Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]
- Автор: Чалкер Джек Лоуренс
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-30-X
- Переводчик: Konrad Majchrzak
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]». Краткое содержание книги:
Tarin Bul wylądował na Meduzie.
Na tej mroźnej planecie szybko dołączył do miejscowych konspiratorów, którzy zamierzali obalić znienawidzonego Lorda Talanta Ypsira; cel buntowników doskonale mu odpowiadał. Jednak połączenie, jakie stanowili obcy i tajna moc Ypsira, okazała się ponad jego siły.
Do akcji wkroczył Agent Bez Imienia, nadzorujący wszystkich czterech wysłaninników. Był zmuszony wykazać się swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami, gdyż wszystko sprzysięgło się przeciw niemu.
W czwartej ostatniej księdze ekscytującej tetralogii Jack Chalker doprowadza do dramatycznego zakończenia epicką konfrontację pomiędzy potężną Konfederacją a małymi — ale równie potężnymi — światami Rombu Wardena.
Jeśli zaś chodzi o mnie, to przechodziłem podobną transformację. Również się przekształcałem, stając się mężczyzną coraz szczuplejszym i bardziej muskularnym, pokrywając się męskim owłosieniem tu i ówdzie i doświadczając istotnych sensacji seksualnych. Były to zmiany pozytywne z punktu widzenia moich ogólnych planów, dla których lepiej było, że przestawałem wyglądać jak czternastolatek. Przydatne to również było dlatego, że odgrywanie roli szczeniaka z zahamowaniami seksualnymi doprowadzało mnie już z lekka do szaleństwa. Mimo to byłem nieco nerwowy. Potrafiłem zagrać praktycznie wszystko, jednak rola nie uświadomionego czternastolatka mogła okazać się ponad moje siły. Na szczęście to Ching poruszyła ten temat i rozproszyła mój niepokój w tym względzie.
— Tarin?
— Hm?
— Czy czujesz coś… kiedy na mnie patrzysz?
Zastanawiałem się przez chwilę.
— Jesteś ładną dziewczyną i dobrym przyjacielem.
— No nie, chodzi mi… o coś więcej niż to. Ja coś takiego odczuwam, kiedy patrzę na ciebie. Takie dziwne uczucie, jeśli wiesz, co mam na myśli.
— Być może — odpowiedziałem ostrożnie.
— Tarin? Czy… kochałeś się kiedyś z dziewczyną?
— Miałem dwanaście lat, kiedy mnie aresztowano. — Udałem zaskoczenie. — Kiedy miałem niby mieć taką możliwość? — Zawahałem się. — A ty?
Robiła wrażenie zaszokowanej moim pytaniem.
— Och, nie! Za kogo ty mnie bierzesz? Za Rozrywkową Dziewczynę?
Roześmiałem się, podszedłem do niej i poklepałem ją uspokajająco po ramieniu.
— Uspokój się. Oboje jesteśmy nowicjuszami w tych sprawach. — Albo świetnymi kłamcami, pomyślałem sobie. Chociaż ona sama robiła wrażenie szczerej, co bardzo upraszczało całą sprawę. W społeczeństwie, w którym seks jest dostępny dla wszystkich, obserwowanie na monitorze dwojga ludzi kochających się musi być jedną z najnudniejszych rzeczy pod słońcem. Nawet jeżeli funkcjonariusze SM czerpali jakąś przyjemność z takich obserwacji, to biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców, zapewne nie stanowiliśmy w tym względzie szczególnie ciekawego obiektu zainteresowania. Tak więc wreszcie, powoli i po kilku próbach, doszło między nami do zbliżenia, co stanowiło dla mnie pewną ulgę. Ching okazała się rzeczywiście nieudolna i niedoświadczona i wszystko to było dla niej nowością, ale w rezultacie była tak szczęśliwa i promieniejąca jak nikt, z kim miałem do czynienia przedtem. W następnych dniach zaszły w niej niewiarygodne zmiany psychologiczne. Czuła się szczęśliwsza, pewniejsza siebie i skłonna była do ciągłego, jawnego okazywania mi swych uczuć, nawet podczas pracy. Było to chwilami wielce żenujące; nie byłem przyzwyczajony do takiej ostentacji i, szczerze mówiąc, do takiego przywiązania i bliższych związków z kimkolwiek. Zawsze byłem samotnikiem, dumnym zresztą z tego. Takim należało być w moim zawodzie.
Seks jednak uprawialiśmy dość często, a to jedynie wzmacniało nasz związek.
Odkryłem w tym czasie sponsorowany przez Gildię elektroniczny klub hobbistyczny i zostałem jego aktywnym członkiem. Przyszło mi bowiem do głowy, że będzie to najlepszy sposób, by poznać filozofię inżynierską tkwiącą u podstaw społeczeństwa meduzyjskiego, a także by zyskać dostęp do narzędzi, za pomocą których można by w przyszłości odeprzeć ewentualne technologiczne zagrożenie, kiedy nadejdzie właściwy moment.
Problem tego właściwego momentu bardzo mnie martwił. Minęły bowiem trzy miesiące, a ja nie byłem gotów, by cokolwiek zacząć. Ciągle znajdowałem się poza establishmentem, poza wszelkimi strukturami władzy, ciągle nie posiadałem niezbędnych instrumentów i odpowiedniego stanowiska, a związany byłem coraz bardziej z całkiem sympatyczną pracą na najniższych szczeblach hierarchii i kategorii Gildii. Miałem wystarczająco wiele informacji i wystarczający dostęp do narzędzi i technologii, by wykonywać dobrze swoje obowiązki i nie mogłem spodziewać się więcej bez jakichś autentycznie dramatycznych i radykalnych zmian. Zmian, których po prostu nie potrafiłem zainicjować.
Co ciekawe, to właśnie SM dostarczyła mi tego „kopa”, który tak był mi potrzebny. Wracaliśmy pewnego dnia z pracy, trzymając się za ręce i rozmawiając o niczym, i kiedy przechodziliśmy przez ulicę, udając się z przystanku autobusowego w kierunku naszego domu, zobaczyliśmy niewielki pojazd zatrzymujący się po drugiej stronie ulicy i dostrzegliśmy jego kierowcę — kobietę, która się nam przyglądała. Pojazdy prywatne były rzadkością i dlatego wzbudzały zainteresowanie i obawę, a wojskowej zieleni munduru tej kobiety i arogancji w jej wyrazie twarzy nie można było pomylić z niczym innym.
Udawaliśmy, że jej w ogóle nie widzimy, a mimo to agentka SM wysiadła z samochodu i energicznym krokiem ruszyła w naszym kierunku. Kiedy stało się oczywiste, że jesteśmy obiektem jej zainteresowania, zatrzymaliśmy się. Ching ścisnęła mocniej mą dłoń. Myślałem, że ją zmiażdży.
— Tarin Bul? — spytała agentka, choć już w momencie wyjazdu z komendy dobrze wiedziała, kim jestem.
— Tak? — Skinąłem głową.
— To czysto rutynowa kontrola. Ching Lu Kor, udasz się teraz do domu i zajmiesz swoimi sprawami. On wróci za kilka godzin.
— Czy nie powinnam z nim pojechać? — zaprotestowała Ching. — Przecież jesteśmy parą…
Dzielna dziewczyna, pomyślałem sobie; głośno zaś powiedziałem:
— Nie. Wszystko jest w porządku. To zwykła, rutynowa sprawa, Ching. Idź do domu. Opowiem ci wszystko, kiedy wrócę.
Po chwili wahania puściła moją dłoń i wydawała się prosić o coś agentkę oczami… Ale spotkała się z obojętnym i zimnym spojrzeniem oczu tamtej. Funkcjonariuszka odwróciła się i ruszyła do swego samochodu, ja zaś pocałowawszy i uścisnąwszy zaniepokojoną Ching, poszedłem za tamtą kobietą. Ching stała jednak ciągle, przestraszona i zdenerwowana, podczas gdy my wsiadaliśmy do samochodu i opuszczaliśmy teren naszej Gildii.
Po raz pierwszy od przybycia na Meduzę siedziałem w takim pojeździe, dlatego też z ciekawością obserwowałem sposób, w jaki agentka prowadzi auto. Pojazd robił wrażenie bardzo prostego i przeznaczonego jedynie do ruchu miejskiego; miał napęd elektryczny, małą kierownicę i jedną dźwignię służącą i do przyśpieszania, i do hamowania. Zauważyłem, że był tam również przełącznik typu włączyć / wyłączyć, natomiast nie było żadnego kluczyka czy kodowanej stacyjki. Ci faceci z SM byli bardzo pewni siebie.
Wiedziałem, że powinienem być przerażony i w ogóle, ale jakoś nie mogłem się do tego zmusić. Faktycznie bowiem było to pierwsze dziwne i niezwyczajne wydarzenie, z jakim miałem do czynienia od czasu rozpoczęcia pracy dla Gildii, i oznaczało ono dla mnie przynajmniej jakąś przerwę w codziennej monotonii. A poza tym może to doświadczenie dostarczy mi jakichś nowych informacji. Jedna rzecz była niewątpliwa: nie była to żadna rutynowa kontrola, jak powiedziała agentka; widziałem już wielu zgarniętych na takie kontrole i zawsze w tamtych przypadkach zabierali parę albo całą rodzinę i nigdy, przenigdy, nie wysyłali po nich osobowego samochodu.
Przejechaliśmy przez centrum miasta i zbliżyliśmy się do niewielkiego, niskiego, czarnego budynku po prawej stronie ulicy. Skręciliśmy w boczną alejkę, potem ostro w lewo i wjechaliśmy praktycznie do wnętrza budynku, zatrzymując się gładko na stanowisku garażowym wyposażonym w automatyczne urządzenia, do ładowania zasilania i ochrony przed zimnem, które rozpoczęły swą pracę natychmiast po ustawieniu przełącznika w pozycji „wyłączone”. Z urządzeniami chroniącymi przed mrozem zetknąłem się już wcześniej; maszyny nie były tak odporne na temperatury jak my, Meduzyjczycy, i należało poświęcać im wiele uwagi, jeśli się chciało, by działały sprawnie w tym „sympatycznym” klimacie.