Samotna
- Автор: Гарднер Лиза
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Samotna». Краткое содержание книги:
Snajper policji stanowej Massachusetts Bobby Dodge obserwuje przez lunetę tragiczne wydarzenia w pobliskim domu. Uzbrojony mężczyzna zabarykadował się w nim z żoną i dzieckiem. Mierzy do nich z broni, powoli zaciskają palec na spuście. Bobby ma tylko ułamek sekundy na decyzję… której może żałować do końca życia. Dla kobiety, próbującej chronić dziecko przed ogarniętym szałem mężem, to nie pierwszy koszmar. Piękna, niedostępna i niebezpiecznie seksowna Catherine Gagnon ma za sobą bolesne wspomnienia. Dwadzieścia pięć lat wcześniej została porwana i uwięziona przez szaleńca, który uczynił z niej swoją seks niewolnicę. Czy znajdzie w sobie siłę i odwagę, by obronić własne dziecko? Mroczny, niepokojący thriller, który przyprawia o solidne dreszcze.
– Tak.
– Może powinieneś zapisać się do AA?
– Nie lubię rozmawiać z obcymi o swoich problemach.
– To może porozmawiasz z ojcem?
– Z nim też nie lubię rozmawiać o swoich problemach.
– To kto może ci pomóc, Bobby?
– Wychodzi na to, że tylko ty.
Pokiwała głową w zamyśleniu.
– Zanim posuniemy się dalej, muszę cię ostrzec – powiedziała po chwili. – Jestem od jakiegoś czasu zaangażowana w tę sprawę. Spotkałam się z sędzią Gagnonem.
– Co takiego?!
– Nie był moim pacjentem.
– Akurat! – Bobby zerwał się z krzesła. Spojrzał na nią roziskrzonymi oczami i zaczął chodzić po gabinecie. Własnym uszom nie wierzył. – Czy to nie konflikt interesów? Jak możesz robić coś takiego? Najpierw wysłuchujesz moich zwierzeń, a potem udzielasz porad człowiekowi, który podał mnie do sądu?
Doktor Lane uniosła dłoń.
– Sędzia zwrócił się do mnie, bo potrzebował fachowej porady. Po półgodzinnej rozmowie skierowałam go do znajomego psychologa, który, moim zdaniem, lepiej może mu pomóc.
– Dlaczego? Dlaczego tu przyszedł? Co chciał wiedzieć? – Bobby nachylił się nad biurkiem, zaciskając zęby. Był wkurzony jak diabli i nawet nie próbował tego ukryć.
Elizabeth patrzyła na niego spokojnie.
– Wczoraj wieczorem rozmawiałam z sędzią Gagnonem. Za jego pozwoleniem powiem ci o czym. Z góry uprzedzam, że to niewiele pomoże.
– Mów!
– Najpierw usiądź.
– Mów!
– Panie Dodge, proszę usiąść.
Zachowała kamienny wyraz twarzy. Z ociąganiem zabrał ręce z biurka. Usiadł, wziął puszkę coli i zaczął obracać ją w palcach. Serce tłukło mu się w piersi. Nie mógł złapać tchu. Wpadał w panikę. Cholera, nie chce dłużej czuć się, jakby świat uciekł mu spod nóg, a on sam miał już nigdy nie odzyskać kontroli nad własnym życiem.
– Sędzia Gagnon przyszedł tu skierowany przez mojego znajomego. Szukał informacji o pewnej przypadłości. Może pan o niej słyszał. Chodzi o zespół Münchhausena.
– Cholera – mruknął Bobby.
– Opowiedział mi o swojej synowej, Catherine. Chciał wiedzieć, czy człowiek z jej przeszłością pasowałby do profilu osoby podatnej na Münchhausena. Mówiąc krótko, pytał, czy moim zdaniem Catherine pozorowała choroby jego wnuka, czy też rozmyślnie je wywoływałaby zwrócić na siebie uwagę.
– I co mu powiedziałaś?
– Że to nie moja specjalność. Że z tego, co wiem, nie ma czegoś takiego jak profil osoby podatnej na Münchhausena. Że jeśli naprawdę sądzi, że jego wnukowi coś grozi, powinien zwrócić się do specjalistów i wziąć pod uwagę możliwość wystąpienia na drogę sądową przeciwko matce dziecka.
– I zamierza to zrobić?
– Nie wiem. Wziął ode mnie namiary na innego specjalistę i podziękował, że poświęciłam mu czas.
– Kiedy to było?
– Pół roku temu.
– Pół roku temu? Bał się o wnuka na tyle, by zwrócić się do specjalistów, i przez pół roku palcem nie kiwnął!
– Bobby, ja nie wiem, co działo się w tym domu. Co ważniejsze, nie wiesz tego ty.
– Nie – odparł z goryczą. – Ja tylko wydałem wyrok i zastrzeliłem człowieka. Cholera – zaklął znowu i spuścił głowę. – Co za bajzel.
Elizabeth nachyliła się ku niemu.
– Wczoraj poczyniłeś bardzo ważne spostrzeżenie – powiedziała życzliwie. – „Informacje to luksus, na który jednostki antyterrorystyczne nie mogą sobie pozwolić”. Tak mówiłeś, pamiętasz?
– Tak.
– I nadal tak sądzisz?
– Zginął człowiek. Czy to, że miałem za mało informacji, wystarczy, by to usprawiedliwić?
– To nie jest usprawiedliwienie, Bobby. To fakt.
– Tak. – Zgniótł puszkę. – O kant dupy to wszystko potłuc.
Zapadła cisza. Elizabeth przerzuciła papiery na biurku.
– Porozmawiamy o twojej rodzinie?
– Nie.
– To może o tamtym wieczorze?
– Za cholerę.
– No dobrze, to pogadajmy o twojej pracy. Dlaczego zostałeś policjantem?
Wzruszył ramionami.
– Mundur mi się podobał.
– Miałeś policjantów wśród krewnych? Albo znajomych?
– Nie.
– A więc jesteś pierwszy? Dałeś początek nowej rodzinnej tradycji?
– To cały ja. Buntownik bez powodu. – Wciąż był wściekły.
Elizabeth westchnęła i zabębniła paznokciami w biurko.
– Dlaczego zacząłeś nosić odznakę, Bobby? Tyle jest różnych miejsc pracy do wyboru, dlaczego wybrałeś akurat to?
– Nie wiem. W dzieciństwie chciałem być astronautą albo policjantem. A że nie jest łatwo zostać astronautą, zostałem policjantem.
– A twój ojciec?
– Co mój ojciec? Nie ma nic przeciwko temu.
– Gdzie pracował?
– „Był kierowcą ładowarki.
– A twoja mama?
– Nie wiem.
– Nie rozmawiasz o niej z ojcem?
– Nie. – Odstawił pustą puszkę i spojrzał znacząco na doktor Lane. – Miałaś nie pytać o rodzinę.
– Rzeczywiście. No dobrze, zostałeś policjantem, bo marzenia o lotach kosmicznych nie były realistyczne. Czemu wybrałeś jednostkę specjalną?
– Bo to wyzwanie – odpowiedział bez namysłu.
– Chciałeś zostać snajperem? Zawsze interesowałeś się bronią?
– Nigdy wcześniej nie strzelałem. Wreszcie udało mu się ją zaskoczyć.
– Przed wstąpieniem do jednostki STOP ani razu nie strzelałeś?
– Zgadza się. Mój ojciec zbiera pistolety, majstruje przy nich. Ale nie lubi strzelać, samo dłubanie mu wystarcza. Fascynuje go ich budowa. Piękno naprawdę dobrego gnata.
– Więc jak to się stało, że zostałeś snajperem?
– Byłem w tym dobry.
– Jak to?
Westchnął.
– Podczas kwalifikacji do jednostki specjalnej strzela się z różnych rodzajów broni. Wziąłem karabin i dobrze mi poszło. Trochę się podszkoliłem i uzyskałem bardzo dobry wynik. Dowódca zaproponował mi więc, żebym został snajperem.
– Jesteś urodzonym strzelcem.
– Na to wygląda. – Mówiąc to, poczuł się nieswojo. Zaczął się pospiesznie tłumaczyć: – Snajper nie jest tylko od strzelania. Oficjalna nazwa mojej funkcji to snajper obserwator.
– To znaczy?
Nachylił się i rozłożył dłonie.
– No dobra, raz w miesiącu ćwiczę na strzelnicy, żeby być w formie. Ale w czasie akcji w terenie prawdopodobieństwo, że będę musiał oddać strzał, jest jak jeden do tysiąca, może nawet do miliona. Ćwiczę, by być w gotowości. Jednak na co dzień moim zajęciem jest obserwacja. Snajperzy są zwiadowcami. Przez celowniki i lornetki widzimy to, czego nie widzi nikt inny. Sprawdzamy, ile osób jest na miejscu zdarzenia, jak są ubrane, co robią. Jesteśmy oczami oddziału.
– I przygotowujecie się do tego?
– Bez przerwy. Gry KIMŚ i tak dalej.
– KIMŚ?
– Tak. Nie pamiętam, skąd taka nazwa. Od tytułu powieści Rudyarda Kiplinga czy może skrót. Sprowadza się to do ćwiczenia zmysłu obserwacji. Wychodzisz w teren i masz minutę na to, by zobaczyć dziesięć rzeczy i potem dokładnie je opisać. – Wskazał puszkę po coli. – Widzę jedną zgniecioną puszkę, wygląda na nową, jest czerwonobiała, prawdopodobnie po coca-coli… – Przechylił ją na bok. – I prawdopodobnie pusta. Albo: widzę coś, co wygląda jak kawałek drutu, długości około pół metra, z zieloną izolacją. Na końcu jest rozcięty i widać brudny mosiężny rdzeń. Coś w tym stylu.
Popatrzyła na niego w zamyśleniu.
– A więc szkolą cię tak, żeby nic nie uszło twojej uwagi. Czy na co dzień nie dostajesz od tego kręćka? To chyba męczące, zwracać uwagę na wszystkie nieistotne szczegóły.
Skrzywił się i wzruszył ramionami.