Wielki czas [The Big Time - pl]
- Автор: Лейбер Фриц Ройтер
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-89951-87-8
- Переводчик: Dariusz Kopocinski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielki czas [The Big Time - pl]». Краткое содержание книги:
Zamilkł, zdyszany. Myślałam, że ktoś go zaraz strzeli w pysk, czego chyba sam się spodziewał. Odwróciłam się do Brucea, który wydawał się — sama nie wiem — skruszony, przybity, zaniepokojony, zły, poruszony, zainspirowany, wszystko na raz, aż chciałoby się, żeby ludzie czasami miewali zwykłe, czytelne emocje — niczym bohaterowie opowiastek z czasopism.
Wówczas Erich popełnił błąd, jeśli nazwać to błędem: odwrócił się do Brucea i ruszył ku niemu chwiejnym krokiem, młócąc powietrze rękami, jakby chciał mu paść w objęcia.
— Nie daj się omotać, Bruce! — ostrzegł. — Nie daj sobą pomiatać. Nie rób się potulny w słowach i w czynach. Jesteś żołnierzem. Kiedy mówiłeś o orędziu pokoju, wspomniałeś o garbowaniu skóry. Niezależnie od tego, co myślisz i czujesz, niezależnie od tego, ile kłamiesz i co ukrywasz, w gruncie rzeczy nie jesteś po ich stronie.
Miarka się przebrała.
Cios nie padł od razu i chyba nie towarzyszył temu taki wybuch, jakiego bym sobie życzyła, tym niemniej Bruce nie pokpił sprawy nieudanym markowaniem lub łagodzeniem impetu. Postąpił krok do przodu, wykręcił się w tułowiu i wymierzył pięścią piękny, czysty sierpowy. Wypowiedział tylko jedno słowo: — Loki[89]! — i niech mnie kaci, jeśli nie przeniosłam się wspomnieniami na wydmy w Indianie, gdzie mama opowiadała przy ognisku historie z Eddy starszej[90] o złośliwym, hardym, niszczycielskim nordyckim bogu i o tym, jak inni bogowie przybyli do jego nadrzecznej kryjówki, gdy ten kończył wiązać tajemniczą sieć — na tyle wielką, że — jak sobie wyobrażałam — byłby nią zagarnął cały świat, gdyby spóźniono się bodaj o minutę.
Erich leżał na ziemi z uniesioną głową. Rozcierając szczękę, mierzył Bruce’a nienawistnym spojrzeniem. Marek, stojący koło mnie, poruszył się i myślałam, że zechce interweniować, może nawet złoić Bruce a, żeby staroświeckim zwyczajem pomścić kolegę.
Pokręcił jednak głową i powiedział:
— Omnia vincit amor[91].
Trąciłam go łokciem.
— Że co?
— Miłość każdemu dopiecze.
Nie spodziewałam się usłyszeć czegoś takiego od Rzymianina, lecz po części miał rację. Lili odniosła zwycięstwo: zaślubiny przypieczętowane nokautem nienawidzącego kobiet przyjemniaczka, który próbowałby wyciągać jej oblubieńca na nocne wyprawy. Myślę, że w tym momencie Bruce bardziej pragnął żyć z Lili, niż reformować Świat Zmian. Bo nam, kobietom, też przypadają zwycięstwa… póki nie zjawi się zbrojny legion, póki Mały Kapral[92] nie ustawi artylerii w szyku, póki na drodze nie zadudnią wozy opancerzone.
Erich podniósł się niezdarnie i stanął przygarbiony. Ciągle pocierał szczękę i łypał złowrogo na Brucea, lecz nie zamierzał się wdawać w dalszą bijatykę.
Przypatrując mu się, pomyślałam: Jeśli skołuje pistolet, zastrzeli się, to pewne.
Bruce zaczął coś mówić, ale zawahał się — tak samo jak ja bym się zawahała, gdybym była w jego skórze. Naraz Doktorek, pod wpływem jednego ze swoich nieprzewidywalnych odruchów, ruszył chwiejnie w stronę Ericha; prezentując rzeźbę w wyciągniętych ramionach, wydawał odgłosy głuchoniemego. Erich spojrzał na niego, jakby chciał go udusić, po czym wyrwał mu rzeźbę, uniósł ją wysoko i trzasnął nią o ziemię. Cudownym trafem nie potłukła się, tylko poturlała wprost pod moje nogi.
To, że się nie rozbiła, musiało przeważyć szalę. Oczy Ericha tak nabiegły czerwienią, iż mogło się wydawać, że zaraz krew go zaleje. Obrócił się, wpadł do sekcji magazynowej, przekłusował kilka kroków i dopadł skrzyni z bombą.
Chociaż nawet nie drgnęłam, mój świat zaczął biec w spowolnieniu. Prawie każdy rzucił się za Erichem. Wszelako nie Bruce, a i Siddy, mimo że zrazu się poderwał, odwrócił się w drugą stronę. Illy przykucnął, szykując się do skoku. W prześwicie między włochatym zadem SiedemCe i białymi portkami Beauego dostrzegłam — jakbym patrzyła przez mikroskop — krąg trupich czaszek, które Erich wciska w kolejności opisanej przez Kaby: jeden, trzy, pięć, sześć, dwa, cztery, siedem. Zmówiłam siedem pacierzy z intencją, żeby się pomylił.
W końcu się wyprostował. Illy wylądował przy skrzyni niczym olbrzymi, srebrzysty pająk, daremnie chłoszcząc ramionami wieko skrzyni. Pozostali zatrzymali się wokół jak wryci.
Erich ciężko oddychał, lecz odezwał się głosem chłodnym i opanowanym:
— Wspomniałaś, panno Foster, że mamy przyszłość, co? Otóż można już wyrazić się precyzyjniej. Jeżeli nie połączymy się z kosmosem, żeby wywalić bombę, lub nie znajdziemy speca od broni atomowej, lub nie uzyskamy ze sztabu wskazówek, jak ją rozbroić, nasza przyszłość potrwa dokładnie pół godziny.
13