Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Ludzie z Gwiazdy Ferriego
Ludzie z Gwiazdy Ferriego - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie z Gwiazdy Ferriego

Электронная книга - «Ludzie z Gwiazdy Ferriego». Краткое содержание книги:

Na odległą planetę dociera misja ratunkowa, przybywająca by wyjaśnić losy ekspedycji naukowej, która wylądowała na niej dziesięć miesięcy temu. Nieoczekiwanie załoga przybywającego statku staje się stroną w długotrwałym konflikcie między dwoma zamieszkującymi planetę rozumnymi rasami — jedną rozwijającą się w oceanie, a drugą na lądzie.
Wkrótce odkrywają straszliwą prawdę — członkowie ekspedycji naukowej zostali pojmani przez oceaniczną rasę, po czym kopiowani po to, by walczyć przeciw ich lądowym sąsiadom. Członkowie misji ratunkowej odbijają naukowców, ale stają przed problemem — czy uratowani mogą powrócić na Ziemię?
Obca rasa zmienia bowiem psychikę kopii tak, by uwypuklić naszą wrodzoną agresywność, skierować ją na swego odwiecznego wroga rozwijającego się na lądzie. Gilly, jeden z członków misji ratunkowej, cybernetyk i zarazem narrator powieści, jest przeciwny temu, by kopie naukowców mogły powrócić, uważa że są skażone przez obcych, potencjalnie groźne dla całej ludzkiej cywilizacji. Jak odróżnić prawdziwych ludzi od tworów obcej bioinżynierii? Gilly'emu udaje się to, ale za realizację swego pomysłu płaci ogromną cenę…
Kontakt z obcymi cywilizacjami jest tu przedstawiony niezbyt optymistycznie: ziemska cywilizacja natknęła się już na kilka obcych ras, ale nie może się z nimi nawiązać dialogu; podobnie jest na trzeciej planecie gwiazdy Feriego. Obca cywilizacja jest tu widziana bardziej jak siła przyrody, którą można zbadać i która może przysporzyć cierpień nieuważnym badaczom, ale nie można z nią znaleźć płaszczyzny porozumienia.
Ludzie z gwiazdy Feriego mają już swoje lata i trudno by ją nazwać sensacyjną czy też rozrywkową w wymowie. Choć akcja toczy się szybko i nie brak w niej gwałtownych zwrotów, to wydarzenia opisywane są powoli, z punktu widzenia jednego z członków załogi, z jego obszernym komentarzem, wewnętrznymi przeżyciami. Bywają w powieści mniej jasne fragmenty, ale jednak taki sposób prowadzenia narracji wydaje się być bardzo autentyczny.
Są w niej statki kosmiczne szybsze niż światło, hibernatory na ich pokładzie pozwalające przeżyć tak szybki loty załodze, miotacze antymaterii, projektory holowizyjne tworzące złudzenie wirtualnej rzeczywistości, umiejętność transplantacji mózgu, kalkulatory o możliwościach przewyższających współczesne nam komputery…
Jak na powieść o podboju kosmosu i kontakcie z obcą cywilizacją przystało, wiele jest w niej techniki. Nie jest ona jednak otrzymaną właśnie zabawką w rękach człowieka, lecz jego narzędziem pracy; pomaga, ale i rodzi problemy — przez to wydaje się bardzo zwyczajna i dobrze wkomponowana w świat powieści.
Czy warto ją wziąć dziś do ręki? Z pewnością tak, choćby dlatego by przekonać się, że polska fantastyka jest starsza niż nam się może wydawać i już dziesiątki lat temu miała sporo do powiedzenia… a nie wszystko to ustami Lema.
Jarosław Zieliński
1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 42
Перейти на страницу:

Szedłem już w stronę korytarza. U wyjścia zatrzymał mnie głos Sena.

— Chcesz lecieć na dół? Wiesz czym to pachnie?

— Tak — odparłem. — Ale nie martw się o mnie. Wrócę.

— Naprawdę znasz sposób?

— Naprawdę.

— W takim razie poczekaj. Uważam, że powinniśmy coś postanowić, zanim będziemy wiedzieć. Potem… może być trudniej. Nie chodzi mi tylko o nas — zastrzegł się.

Wróciłem powoli na środek kabiny. Miał rację. Nie pomyślałem o tym.

— No wiec? — spytałem. — Szkoda czasu. Ja powiedziałem swoje. Guskin?

Chwilę zwlekał z odpowiedzią. Wreszcie uniósł się w fotelu, przetarł dłonią czoło i zwiesił głowę.

— Zgadzam się z tobą — powiedział cicho. — Może niektóre przesłanki twojego rozumowania… ale to nieistotne. Tak, zgadzam się. Masz rację. Niech wrócą ci, którzy wrócą naprawdę.

Oczywiście, że miałem rację. Nie sądziłem tylko, że on zechce ją zaakceptować. Nie było mu łatwo. Ale komu tu w końcu łatwo.

— Co proponujecie? — rzucił Sennison. Zabrzmiało to, jakby ulegał woli większości. Nie mogłem się po nim spodziewać czegoś mniej wygodnego. Dla niego.

Guskin spojrzał na mnie. Od dobrej chwili rozmawialiśmy tylko we dwójkę. Tamci milczeli, jakby się zmówili.

— Czwarta planeta układu pozostanie w ekosferze dłużej nawet niż Ziemia. Proponuję założyć tam kolonię. Bez łączności… na razie.

— Nie jest zamieszkała? — spytał Mogue. Jego głos brzmiał chłodno. Takim tonem pyta się w sklepie o świeże bułki.

— Nie — odpowiedział szybko Guskin. — Aby sięgnąć po nowe środowiska, mieszkańcy Trzeciej musieli się najpierw uporać z własnymi. Zintegrować je. Oczywiście, prędzej czy później zasiedliliby cały układ. Czwarta ma doskonałą atmosferę — dodał tonem kupca, zachwalającego towar.

— Co do mnie, zgadzam się — powiedział jeden z Piotrów.

— Tak — rzucił Reuss. Drugi skinął głową.

Nikt nie protestował. Do dziś nie wiem i nie chcę wiedzieć w jakim stopniu podyktowała im tę uległość nadzieja.

W gruncie rzeczy każdy z nich wierzył, że przed nim właśnie otwiera się szansa powrotu. Prawdziwego.

Bez słowa opuściłem kabinę. Jakiś czas zabawiłem w ładowniach. Przygotowałem zestaw sond, potrzebny dla realizacji mojego planu i przeszedłem do śluzy.

Poszło łatwiej niż mogłem przypuszczać. Tak łatwo, że właściwie nie ma o czym mówić.

Zszedłem na półtora tysiąca metrów nad najwyższymi szczytami. Wysłałem pod chmury sondę. Przeleciałem nie więcej niż dwieście kilometrów, kiedy jej obiektywy przekazały na ekran obraz lądu wolnego od dymu. Wtedy spuściłem ze smyczy wszystkie aparaty zwiadowcze, jakie zabrałem z Idiomu. Było ich dziewięć. Nie miałem czasu na zabawę w podchody.

Ogień idący od oceanu wdzierał się w głąb lądu. Jak okiem sięgnąć góry stały w płomieniach. Gdzieniegdzie wypalone już płaty roślinności snuły żółtawe pasemka dymu. Temperatura stale rosła.

Pomyślałem, że mieszkańcy planety, całej planety, mieli zaległości w fizyce atomowej. A raczej chemii. Nie znali energii termojądrowej. W każdym razie nie umieli trzymać jej w ryzach. Niezależnie od tego, albo w samym oceanie, albo też materiale, z jakiego zamieszkujące go istoty budowały swoje liściaste konstrukcje, musiało znajdować się trochę niestabilnych atomów, neutralizowanych tylko strukturą środowiska. Porcyjka antyprotonów, jaką posłał im Sennison, zmieniła tę strukturę. Wtedy diabli wzięli całą równowagę molekularną. Nie sposób wytłumaczyć sobie inaczej rozmiarów kataklizmu.

Minęło zaledwie kilka minut. Sondy leciały nisko, bardzo nisko, prześlizgując się przez przełęcze i nurkując w doliny. Zaraz w pierwszym masywie górskim, za którąś z rzędu granią, dwie z nich wypatrzyły długi szereg kulistych tworów posuwających się korytem parującej rzeki.

Spodziewałem się tego. Nie mieli wyboru. Tylko w głębi lądu mogli szukać ocalenia przed postępującą od mórz pożogą. W każdym razie zyskać na czasie.

Wezwałem do tej doliny wszystkie sondy i poczekałem aż zrobią swoje. Kule zachowały spokój. Nie przerwały marszu. Jakby nie zauważyły unoszących się nad nimi aparatów.

Zaraz potem opuściłem atmosferę. Poszedłem ostro w górę i w połowie drugiego okrążenia dobiłem do włazu macierzystego statku.

Po opuszczeniu śluzy udałem się od razu do pomieszczenia hibernatorów i jakiś czas pracowałem przy stojącym tam kalkulatorze. Wpisałem w jego zespoły dane zebrane przez sondy. Z komory ładunkowej przytaskałem projektor holowizyjny i połączyłem jego przystawkę programową z kalkulatorem. Następnie zawołałem Sena i powiedziałem mu o co chodzi. Wysłuchał cierpliwie.

— Co chcesz z nimi zrobić? — spytał tylko.

Pomyślałem chwilę.

— Zostaną tutaj — rozejrzałem się po ścianach niskiego, kiszkowatego pomieszczenia. — Hibernatory nie będą nam na razie potrzebne. — A ludzie nie powinni się już z nimi stykać. Nie wiadomo jak się zachowają…

— Myślisz…? — Sen spojrzał na mnie badawczo.

— Nie myślę — odparłem. — Nie wiem.

Postał chwilę, wreszcie skinął głową, jakby chciał powiedzieć „zgoda” i ruszył w stronę drzwi.

— Powiem Gusowi — mruknął.

— Powiedz. I przyślij mi tu pierwszego. Ale przedtem przełącz diagnostykę na hibernatory. Muszę mieć pewność…

Minęły trzy minuty. W drzwiach ukazał się Reuss.

— Wejdź — powiedziałem.

Uśmiechnął się. Zmierzył mnie spojrzeniem, po czym nie rozglądając się podszedł do mnie i stanął plecami do kalkulatora.

— Siadaj — powiedziałem.

„Zaraz przestaniesz się uśmiechać” — przeszło mi przez myśl.

— Włóż opaskę — wskazałem mu przewieszone przez poręcz fotela zaciski przekaźników aparatury diagnostycznej.

Posłuchał bez słowa.

Sprawdziłem ustawienie torów w kalkulatorze i podszedłem do projektora. Stanąłem tak, żeby mieć przed oczami tablicę z ekranem i okienkami wskaźników.

— Patrz przed siebie — rzuciłem. — I nie ruszaj się. Przynajmniej staraj się nie ruszać.

Skinął głową. Ten ruch pociągnął za sobą lekkie zafalowanie danych liniowych na ekranie. Kable, łączące człowieka z aparaturą przesunęły się na oparcie fotela.

Wdusiłem klawisz.

W ułamku sekundy ściany pomieszczenia przestały istnieć. Przed nami otworzyła się górska dolina przecięta rzeką. Wzdłuż brzegu toczyły się białawe, lekko przypłaszczone kule.

Nie spuszczałem wzroku z tablicy. Nic.

Obraz przybliżył się. Wielka, żywa piguła, albo tak jak żywa, urosła, wydawało się, że wystarczy wyciągnąć rękę aby dotknąć jej elastycznej powłoki.

Linie zafalowały. Nie. Po prostu poruszył głową. Strzałka w okienku jednego z czujników popełzła kilka milimetrów w górę. Jakby pomyślał, na przykład, o trudnym problemie matematycznym.

Odczekałem chwilę, po czym raz jeszcze sprawdziłem tory w kalkulatorze. Tak, żeby coś robić. Wiedziałem, że aparatura jest w porządku.

Czyżbym się poszkapił? Mój pomysł, cała ta wyprawa? Wszystko na nic? Może popełniłem jakiś błąd w rozumowaniu?

Nie było błędu.

— To są „lądowcy”, prawda? — odezwał się Reuss.

Stawał się rozmowny.

— Nie — warknąłem. — Pigułki nasenne. Dla wrażliwych.

Skwitował to uśmiechem.

Raz jeszcze rzuciłem okiem na aparaturę i wyłączyłem projektor. Znaleźliśmy się ponownie w niskim pomieszczeniu hibernatorów, bezpośrednio za nawigatornią. Odszedłem kilka kroków i przyjrzałem się siedzącemu w fotelu człowiekowi. Coś mnie tknęło.

1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 42
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)