Ksi?ga wszystkich dokona? Sherlocka Holmesa
- Автор: Конан Дойл Артур
- Год: 2004
- Язык: польский
- Жанр: Классические детективы
Электронная книга - «Ksi?ga wszystkich dokona? Sherlocka Holmesa». Краткое содержание книги:
- Ja też nie - odparł ponury oberżysta.
- To dla mnie bardzo ważne. Dałbym suwerena za możliwość skorzystania z roweru.
- Gdzie pan chce jechać?
- Do Holdernesse Hall.
- To przyjaźnią się panowie z naszym księciem? - spytał mężczyzna, ironicznie przyglądając się poplamionym błotem ubraniom.
Holmes zaśmiał się dobrodusznie.
- Na pewno ucieszy się na nasz widok.
- Czemu?
- Przynosimy mu wieści o jego zaginionym synu.
Oberżysta bardzo wyraźnie się wzdrygnął.
- Jak to, wpadliście na jego trop?
- Widziano go w Liverpoolu. Spodziewają się go znaleźć lada chwila.
W nalanej nieogolonej twarzy zaszła kolejna szybka zmiana. Mężczyzna nagle stał się ujmująco grzeczny.
- Mam mniej powodów niż większość, by dobrze życzyć księciu - powiedział - bo byłem kiedyś jego głównym stangretem, a on mnie bardzo źle potraktował. Wyrzucił z pracy, choć nie miał żadnych dowodów prócz słów kłamliwego handlarza kukurydzą. Ale cieszę się, że młodego lorda znaleźli w Liverpoolu, i pomogę panu dotrzeć do Holdernesse Hall, żeby mógł pan przekazać dobre wieści.
- Dziękuję - odpowiedział Holmes. - Najpierw coś zjemy, potem może pan przyprowadzić rower.
- Nie mam roweru.
Holmes wyciągnął suwerena.
- Mówię ci, człowieku, że nie mam. Dam panom dwa konie, żebyście mogli dojechać do dworu.
- Dobrze, dobrze - odparł mój przyjaciel. - Porozmawiamy o tym po posiłku.
Kiedy zostaliśmy sami w wyłożonej kamiennymi płytami kuchni, skręcona kostka zagoiła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zaczynało zmierzchać, a my niczego nie jedliśmy od wczesnego ranka, spędziliśmy więc trochę czasu, posilając się. Holmes był zatopiony w myślach, a raz czy dwa podszedł do okna i wyjrzał przez nie, patrząc dookoła badawczym wzrokiem. Okno wychodziło na zapuszczone podwórze. Na jego końcu w jednym rogu znajdowała się kuźnia, w której pracował brudny chłopak, w drugim były położone stajnie. Po jednej z wycieczek do okna Holmes usiadł, a po chwili zerwał się z krzesła z głośnym okrzykiem.
- Wielkie nieba, Watsonie, myślę, że mamy rozwiązanie! - krzyknął. - Tak, tak właśnie musiało być. Watsonie, czy pamiętasz, że widzieliśmy dziś ślady krowich kopyt?
- Tak, kilka razy.
- Gdzie?
- No wszędzie. Były na mokradłach, na ścieżce i niedaleko miejsca, gdzie zginął biedny Heidegger.
- Zgadza się. A teraz, Watsonie, powiedz, ile krów widziałeś na wrzosowisku?
- Nie przypominam sobie ani jednej.
- To dziwne, że przez cały czas natykaliśmy się na ślady, ale nie widzieliśmy na wrzosowisku ani jednej krowy. Nie sądzisz, że to bardzo osobliwe?
- Owszem.
- A teraz, Watsonie, wysil pamięć. Czy wiesz, jak wyglądały te ślady?
- Tak.
- A czy pamiętasz, że czasami układały się one tak - ułożył okruchy chleba w następujący sposób : : : : : - czasami tak - : . : . : . : . - a niekiedy tak? - . : . : . : .
- Nie.
- Ale ja owszem. Mógłbym to przysiąc. Wrócimy tam w wolnej chwili, by to sprawdzić. Byłem ślepy jak kret, skoro nie wyciągnąłem wniosków wcześniej.
- Jakie to wnioski?
- Takie, że krowa, która chodzi stępa, kłusuje i galopuje musi być doprawdy niezwykła.
Do licha! Watsonie, do takiego zatarcia śladów nie wystarczy umysł wiejskiego oberżysty. Nikt nie powinien nam tu przeszkadzać, chyba że tamten chłopak wyjdzie z kuźni. Wymknijmy się i zobaczmy, co uda nam się znaleźć.
W walącej się szopie stały dwa zaniedbane szorstkowłose konie. Holmes podniósł tylne kopyto jednego ze zwierząt i zaśmiał się w głos.
- Ma stare podkowy, ale niedawno przybite, widać to po nowych gwoździach. Ta sprawa wejdzie do kanonu. Chodźmy do kuźni.
Chłopak pracował cały czas, nie zwracając na nas uwagi. Zauważyłem, że wzrok Holmesa błądzi tam i z powrotem pośród rozrzuconych po podłodze kawałków drewna i żelaza. Nagle usłyszeliśmy za sobą kroki, i w kuźni pojawił się gospodarz, marszcząc szerokie brwi nad pałającymi gniewem oczami, z grymasem wściekłości na smagłej twarzy. Trzymał w ręku krótki, okuty żelazem kij i zbliżał się do nas z miną tak groźną, że ucieszyłem się na myśl, iż mam w kieszeni rewolwer.
- Wy piekielni szpiedzy! - wykrzyknął mężczyzna. - Co tu robicie?
- Ależ panie Hayes - spokojnie odpowiedział Holmes - można by pomyśleć, że boi się pan, żebyśmy czegoś nie znaleźli.
Mężczyzna opanował się z wielkim wysiłkiem i ułożył ponure usta w fałszywy uśmiech, wyglądający bardziej złowrogo niż poprzedni grymas.
- Możecie sobie zabrać wszystko, co znajdziecie w mojej kuźni - powiedział. - Ale słuchaj pan, nie lubię, jak ludzie wałęsają mi się po domu bez pozwolenia, więc im szybciej pan zapłacisz rachunek i ruszysz dalej, tym lepiej.
- Dobrze, panie Hayes, nie miałem złych zamiarów. - Rzuciliśmy okiem na pańskie konie, ale myślę, że jednak się przejdę. Zdaje się, że to nie jest daleko.
- Nie więcej niż dwie mile do bramy dworu. Prowadzi do niego ta droga po lewej -stwierdził oberżysta i przyglądał nam się ponuro, dopóki nie opuściliśmy terenu gospody.
Nie zaszliśmy zbyt daleko, Holmes zatrzymał się bowiem zaraz po tym, jak zniknęliśmy gospodarzowi z oczu za zakrętem drogi.
- W oberży, jak mówią dzieci podczas zabawy, było ciepło - stwierdził - a z każdym krokiem, z którym się od niej oddalamy, staje się coraz zimniej. Nie mogę stąd odejść.
- Jestem pewien - stwierdziłem - że ten cały Reuben Hayes wie wszystko o sprawie. Nigdy nie widziałem człowieka, którego podłość bardziej rzucałaby się w oczy.
- A więc takie zrobił na tobie wrażenie? Są konie, jest i stajnia. Tak, „Pod walczącym kogutem” to wielce interesujące miejsce. Myślę, że warto mu się dyskretnie przyjrzeć.
Za nami rozciągało się długie wzgórze usiane szarymi wapiennymi głazami. Zeszliśmy z drogi i właśnie wdrapywaliśmy się na nie, kiedy, spoglądając w stronę Holdernesse Hall, zauważyłem szybko zbliżającego się rowerzystę.
- Na ziemię, Watsonie! - wykrzyknął Holmes, kładąc mi rękę na ramieniu. Ledwie zdążyliśmy się ukryć, gdy mężczyzna szybko przejechał drogą obok nas. Pośród chmury pyłu, którą wzbił, zauważyłem bladą wyrazistą twarz, w której wszystkich rysach malowało się przerażenie. Rowerzysta miał otwarte usta i błędny wzrok. Wyglądał jak osobliwa karykatura eleganckiego Jamesa Wildera, którego spotkaliśmy poprzedniego dnia.
- To sekretarz księcia! - wykrzyknął Holmes. - Chodź, Watsonie, zobaczymy, co zrobi.
Skacząc z kamienia na kamień, w kilka chwil dostaliśmy się do miejsca, z którego
roztaczał się widok na frontowe drzwi oberży. Rower Wildera stał oparty o ścianę. W domu nie było widać żadnego ruchu, nie zauważyliśmy także sylwetek za oknami. Słońce schowało się za wysokimi wieżami Holdernesse Hall, i powoli zapadł zmierzch. Później zobaczyliśmy w półmroku, jak na podwórzu przed stajnią zapalają się boczne lampy dwukółki, a chwilę później usłyszeliśmy tętent kopyt, kiedy pojazd wyjechał na drogę i z szaloną prędkością ruszył w stronę Chesterfield.
- Co o tym sądzisz, Watsonie? - wyszeptał Holmes.
- Wygląda mi to na ucieczkę.
- Z tego, co widziałem, wózkiem jechał jeden mężczyzna. Z pewnością nie był to pan James Wilder, on bowiem jest za drzwiami.
Z ciemności wyłonił się czerwony kwadrat światła. Pośrodku niego dostrzegliśmy ciemną sylwetkę sekretarza, który, wychylając głowę, wpatrywał się w mrok. Było oczywiste, że kogoś wygląda. W końcu na drodze rozległy się kroki, a na tle światła przez chwilę zamajaczyła druga sylwetka. Potem drzwi się zamknęły, i znów zapadła ciemność. Pięć minut później zapalono lampę w pokoju na pierwszym piętrze.