Wyprawa czarownic [Witches Abroad - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-216-8
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wyprawa czarownic [Witches Abroad - pl]». Краткое содержание книги:
Magrat Garlick dziedziczy magiczną różdżkę, która potrafi wyczarowywać dynie (i właściwie nic więcej…) i z pozostałymi wiedźmami udaje się do Genui, żeby pewne dziewczę nie poślubiło księcia. Wbrew Przeznaczeniu i Happy-endyzmowi.
Gdzieś w głębi umysłu pana Franka zadźwięczał maleńki dzwonek alarmowy, ale on sam pędził już na oślep do zwycięstwa.
— Zgoda!
Rozłożył karty na stole.
Tłum widzów westchnął.
Pan Frank zaczął zgarniać pieniądze. Palce babci zacisnęły mu się na przegubie.
— Jeszcze nie pokazałam swoich kart — przypomniała z godnością.
— Nie warto — burknął pan Frank. — W żaden sposób nie może pani przebić wielkiego cebuli.
— Mogę, jeśli zdołam go okaleczyć — odparła babcia. — Przecież właśnie dlatego ta gra nazywa się Okalecz Pana Cebulę. Prawda? Zawahał się.
— Ale… Przecież… To możliwe tylko wtedy, kiedy ma pani czysty dziewięciokartowy sekwens — wybełkotał, patrząc jej głęboko w oczy.
Babcia wyprostowała się.
— A wie pan — rzuciła chłodno — faktycznie miałam wrażenie, że nazbierałam całkiem sporo tych czarnych szpiczastych. To wystarczy?
Rozłożyła karty. Liczna publiczność syknęła cicho zgodnym chórem.
Pan Frank rozejrzał się gorączkowo.
— Piękna rozgrywka, droga pani — stwierdził starszy dżentelmen. W tłumie rozległy się oklaski. W dużym, bardzo kłopotliwym tłumie.
— Eee… tak — przyznał pan Frank. — Tak. Brawo. Szybko się pani uczy, nie ma co.
— Szybciej od pana. Jest mi pan winien pięćdziesiąt pięć dolarów i miotłę.
Magrat i niania Ogg czekały na nią, kiedy wyszła z salonu. — Masz swoją miotłę — rzuciła. — I mam nadzieję, że jesteście spakowane, bo odlatujemy.
— Dlaczego? — zdziwiła się Magrat.
— Bo jak tylko się tu uspokoi, pewni ludzie zaczną nas szukać. Razem pospieszyły do swej malutkiej kajuty.
— Nie używałaś czarów? — spytała Magrat.
— Nie.
— I nie oszukiwałaś? — upewniła się niania Ogg.
— Nie. To tylko głowologia — odparła babcia.
— Ale gdzie się tak nauczyłaś grać? — nie ustępowała niania. Babcia zatrzymała się nagle. Obie czarownice wpadły na nią z rozpędu.
— Pamiętasz, zeszłej zimy, kiedy matula Dismass ciężko zachorowała, a ja siedziałam przy niej co noc przez prawie miesiąc?
— Tak.
— Kiedy przez miesiąc grasz w Okalecz Pana Cebulę z kimś, kto ma odklejoną siatkówkę w jasnowidzącym oku, to szybko nauczysz się grać jak należy.
Drogi Jasonie i wszyscy,
to, czego w obcych stronach mamy najwięcej, to zapachy. Całkiem dobrze już je poznaję. Esme krzyczy na wszystkich. Myśli chyba, ze oni są cudzoziemcami tylko zęby jej zrobić na złość. Nie pamiętam już, kiedy się tak dobrze bawiła. Chociaż trzeba przyznać, że niektórym przyda się solidna awantura, jeśli chcecie znać moje zdanie. Gdzieś żeśmy się zatrzymały na obiad, żeśmy zamówiły befsztyk taterski, a oni udawali bardzo przemądrzałych, kiedy chciałam swój dobrze wysmażony. Wszystkiego dobrego MAMA.
Księżyc był tu bliższy.
Orbita księżyca Dysku sprawiała, że na dużej wysokości przesuwał się nad Ramtopami. Tutaj, niedaleko Krawędzi, byt większy. I bardziej pomarańczowy.
— Jak dynia — zauważyła niania Ogg.
— Umawiałyśmy się chyba, że nie będziemy wspominać o dyniach — przypomniała Magrat.
— No tak, ale nie jadłyśmy kolacji…
W dodatku czarownice nie były przyzwyczajone do ciepłych nocy. Takie szybowanie pod wielkim, pomarańczowym księżycem, ponad mroczną dżunglą, która brzęczy i szumi od owadów, wydawało się nienaturalne.
— Chyba odleciałyśmy już dość daleko od rzeki — stwierdziła Magrat. — Możemy wylądować, babciu? Na pewno nikt nas nie ściga.
Babcia Weatherwax spojrzała w dół. Rzeka w tej krainie wita się szerokimi, lśniącymi zygzakami; potrzebowała dwudziestu mil, żeby pokonać pięć. Tereny wokół brzegów porastały lasy. Daleki blask na horyzoncie to mogła być już Genoa.
— Lot na miotle przez całą noc to prawdziwy ból w odwrotności — dodała niania.
— No… racja.
— Tam w dole jest jakieś miasteczko — poinformowała Magrat. — I zamek.
— Nie, znowu zamek?
— Ale to ładny, miły zamek. Możemy go odwiedzić? Mam już dosyć oberży.
Babcia popatrzyła w dół. Dobrze widziała w ciemności.
— Jesteś pewna, że to zamek? — spytała.
— Widzę wieże i wszystko — zapewniła Magrat. — Oczywiście, że to zamek.
— Hmm…Ja widzę nie tylko wieże — oświadczyła babcia. — Myślę, że powinnyśmy sobie to obejrzeć, Gytho.
W uśpionym zamku zawsze panowała cisza — tylko latem dojrzałe jeżyny spadały z kolczastych krzewów i uderzały o posadzki. I czasem ptaki próbowały wić sobie gniazda w ciernistych gąszczach wypełniających salę tronową od podłogi po sufit, ale nigdy nie kończyły, ponieważ także szybko zapadały w sen. Nie licząc tych dźwięków, trzeba by mieć naprawdę wyborny słuch, by usłyszeć, jak rosną korzenie i otwierają się pąki.
Trwało to już dziesięć lat. W zamku jedynym dźwiękiem było…
— Otwierać tam!
— Bonne fidy podróżni szukają schronu! …jedynym dźwiękiem było…
— Czekaj, Magrat! Podsadź mnie tutaj. Dobrze. Już… Brzęknęło tłuczone szkło.
— Wybiłaś im okno! …jedynym dźwiękiem…
— Musisz zaproponować, ze za nie zapłacisz.
Brama zamku uchyliła się wolno. Niania Ogg wyjrzała zza niej na dwie stojące przed murem czarownice. Wyciągała z włosów ciernie i rzepy.
— Tam jest obrzydliwie — ostrzegła. — Wszędzie śpią ludzie cali pokryci pajęczynami. Miałaś rację, Esme. Działały tu jakieś czary.
Trzy czarownice przeciskały się w głąb zarośniętego zamku. Kurz i liście pokrywały dywany. Młode jawory odważnie próbowały opanować dziedziniec. Pędy winorośli zwisały ze wszystkich ścian.
Babcia Weatherwax postawiła na nogach drzemiącego żołnierza. Z munduru uniósł się kurz.
— Obudź się — rozkazała.
— Fzhft — odpowiedział i osunął się na ziemię.
— Wszędzie jest tak samo — oznajmiła Magrat, wyrywając się z gąszczu paproci porastających okolice kuchni. — Wszyscy kucharze chrapią, a w garnkach sama pleśń. W spiżarni znalazłam nawet uśpioną mysz.
— Hm… — mruknęła babcia. — Gdzieś w samym sercu tego wszystkiego będzie kołowrotek. Zapamiętajcie moje słowa.
— Robota Czarnej Aliss? — spytała niania.
— Na to wygląda — przyznała babcia. — Albo kogoś podobnego — dodała ciszej.
— Trzeba przyznać, że ona naprawdę wiedziała, jak działają opowieści — stwierdziła niania. — Wyobrażacie sobie? Bywało, że występowała w trzech równocześnie.
Nawet Magrat słyszała o Czarnej Aliss. Była podobno największą czarownicą, jaka żyła na Dysku — właściwie nie złą, ale tak potężną, że czasami trudno było dostrzec różnicę. Kiedy chodziło o uśpienie zamku na sto lat albo skłonienie księżniczek, by przędły Żółto ze słomy[16], nikt nie robił tego lepiej niż Czarna Aliss.
— Spotkałam ją kiedyś — powiedziała niania, kiedy wspinały się po głównych zamkowych schodach, zmienionych w kaskadę powojnika, jak na ironię zwanego radością wędrowca. — Byłam jeszcze dziewczynką i stara Deliria Skibbiy mnie do niej zaprowadziła. Oczywiście, była już wtedy dość… ekscentryczna. Chatki z piernika i takie rzeczy…
16
Czarna Aliss też nie najlepiej opanowała ortografię. Musieli sporo mu zapłacić, żeby sobie poszedł i nie robił scen.