bagniska.

— Uciekają przed Zimą. Mury miasta są bezpieczne. — Ale Prawo zostało złamane — przebił się przez ogólny szmer nadziei i rozradowania ochrypły głos Agata. — Mury można naprawić. No cóż, zobaczymy…

Rolery zeszła z nim po schodach do ogromnej Sali Zgromadzenia, zastawionej teraz stołami i długimi ławami, bo to tu właśnie, pod złotymi zegarami i kryształowym rysunkiem planet krążących wokół swoich słońc, urządzono komunalną jadalnię.

— Chodźmy do domu — powiedział na dole.

Nałożyli obszerne, podbite futrem płaszcze z kapturami, które wydano wszystkim mieszkańcom miasta z magazynów pod Starym Ratuszem, i wyszli razem w zadymkę szalejącą na Rynku. Nie zdążyli jednak ujść nawet dziesięciu kroków, gdy ze śnieżycy wypadła na nich jakaś groteskowa postać owinięta w pasy przesiąkniętej czerwienią bieli.

— Ghale przy Morskiej Bramie! — krzyknęła przeraźliwie. — Wdarli się do miasta! Przy Morskiej Bramie. Agat posłał Rolery jedno jedyne spojrzenie i zniknął w śnieżnej zawiei. W następnej chwili wysoko na wieży nad jej głową rozległo się huczące dudnienie metalu uderzanego o metal, głębokie, stłumione przez padający śnieg. Nazywali ten hałas dzwonem i jeszcze przed rozpoczęciem oblężenia wszyscy musieli się nauczyć jego sygnałów. Cztery, pięć uderzeń — cisza; znów pięć i jeszcze raz to samo: „Wszyscy mężczyźni do Morskiej Bramy! Wszyscy do Morskiej Bramy!”

Ledwie zdążyła odciągnąć posłańca na bok, pod kolumnadę Gmachu Ligi, gdy z drzwi zaczęli wypadać wojownicy, bez szub albo szamocący się, żeby nałożyć je w biegu, uzbrojeni i nie uzbrojeni. Pędzili co sił w nogach w kurzawę wirującego śniegu i rozpływali się w niej, nim dotarli na drugą stronę Rynku.

Nie pojawił się nikt więcej. Od strony Morskiej Bramy docierał jakiś zgiełk, tak stłumiony przez świst wiatru i sypiący śnieg, że zdawał się dochodzić z ogromnej dali. Posłaniec oparł się na niej ciężko w zaciszu kolumnady.

1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 33
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)