Ten zwariowany Wszechświat [What Mad Universe - pl]
- Автор: Браун Фредерик
- Год: 1991
- Язык: польский
- Год: Beta Books
- ISBN: 83-7001-412-7
- Переводчик: Zbigniew A. Krolicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ten zwariowany Wszechświat [What Mad Universe - pl]». Краткое содержание книги:
— Interesująca sytuacja, Keith Wintonie — mówił głos. — Przyjdź do mnie kiedyś, to ją rozważymy.
Keith drgnął nagle i rozejrzał się wokół. Nikt z otaczających go ludzi nie zwracał na niego uwagi. Jednak gwałtowny ruch sprawił, że stojący obok mężczyzna spojrzał na niego.
— Słyszał pan to? — spytał Keith.
— Co?
— Coś o… o jakimś Keithu Wintonie?
— Chybaś pan stuknięty — powiedział tamten. Odwrócił się i wrzasnął, ile sił w płucach: — Mekky! Wiwat Mekky!
Keith wydostał się na skrawek wolnej przestrzeni między tłumem cisnącym się przy krawężniku a ludźmi stojącymi pod ścianą budynku. Próbował dotrzymać kroku limuzynie i unoszącej się nad nią kuli wielkości piłki. Miał dziwne wrażenie, że to ona do niego przemówiła.
Jeżeli tak, to zwróciła się do niego po nazwisku i nikt inny tego nie słyszał. Teraz kiedy o tym myślał, uświadomił sobie, że ten głos wcale nie dobiegał z zewsząd; rozległ się w jego głowie. I był zupełnie pozbawiony wyrazu, mechaniczny. Głos niepodobny do ludzkiego.
Czyżby zaczął tracić zmysły?
A może już je stracił?
Jednak w obu wypadkach, nie wiadomo dlaczego, Keith miał dziwne przekonanie, że nie powinien tracić kuli z oczu — czymkolwiek była. Zwróciła się do niego po nazwisku.
Może znała odpowiedź na pytanie, dlaczego tu jest, co się stało ze światem, który on, Keith Winton, pamiętał — z normalnym światem, w którym były wojny światowe, a nie międzyplanetarne, ze światem, w którym on był redaktorem magazynu sf będącego t u magazynem przygodowym wydawanym przez kogoś, kto nosił jego nazwisko, ale nie był nawet do niego podobny.
— Mekky! — ryczał tłum. — Mekky, Mekky!
„Mekky” — to musiała być nazwa kuli. Może Mekky zna na to wszystko odpowiedź. Mekky powiedział: Przyjdź do mnie kiedyś. Kiedyś, akurat! Jeśli jest na to jakieś wyjaśnienie, chciał je znać teraz.
Przepychał się przez tłum obijając ludzi po nogach walizką, ściągając na siebie złe spojrzenia i słowa. Jednak nie zwracał na to uwagi: szedł dalej, bezskutecznie próbując dotrzymać kroku limuzynie, ale też nie zostając zbytnio w tyle.
Znów usłyszał ten głos.
— Keith Wintonie — mówił. — Zatrzymaj się. Nie idź teraz za mną. Będziesz żałował.
Keith próbował przekrzyczeć ryk owacji.
— Dlaczego? — wrzasnął, — Kto…?
Nagle uświadomił sobie, że ludzie słyszą go mimo ogłuszającego ryku i zaczynają mu się przyglądać.
— Nie zwracaj na siebie uwagi — powiedział głos. — Tak, czytam w twoich myślach. Tak, jestem Mekky. Zrób to, co zaplanowałeś, i przyjdź do mnie za trzy miesiące.
— Dlaczego? — pomyślał z rozpaczą Keith. — Dlaczego mam czekać tak długo?
— Krytyczna sytuacja na froncie — odparł głos. — Stawką jest przetrwanie ludzkiej rasy. Arkturianie mogą wygrać. Nie mam teraz dla ciebie czasu.
— Więc co mam robić?
— To co zaplanowałeś — powiedział głos. — z bądź ostrożny, jeszcze ostrożniejszy niż do tej pory. Przez cały czas grozi ci niebezpieczeństwo.
Keith próbował gorączkowo sformułować myśl, która przyniosłaby mu odpowiedź na dręczące go pytania.
— Ale co się stało? Gdzie jestem?
— Później — odparł głos w jego mózgu. — Później spróbuję rozwiązać twój problem. Teraz nie znam odpowiedzi na pytania, które czytam w twoich myślach.
— Czy ja zwariowałem?
— Nie, i nie popełnij tego fatalnego błędu. To rzeczywistość, a nie wytwór twojej wyobraźni. Ten świat jest rzeczywisty i niebezpieczeństwo, jakie ci grozi, też jest rzeczywiste. Jeśli zostaniesz tu zabity, będziesz martwy naprawdę.
Głos umilkł na sekundę, po czym Keith usłyszał:
— Nie mam teraz dla ciebie czasu. Proszę, przestań mnie gonić.
Nagle, zanim zdążył sformułować następne rozpaczliwe pytanie i zanim znów dotarł do niego ogłuszający ryk klaksonów i wiwatującego tłumu, Keith poczuł pustkę w głowie. Cokolwiek nawiązało z nim kontakt, teraz się wycofało. Wiedział to; wiedział, że wymyślanie dalszych pytań nie ma sensu; i tak nie otrzyma na nie odpowiedzi.
Posłuszny ostatniemu poleceniu zatrzymał się. Przystanął tak gwałtownie, że ktoś wpadł na niego i zaklął brzydko.
Keith opanował się i przeprosił przechodzącego, po czym stanął spoglądając nad głowami tłumu na kulę, która odpływała w dal znikając z jego życia.
Czym była? I co utrzymywało ją w powietrzu? W jaki sposób czytała w jego myślach?
Czymkolwiek była, zdawała się wiedzieć, kim on jest, i znać jego problemy — i powiedziała, że spróbuje te problemy rozwiązać.
Keith nie miał zamiaru ustąpić. Czekać trzy miesiące? Niemożliwe, jeśli istniał choć cień szansy na uzyskanie wyjaśnienia natychmiast!
Jednak kula znajdowała się już o przecznicę dalej; obciążony walizką i plikiem magazynów nie mógł dotrzymać jej kroku wśród tłumu zebranego na chodnikach. Rozejrzał się wokół i stwierdził, że stoi przed sklepem tytoniowym.
Skoczył do środka i położył walizkę oraz magazyny na lodówce z napojami przy wejściu.
— Wracam za minutkę! — krzyknął. — Dzięki za przypilnowanie.
I zanim właściciel zdążył zaprotestować, wypadł na ulicę. Może straci wszystko, co właśnie kupił, ale teraz dopędzenie kuli wydawało mu się najważniejszą rzeczą w życiu.
Teraz znów mógł iść szybciej. Gwałtownie przepychając się przez tłum utrzymywał się w niewielkiej odległości za samochodem i motocyklami, a nawet jakby trochę skrócił dzielący go od nich dystans.
Pojechali na południe przez Trzecią Aleję, dotarli do Ulicy Trzydziestej Dziewiątej i znów skręcili na wschód. Zaraz za rogiem zebrał się wielki tłum. Motocykle i samochód stanęły tuż przed nim.
Jednak unosząca się nad samochodem kula nie stanęła. Popłynęła dalej i wyżej nad głowami wiwatującego tłumu. Wyżej, wyżej, do otwartego okna na czwartym piętrze budynku po drugiej stronie ulicy.
Z okna wychylała się kobieta. Była to Betty Hadley.
Keith Winton dotarł do rogu i nie próbował przepchnąć się dalej przez tłum; stąd widział wszystko lepiej.
Owacje stały się wręcz ogłuszające. Oprócz wiwatów na cześć Mekky’ego słyszał również okrzyki wznoszone na cześć Betty Hadley i Dopelle’a. Keith zastanawiał się, czy ten ostatni tu jest — jednak nie mógł dostrzec nikogo, kto wyglądałby na największego bohatera tego świata. Wszystkie spojrzenia były zwrócone na Mekky’ego lub Betty Hadley — wychylającą się z okna, uśmiechniętą. I wyglądającą jeszcze ponętniej, niż ją zapamiętał.
Była ubrana, o ile dobrze widział, w strój przypominający ten, jaki bohaterki opowiadań sf noszą na okładkach magazynów: szkarłatny biustonosz podkreślający dwie idealne półkule, odsłonięte i kształtne ramiona oraz plecy, brzuch, a niżej… no, Keith zakładał, że miała jeszcze coś na sobie, ale nie wychylała się na tyle, by mógł to stwierdzić.
Kula wznosiła się, aż dotarła w pobliże okna, z którego wychylała się Betty Hadley; zawisła tam, kilkanaście centymetrów od jej białego ramienia. Keith nie potrafił odgadnąć, czy była zwrócona do zebranego w dole tłumu, czy do Betty.
Później przemówiła. Tym razem już po pierwszym słowie Keith wiedział, że przemawia do umysłów wszystkich zebranych, nie tylko do niego. Owacje nie ustawały; nie trzeba było milczeć, by usłyszeć słowa kuli; rozlegały się one w myślach, a nie w uszach. Można było słuchać jednocześnie owacji i przemówienia kuli; jedno nie przeszkadzało drugiemu.