Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]
- Автор: Вулф Джин Родман
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-250-0142-1
- Переводчик: Arkadiusz Nakoniecznik
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]». Краткое содержание книги:
Być może właśnie dlatego, że tak bardzo starałem się nie zwracać uwagi na przepaść otwierającą się zaledwie pół kroku obok mnie, poświęcałem wiele uwagi skale, po której pełzłem w dół. W niezmiernie odległych czasach — dowiedziałem się o tym z jednego z tekstów, jakie otrzymywałem od mistrza Palaemona — serce Urth żyło, jego poruszenia zaś posyłały ku powierzchni masy płynnej skały. Często w ciągu zaledwie jednej nocy tam, gdzie jeszcze poprzedniego dnia był kontynent, powstawało ogromne morze lub jezioro, dzieląc go na dwie części. Teraz jednak nasza planeta jest martwa i usycha we wnętrzu kamiennego płaszcza niczym ciało starej kobiety w jednym z tych opuszczonych domów, o których opowiadała mi Dorcas. Pewnego dnia skurczy się tak bardzo, że wierzchnia warstwa zapadnie się pod własnym ciężarem. Taka katastrofa, tyle że na znacznie mniejszą skalę, zdarzyła się właśnie w tym miejscu; połowa góry runęła w pustkę, tworząc urwisko co najmniej milowej wysokości.
ROZDZIAŁ XIV
DOMEK WDOWY
W Saltus, gdzie zatrzymaliśmy się z Jonasem na kilka dni i gdzie dokonałem drugiej oraz trzeciej publicznej egzekucji w mojej karierze, górnicy wykradają spod ziemi metale, kamień budowlany, a nawet wytwory cywilizacji zapomnianej całe chiliady przed wzniesieni Muru Nessus. Czynią to drążąc wąskie tunele w zboczach wzniesień, licząc na to, że natrafią na jakieś ruiny albo nawet (jeżeli będzie sprzyjało im szczęście) na częściowo zachowany budynek, którego wnętrze będzie można wykorzystać jako dodatkowy chodnik.
To, co tam kosztowało ich tyle wysiłku, tutaj, na tym ogromnym urwisku, osiągnęliby bez najmniejszego trudu. Miałem przeszłość na wyciągnięcie ręki, nagą i bezbronną jak wszystko co martwe, zupełnie jakby upadek góry odsłonił pokłady czasu. Co chwila natrafiałem na skamieniałe kości, należące zarówno do zwierząt, jak i do ludzi oraz na pnie i gałęzie, które po niezliczonych stuleciach również zamieniły się w kamień, tak że ciągle podążając w dół zastanawiałem się, czy aby na pewno mamy rację wierząc, że Urth jest starsza od drzew uważanych za jej córki. Wyobraziłem je sobie rosnące w pustce przed obliczem słońca, wczepione w siebie korzeniami i połączone gałęziami, aż w końcu to ich nagromadzenie dało początek naszej Urth, one zaś skromnie zaczęły odgrywać rolę jej zielonej szaty.
Niżej — to znaczy głębiej — natrafiłem na resztki budowli i mechanizmów używanych przez ludzi. (Jest całkiem możliwe, iż były tam również sztuczne twory wykonane przez inne stworzenia, ponieważ wiele opowieści spisanych w brązowej książce zdaje się sugerować, że na Urth istniały kiedyś całe kolonie istot zwanych przez nas kakogenami, choć w rzeczywistości należą one do ras tak bardzo różniących się między sobą, jak my różnimy się od którejkolwiek z nich). Widziałem metale zielone i niebieskie w takim samym sensie, w jakim miedź jest czerwona, a srebro białe, tak przedziwnie powyginane, że nie miałem pewności, czy były to niegdyś dzieła sztuki czy raczej części jakichś zagadkowych urządzeń, choć należało brać pod uwagę i tę ewentualność, że ich twórcy nie widzieli potrzeby wprowadzania takich rozróżnień.
W pewnym miejscu, mniej więcej w połowie drogi, linia uskoku przebiegała wzdłuż wyłożonej różnobarwnymi płytami ściany jakiegoś ogromnego budynku, tak że ścieżka, którą szedłem, biegła ukośnie przez tę ścianę. Nie mam pojęcia, jaki wzór mogły tworzyć kolorowe płyty, gdyż znajdowałem się zbyt blisko nich, a dotarłszy do podstawy budowli, znalazłem się za nisko, aby ogarnąć wzrokiem jej górną czy choćby nawet środkową część, bo zakrywały je mgliste opary, jakie tworzył spadający z niebotycznej wysokości strumień. Posuwając się w dół oglądałem kolejne fragmenty mozaiki niczym owad, który pełznie po namalowanym na płótnie wizerunku, oglądając szczegóły twarzy sportretowanej osoby. Płyty miały najrozmaitsze kształty i ściśle do siebie pasowały. Z początku wydawało mi się, że przedstawiają ptaki, jaszczury, ryby oraz inne stworzenia, dziś jednak odnoszę wrażenie, iż w rzeczywistości były to jedynie niezwykle skomplikowane figury geometryczne o tak niesłychanym stopniu złożoności, że zupełnie spontanicznie układały się w sylwetki żywych istot, tak samo jak przedziwne molekuły łączą się, tworząc prawdziwe organizmy.
Bez względu na to, jak przedstawiała się prawda, kształty te zdawały się nie mieć nic wspólnego z jakimś architektonicznym lub artystycznym zamysłem. Przecinały je kolorowe smugi o barwach tak żywych i jaskrawych, jakby dopiero co zostały przeniesione na kamienną ścianę z palety gigantycznego mistrza. Najczęściej pojawiały się przeróżne odcienie berylu i bieli, i choć zatrzymywałem się wielokrotnie, usiłując zrozumieć sens tytanicznych malowideł (czy było to pismo czy raczej portret? A może geometryczny lub roślinny motyw?), to moje wysiłki nie dawały żadnych rezultatów. Teraz skłaniam się ku opinii, że sposób interpretacji tych dzieł zależał przede wszystkim od miejsca, z którego się je podziwiało, a także od nastroju oglądającego.
Po minięciu zagadkowej ściany szło mi się znacznie łatwiej, gdyż ścieżka nie prowadziła już tak stromo w dół, a choć w kilku miejscach natrafiłem na stopnie, to nie były one tak wąskie i zdradliwe jak przedtem. Dotarłem na dno szybciej, niż się tego spodziewałem. Natychmiast popatrzyłem w górę, na drogę, którą przebyłem, z takim zdumieniem, jakbym jej przed chwilą nie pokonał. Moje zdumienie było całkowicie uzasadnione, ponieważ w kilku miejscach ścieżka wtapiała się w skalną ścianę, wydając się nie do przebycia.
Dom, który dostrzegłem z tak wysoka, był teraz niewidoczny, gdyż skrył się za drzewami, ale dym unoszący się z komina rysował się wyraźną kreską na tle nieba. Nie zwlekając ruszyłem w jego stronę przez teren znacznie mniej zdradliwy od tego, jaki musiałem pokonać na górze, podążając wzdłuż biegu strumienia. Ciemne drzewa wydawały mi się znacznie starsze, nigdzie też nie mogłem dostrzec wielkich paproci, których pełno jest w lasach na południu kontynentu (dopiero teraz uświadomiłem sobie, że właściwie po raz ostatni w stanie dzikim widziałem je w okolicach Domu Absolutu, potem zaś tylko w wielkich donicach w ogrodzie Abdiesusa), wszędzie natomiast rosło mnóstwo dzikich fiołków o lśniących liściach i kwiatach koloru oczu nieszczęsnej Thecli oraz mchu przypominającego gruby zielony atłas, dzięki czemu ziemia zdawała się przykryta miękkim dywanem, drzewa zaś wyglądały tak, jakby ktoś poowijał ich pnie kosztownym materiałem.
Zanim zobaczyłem dom lub dostrzegłem jakiekolwiek ślady ludzkiej obecności, do moich uszu dobiegło szczekanie psa. Milczący czar drzew natychmiast prysł — może nie do końca, gdyż w dalszym ciągu był obecny, ale należało mocno się wysilić, aby go odczuć. Odniosłem wrażenie, jakby jakaś tajemnicza istota, wiekowa i niezwykła, choć zarazem bardzo łagodna, chciała mi się pokazać, lecz w ostatniej chwili wycofała się niczym niezwykle dystyngowany człowiek, na przykład mistrz muzyków, którego przez wiele lat starałem się zwabić do mojej komnaty, ale kiedy wreszcie przyszedł i uniósł rękę, by zapukać do drzwi, usłyszał dobiegający z wnętrza głos kogoś, kogo nie lubił, odwrócił się więc i odszedł, aby już nigdy nie wrócić.