Dziewiąty Klucz
- Автор: Carroll Jenny
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dziewiąty Klucz». Краткое содержание книги:
Rudy nie jest winny mojej śmierci. Oto rozpaczliwe przesłanie ducha młodej kobiety, który zjawia się w sypialni Susannah. Sporo się wydarzy, zanim Suze rozwikła zagadkę – pozna wampira, spróbuje zasztyletować go ołówkiem i natrafi na ślad sprawcy niewyjaśnionych zaginięć. Jednak im jest bliżej rozwiązania, tym większe niebezpieczeństwo jej zagraża. Niełatwo jest śledzić mordercę, zwłaszcza że wszystkie części układanki wskazują na ojca Tada Beaumonta, najbardziej odjazdowego chłopaka w szkole i pierwszego, który zaprosił Suze na randkę!
Jesse mruknął coś po hiszpańsku. Sądząc po wyrazie jego twarzy, bez względu na to, co powiedział, na pewno nie żałował, że jego także nie zaproszono.
– Chodzi o to – ciągnęłam – że dowiedziałam się czegoś o panu Beaumoncie, czegoś takiego, że się… boję. Więc, czy mógłbyś coś dla mnie zrobić?
Jesse się wyprostował. Wyglądał na zaskoczonego. Rzadko kiedy zdarza mi się prosić go o przysługę.
– Oczywiście, querida - powiedział, a moje serce zadrżało na dźwięk pieszczotliwego tonu, jakim zawsze wymawia to słowo. Nie wiem nawet, co ono znaczy.
Czemu jestem taka żałosna?
– Posłuchaj – odezwałam się, a mój głos stał się piskliwy – jeśli nie wrócę przed północą, daj znać ojcu Dominikowi, że powinien najprawdopodobniej wezwać policję, dobrze?
Mówiąc to, wyciągnęłam nową torbę, przecenioną Kate Spade, i zaczęłam pakować rzeczy, których zwykle używam w przypadku kłopotliwych duchów. No, wiecie, latarkę, obcęgi, rękawice, rulon dziesięciocentówek, pełniący rolę kastetu, odkąd mama znalazła i skonfiskowała prawdziwy, oprócz tego gaz w spreju, składany nóż i, o tak, ołówek. To najlepsze, co wpadło mi w rękę z braku osikowego kołka. Nie wierzę w wampiry, ale wierzę w sens przygotowań.
– Chcesz, żebym rozmawiał z księdzem?
Jesse nie posiadał się ze zdumienia. Trudno mu się dziwić. Nigdy nie zabraniałam mu kontaktów z ojcem Dominikiem, ale też nigdy go do nich nie zachęcałam. Z pewnością nie mówiłam mu, dlaczego ich ewentualne spotkanie nie budzi mojego entuzjazmu – ojciec D dostałby ataku serca, gdyby dowiedział się o naszym układzie lokatorskim – ale też nie namawiałam go, żeby ot, tak, wstąpił do gabinetu księdza.
– Tak – potwierdziłam. – Chcę.
– Ale Susannah – Jesse był wyraźnie zmieszany – jeśli ten człowiek jest niebezpieczny, to dlaczego…
Ktoś zapukał do drzwi.
– Suzie? – zawołała mama. – Jesteś ubrana? Złapałam torbę.
– Tak, mamo!
Rzuciłam Jesse'owi ostatnie błagalne spojrzenie i wypadłam z pokoju, uważając, żeby Szatan nie zdołał się wymknąć. Kot akurat skończył jeść i obwąchiwał pokój, szukając więcej żarcia.
Na korytarzu mama spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
– Wszystko w porządku, Suzie? – zapytała. – Tak długo tam siedziałaś…
– Eee, tak. Mamo, posłuchaj…
– Suzie, nie wiedziałam, że z tym chłopcem to taka poważna sprawa. – Mama wzięła mnie pod ramię i zaczęła prowadzić w dół po schodach. – Jest taki przystojny! I taki uroczy! To takie słodkie, że chce, żebyś zjadła kolację z nim i jego ojcem.
Byłam ciekawa, czy uważałaby to za tak samo słodkie, gdyby wiedziała o pani Fiske. Mama była reporterką telewizyjną od przeszło dwudziestu lat. Zdobyła wiele prestiżowych nagród i kiedy rozglądała się za pracą na Zachodnim Wybrzeżu, mogła przebierać w propozycjach.
A szesnastoletnia albinoska z laptopem i modemem wiedziała o wiele więcej o Rudym Beaumoncie niż ona.
To tylko dowodzi, że ludzie wiedzą tyle, ile chcą wiedzieć.
– Tak – powiedziałam. – Co do pana Beaumonta, mamo, nie sądzę, żebym rzeczywiście…
– A jak się ma ta sprawa z twoim artykułem dla szkolnej gazety? Nie wiedziałam, Suze, że interesujesz się dziennikarstwem.
Mama wydawała się prawie taka szczęśliwa, jak tego dnia, kiedy związali się z Andym węzłem małżeńskim. A biorąc pod uwagę fakt, że nigdy przedtem nie widziałam jej tak szczęśliwej – w każdym razie, po śmierci taty – to oznaczało, że jest w siódmym niebie.
– Suzie, jestem z ciebie taka dumna – szczebiotała. – Naprawdę potrafiłaś się tutaj odnaleźć. Wiesz, jak bardzo się martwiłam w Nowym Jorku. Ciągle wpadałaś w tarapaty. Wygląda na to, że wszystko zaczyna się dobrze układać… dla nas obu.
Wtedy powinnam była wtrącić: „Posłuchaj, mamo, co do Rudego Beaumonta, w porządku, nieciekawy facet, może nawet wampir. Dość na tym. Czy możesz mu teraz powiedzieć, że dostałam migreny i nie mogę iść na kolację?”
Nie zrobiłam jednak tego. Nie mogłam. Pamiętałam o spojrzeniu, jakie rzucił mi pan Beaumont. Mógł powiedzieć mamie. Mógł jej powiedzieć prawdę. Jak dostałam się do jego domu pod fałszywym pretekstem i opowiedziałam o moim rzekomym śnie.
O tym, jak rozmawiam z umarłymi.
Nie. Nie mogłam na to pozwolić. Nareszcie osiągnęłam w życiu taki moment, kiedy mama zaczęła odczuwać z mojego powodu dumę, a nawet zaczęła mi ufać. Tak, jakby Nowy Jork był koszmarem, z którego w końcu obie się obudziłyśmy. Tutaj, w Kalifornii, byłam lubiana. Byłam normalna. Byłam w porzo. Byłam taką córką, jaką moja mama zawsze chciała mieć, a nie społecznym wyrzutkiem, ciągle odstawianym do domu przez policję z powodu wkraczania na czyjś teren prywatny i wdawania się w awantury. Nie musiałam już okłamywać dwa razy w tygodniu terapeuty. Nie zostawałam za karę po lekcjach. Nie musiałam słuchać, jak mama w nocy płacze w poduszkę, ani patrzeć, jak ukradkiem zaczyna zażywać valium w okolicach każdej wywiadówki.
Rany, jeśli nie liczyć sumaka jadowitego, nawet cera mi się poprawiła. Stałam się zupełnie kimś innym.
Wciągnęłam głęboko powietrze.
– Pewnie, mamo, wszystko zaczyna się dobrze układać.
13
Nic nie jadł. Zaprosił mnie na kolację, ale w ogóle nie jadł. Tad jadł. Jadł mnóstwo.
Cóż, chłopcy dużo jedzą. Weźmy pory posiłków u Ackermanów. To coś, jak z powieści Jacka Londona. Tylko zamiast Białego Kła i innych psów mamy Śpiącego, Przyćmionego, a nawet Profesora, opychających się tak, jakby za każdym razem to był ostatni posiłek w ich życiu.
Tad przynajmniej miał dobre maniery. Odsunął mi krzesło, kiedy siadałam. Używał serwetki, zamiast po prostu wycierać ręce w spodnie, co uwielbia Przyćmiony. I zawsze czekał, aż zostanę obsłużona, więc jedzenia starczało i dla mnie.
Szczególnie, że jego ojciec nie wziął niczego do ust.
Siedział jednak z nami. Siedział przy stole z kieliszkiem czerwonego wina – w każdym razie czegoś, co wyglądało na wino – i uśmiechał się do mnie promiennie, kiedy wnoszono kolejne dania. Dobrze przeczytaliście: kolejne dania. Nigdy nie jadłam kolacji, przy której tyle razy zmieniano talerze. To znaczy, Andy jest dobrym kucharzem i w ogóle, ale zwykle podaje wszystko od razu – no, wiecie, przystawki, sałatkę, bułki, wszystko jednocześnie.
W domu Rudego Beaumonta natomiast wszystko podawano po kolei. Przy stole usługiwali dwaj kelnerzy, tak więc nasze talerze, Tada i mój, stawiano jednocześnie i nikt nie musiał czekać nad stygnącym daniem, aż reszta zostanie obsłużona.
Pierwsze danie okazało się rosołem z kawałkami homara. Był Zupełnie niezły. Potem pojawiła się zapiekanka z owoców morza w pikantnym zielonym sosie. Potem jagnięcina z ziemniakami, purée z czosnkiem, następnie sałatka, kupa zielska w balsamicznym occie, i wreszcie taca z rozmaitymi rodzajami pachnących serów.
A pan Beaumont nie tknął niczego. Oznajmił, że jest na specjalnej diecie i jadł już kolację.
Mimo że nie wierzę w wampiry, zastanawiałam się, z czego składa się ta jego dieta i czy pani Fiske i zaginieni obrońcy środowiska nie stanowią jej części.
Wiem. Wiem. Ale nie mogłam się powstrzymać. Czułam się niezręcznie, patrząc, jak siedzi, popijając wino i uśmiechając się, kiedy Tad opowiadał o koszykówce. Z tego, co zrozumiałam – a trudno było mi się skupić, ponieważ przez cały czas myślałam o tym, dlaczego ojciec D nie dał mi butelki święconej wody, kiedy stwierdził, że być może mamy do czynienia z wampirem – Tad był gwiazdą sportu w Robercie Louisie Stevensonie.