Piknik na skraju drogi
- Автор: Стругацкий Аркадий Натанович, Стругацкий Борис Натанович
- Год: 1974
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Irena Lewandowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Piknik na skraju drogi». Краткое содержание книги:
Jeden z badaczy podczas rozmowy w barze stawia hipotezę, że Ziemia była miejscem chwilowego pobytu obcych, a owe tajemnicze przedmioty i anomalie to zwykłe odpadki, których ludzkość nie jest w stanie zrozumieć — tak jak owady nie są w stanie zrozumieć pozostałości po pikniku człowieka.
Głównym bohaterem jest Red Shoehart, stalker. Fabuła toczy się wokół jego życia w Strefie, opowiada o jego pracy Stalkera i jej konsekwencjach, m.in. o jego córce Mariszce. Red wyrusza na poszukiwania Złotej Kuli mającej przynieść mu szczęście. Książka nie ma jednoznacznego zakończenia, czytelnik może zinterpretować ją jak chce.
Miał wyjątkowe szczęście. Ulicą Siódmą maszerowała wrzeszcząc i unosząc tumany kurzu, kolejna demonstracja jakiejś ligi — ze dwustu ludzi tak samo, a może nawet i bardziej obszarpanych i brudnych jak on sam, zupełnie tak, jakby wszyscy ci demonstranci dopiero co przedzierali się przez dziury w plotach włazili w pojemniki na śmiecie i jeszcze na dodatek spędził uprzednio burzliwą noc w składzie węgla. Wyskoczył z bramy, wmieszał się w ciżbę i na ukos, depcząc ludziom po nogach, opędzając się od kuksańców przebił się na drugą stronę ulicy i znowu dał nura w bramę — dokładnie w momencie, kiedy rozległo się znajome wstrętne wycie policyjnych syren i demonstracja stanęła ściśnięta w harmonijkę. Ale teraz Red był Już w innej dzielnicy i kapitan Quarterblood nie mógł wiedzieć w jakiej.
Wszedł do swojego garażu od strony magazynu towarów radiotechnicznych i musiał trochę odczekać — robotnicy ładowali na samochód wielkie kartony z telewizorami. Ukrył się w suchotniczych krzakach bzu pod ślepą ścianą sąsiedniego domu, odsapnął troszeczkę i wypalił papierosa. Palił siedząc w kucki i opierając się plecami o mur przeciwpożarowy. Od czasu do czasu przykladał dłoń do policzka, starając się uspokoić nerwowy tik, i myślał, myślał, myślał, a kiedy samochód z robotnikami trąbiąc wyjechał za bramę. Red roześmiał się i cicho rzucił mu w ślad:
„Dziękuję wam, chłopaki, powstrzymaliście durnia… miałem czas pomyśleć”. Od tej chwili zaczął działać szybko, ale bez zbędnego pośpiechu, zręcznie, według planu, jakby pracował w Strefie.
Dostał się do garażu przez tajny właz, bezszelestnie zdjął stare siedzenie, wsadził rękę do kosza, wyciągnął z worka pakunek i ukrył w zanadrzu, następnie zdjąl z gwoździa starą zniszczoną skórzaną kurtkę, znalazł w kącie brudną cyklistówkę i obiema rękami nacisnął ją głęboko na oczy. Przez szpary w drzwiach do mrocznego garażu wpadały wąskie pasma słonecznego światła pełne świetlistych pyłków, na podwórku wesoło i zadziornie piszczały dzieci i kiedy już zbierał się do wyjścia, usłyszał głos córeczki. Wtedy przywarł okiem do największej szpary i przez chwilę patrzył, jak Mariszka powiewając dwoma balonikami biega dookoła nowej huśtawki, a trzy staruchy z robótkami na kolanach siedzą obok na ławeczce i obserwują małą, nieżyczliwie zaciskając wargi. Wymieniają swoje parszywe uwagi, stare purchawy. A dzieci mają to w nosie — bawią się z nią jak gdyby nigdy nic, nie na darmo podlizywał się im jak umiał — i zjeżdżalnię im zrobił drewnianą, i dom dla lalek, i huśtawkę… i tę ławkę, na której siedzą teraz stare ropuchy też sam zmajstrował. „No dobra” — powiedział samymi wargami i oderwał się od szpary, jeszcze jeden, ostatni raz obejrzał garaż i ruszył do włazu.
Na południowo — zachodnim przedmieściu, obok opuszczonej stacji benzynowej, na samym końcu ulicy Górniczej stała budka telefoniczna. Jeden Pan Bóg wie, kto z niej teraz korzystał — dookoła wszystkie domy były opuszczone a dalej na południe rozpościerało się aż po horyzont miejskie wysypisko śmieci. Red usiadł w cieniu budki, wprost na gołej ziemi, wsadził rękę w szparę pod budką. Wymacał zakurzony natłuszczony papier i rękojeść pistoletu zawiniętego w ten papier. Ocynkowane pudelko z nabojami również było na miejscu, podobnie jak woreczek z „bransoletkami” i stary portfel z podrobionymi dokumentami — skrytka była w porządku. Wtedy Red zdjął kurtkę i cyklinówkę i wsunął rękę w zanadrze. Z minutę siedział ważąc na dłoni porcelanowy pojemnik z nieuchronną, nieubłaganą śmiercią wewnątrz. I wtedy poczuł jak mu znowu zaczął drgać policzek.
— Shoehart — powiedział nie słysząc własnego głosu. — Co ty robisz, łajdaku? Ty kanalio, przecież oni tym paskudztwem nas wszystkich załatwią… — przycisnął palcem drgający policzek, ale nie pomogło. — Gnidy — powiedział o robotnikach ładujących telewizory. — Musieliście mi wejść w drogę… wyrzuciłbym to dranstwo z powrotem do Strefy i spokój…
W głuchej rozpaczy rozejrzał się dookoła, nad popękanym asfaltem drżało gorące powietrze, posępnie patrzyły zabite deskami okna, po wysypisku spacerowały obłoczki kurzu. Był sam.
— Dobra — powiedział stanowczo. — Każdy za siebie i tylko jeden Pan Bóg za wszystkich. Ja tego i tak nie dożyję…
Spiesznie, żeby się znowu nie rozmyślić zawinął pojemnik w cyklistówkę, a cyklistówkę opakował w kurtkę. Potem ukląkł oparł się o budkę i z lekka ją odchylił. Grube zawiniątko legło w dolku i jeszcze zostało sporo wolnego miejsca. Red ostrożnie opuścił budkę pokołysał ją, żeby nabrała stabilności, i wstał otrzepując dłonie.
— Koniec — powiedział. — I nie ma o czym gadać. Wszedł w rozpalony zaduch budki, wrzucił monetę i wykręcił numer.
— Guta — powiedział. — Tylko się nie denerwuj. Znowu wpadłem. — Usłyszał, jak z trudem wciągnęła powietrze, i pośpiesznie mówił dalej. — W ogóle mówić nie warto, potrzymają mnie sześć, góra osiem miesięcy i widzenia będą ci dawali… Jakoś to przeżyjemy. A bez pieniędzy nie będziesz siedziała, pieniądze ci przyślą… — Guta ciągle milczała. — Jutro dostaniesz wezwanie do komendantury, tam się zobaczymy. Przyprowadź Mariszkę.
— Rewizji nie będzie? — zapytała głucho.
— A choćby i była. W domu jest czysto. Nic się nie martw, uszy do góry… trzymaj się. Wzięłaś sobie na męża stalkera, teraz nie narzekaj. No, do jutra… Pamiętaj, że nie dzwoniłem do ciebie. Całuję w nosek.
Gwałtownie odwiesił słuchawkę, z całej siły zmrużył oczy i zacisnął zęby, aż mu zadzwoniło w uszach. Potem znowu wrzucił monetę i nakręcił inny numer.
— Słucham — powiedział Chrypa.
— Mówi Shoehart — powiedział Red. — Proszę słuchać uważnie i nie przerywać…
— Shoehart? — bardzo naturalnie zdziwił się Chrypa. — Jaki Shoehart?
— Nie przerywać, teraz ja mówię! Wpadłem, uciekłem i teraz idę oddać się w ich łapy. Dostanę dwa i pół roku albo trzy. Żona zostaje bez pieniędzy. Zabezpieczycie ją. Żeby jej niczego nie brakowało, zrozumiano? Zrozumiano, pytam?
— Proszę mówić dalej — powiedział Chrypa.
— Niedaleko od tego miejsca, gdzieśmy się pierwszy raz spotkali, stoi budka telefoniczna. Jest tylko jedna, nie można się pomylić. Porcelana leży pod nią. Chcecie, to bierzcie, chcecie — nie bierzcie, ale żeby mojej żonie niczego nie brakowało. Jeszcze nieraz przyjdzie nam razem pracować. A jeżeli wrócę i dowiem się, że gracie ze mną nieczysto… Nie radzę wam grać ze mną nieczysto. Jasne?
— Wszystko zrozumiałem — powiedział Chrypa. — I po niewielkiej pauzie zapytał: Może będzie potrzebny adwokat?
— Nie — odpowiedział Red. — Wszystkie pieniądze do ostatniego grosza — żonie. Czołem.
Odwiesił słuchawkę, rozejrzał się, głęboko wsadził ręce w kieszenie i niespiesznie poszedł w górę ulicy Górniczej między pustymi niszczejącymi domami.
3. RICHARD H. NUNNUN, lat 51,
przedstawiciel firm elektronicznych dostarczających aparaturę dla MIPC, filia w Harmont