Piąty odcień zieleni
- Автор: Wolski Marcin
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Piąty odcień zieleni». Краткое содержание книги:
Jedno było dla wszystkich zastanawiające, mimo plotek o podbojach, flirtach i przygodach – Denningham pozostawał zawsze sam. W okresach wzmożonej pracy zamykał się w swojej willi w kształcie kieliszka, którą odkupił w Bel Air od pewnego zbankrutowanego producenta, i miesiącami nie wychylał z niej nosa, nie przyjmując nikogo.
Do ekologistów przystał nieoczekiwanie, ale błyskawicznie wszedł do Komitetu Doradczego, ożywiając go śmiałymi pomysłami, którymi zaktywizował to niemrawe dotąd ciało.
Nie potrafię powiedzieć, co właściwie nim kierowało – straceńcze prowokowanie przygody, potrzeba podniecenia związanego z ryzykiem, czy też poszukiwanie tematów do swych książek? Jego bohaterowie, mimo przygodowej konwencji całości, byli trudni, pokręceni psychologicznie, diablo skomplikowani, choć prawdziwi. Czy wśród owych typów kwalifikujących się do muzeum psychiatrii sportretował siebie? Wątpliwe. Być może decydujący dla jego psychiki okazał się ów związek dziecka-mężczyzny z przekwitłą gwiazdą. Wniebowstąpienie – z rynsztoka na Parnas. Może nie potrafił do końca pogodzić się z ceną, jaką przyszło mu za to zapłacić?
Lenni przyniósł drinka. Sączyliśmy go w milczeniu. Z Lennim nie było rozmowy. Podejrzewam, że potrafił mówić tylko tuk lub nie. Cały wolny czas spędzał na przeglądaniu prospektów samochodowych i pisemek pornograficznych. Mam wrażenie, że Burt przydzielił mi go jako ochronę. Chociaż patrząc na tego mizeraka przypuszczałem, że w razie czego na wiele by się nie przydał.
Jak dotąd mało dowiedziałem się o aferze, w którą wpadłem, czy raczej w którą wpakował mnie ten nieborak David. Czułem, że chodzi tu o jakiś paskudny szwindel przygotowywany rządowi RPA i że newralgicznym punktem jest owo tajemnicze Marindafontein oraz osobnik nazwiskiem Ziegler. Może chodziło tu o jakiś przerzut opozycyjnych działaczy albo o wywiad gospodarczy.
Minęła dziewiąta i mój wybawca nie zjawił się. Lenni wykazywał coraz większe zdenerwowanie. Przypominał przy tym trochę ratlerka, pieska któremu na sam widok mam zawsze ochotę wymierzyć kopniaka, tyle że nie warczał.
O dwudziestej pierwszej piętnaście zadzwonił telefon.
– Tak, spółka spedycyjna “Madison i syn" – powiedział Wilde i trochę się uspokoił – tak, rozumiem, tak, rozumiem, tak.
Potem położył słuchawkę i rzucił krótko: – Zbieramy się.
– Dzwonił Burt?
Lenni nie odpowiedział, udzielenie informacji uważał zapewne za stratę czasu. Zajechaliśmy do jakiegoś garażu z gatunku takich, w których filmowi gangsterzy zwykli załatwiać porachunki. Chwilę potem nadjechał otwartym wozem Burt. Kiedy dzień przedtem spytałem go, czy nie boi się, że go rozpoznają agenci RPA, roześmiał się.
– Nie. skądże. Dopóki nie zorientują się, że Burt Denningham i Denis Burton to ta sama osoba, a Wyłko Georgijew to ty, nie ma powodu do obaw.
– A nie zorientują się?
– Nie.
– Skąd ta pewność?
– Przypadkowo szef wydziału inwigilacji w Pretorii pracuje dla mnie. No, oczywiście w ograniczonym zakresie…
– Dla ciebie?…
Innym razem Burt z dziecinną otwartością przyznał, że sam współpracuje z wywiadem wojskowym RPA i to bardzo ułatwia mu działanie.
– Jak możesz! Z twoimi przekonaniami?
– Cóż – roześmiał się – informacje, które im sprzedaję, są niczym w porównaniu z tymi, które zdobywam.
Może zresztą żartował.
W garażu poprosił mnie do windy, a potem zaprowadził do jakiegoś kantorka.
– Słuchaj, Polaczku – powiedział prawie po ojcowsku. – Miałem serdeczną ochotę nie mieszać cię więcej w cały ten ambaras. Jako Bułgar miałeś jutro lecieć do Monachium, stamtąd krok tylko do Bonn i polskiej ambasady. W ojczyźnie byłbyś najbezpieczniejszy.
– Nie wiedziałem! – wykrzyknąłem zaskoczony.
– Oczywiście, nie wróciłbyś z gołymi rękami. Pięćdziesiąt tysięcy dolarów premii, za to da się pożyć i w komunistycznym kraju…
– Z twoich słów wnioskuję, że te plany uległy zmianie?
– Decyzja zależy od ciebie. Ale okoliczności się skomplikowały. Otóż w Rijksveld pod Johannesburgiem, w szpitalu wojskowym, na oddziale intensywnej terapii znajduje się pewien pacjent, Daud, czy jak kto woli, David Dass…
– Did, on żyje?!
– Żyje. Choć brzmi to niewiarygodnie, siła odśrodkowa wyrzuciła go z koziołkującego samochodu, nim ten zaczął płonąć. Chłopak jest podobno nieprzytomny, w ciężkim stanie. Tylko dlatego nie przewieźli go dalej.
– Ale co ja mogę…?
– Jesteś potrzebny, mają tam ze dwudziestu aresztowanych i pokiereszowanych Azjatów. Ty jeden znasz Dassa osobiście. Poza tym jesteś początkującym lekarzem…
Nie dowierzałem własnym uszom.
– Więc chcecie go stamtąd wydostać?
– Wydostać, lub jeśli się nie uda, zlikwidować.
Zadrżałem. Denningham zrozumiał moje przerażenie. Ujął mnie mocno za ramię.
– Chłopaku, gra idzie o niewyobrażalną stawkę. Jeśli ten Hindus rzuci w malignie moje nazwisko lub doktora Zieglera, jeśli w ogóle sypnie choć słowo, wszystko stracone.
– Może już coś zeznał?
– Nie, ponieważ gdyby zeznał, ja bym nie żył.
Weszła jakaś dziewczyna. Ponieważ było ciemno zobaczyłem tylko długie, jasne włosy.
– Załatwione, Burt – powiedziała miękko. – Zarezerwowałam cztery bilety do Durbanu. Rano odlot.
– Do Durbanu? – zdziwiłem się – przecież mówiłeś, że szpital jest pod Johannesburgiem.
– Dlatego właśnie kupiliśmy bilety do Natalu. Z Durbanu za dwa dni wyruszymy w trójkę z Barbarą w przepiękny rejs na wyspy Mauritius i Reunion. Raj dla ornitologów i ekologów, doktorze Georgijew.
Dotąd przypuszczałem, że Burt działa sam, rychło miałem przekonać się o swej pomyłce.
W drodze, na lotnisko w Johannesburgu, odbywało się tankowanie. Wyszliśmy z samolotu. Wypiliśmy kawę w barku, po czym za Burtem skierowałem się do toalety. Zauważyłem, że Barbara zniknęła w damskiej. Wewnątrz Denningham popatrzył na zegarek i gestem wskazał czwartą kabinę. Była zajęta, ale po pociągnięciu drzwiczki się otworzyły. W środku ktoś był. I tym kimś byłem ja. To znaczy nie ja, tylko Bułgar Wyłko Georgijew, w kraciastej marynarce i luźnych spodniach. Bez słowa podał mi perukę, dżinsy, wkładki zniekształcające twarz, wprawnie dolepił mały wąsik. Na koniec wetknął dokumenty, z których wynikało, że jestem Ivo Mirkoyicem, jugosłowiańskim emigrantem, inżynierem urządzeń sanitarnych, przybyłym przed pięciu minutami z Lusaki.
Oddałem swoją walizkę sobowtórowi i czując się jak farbowana małpa, wyszedłem do kawiarni, a potem, po pobieżnej kontroli, do Terminalu. Tuż za mną podczas odprawy celnej ulokowała się długonoga bruneteczka z uroczym pieprzykiem na policzku i typowy Afrykaner, o kanciastych ruchach i kudłatej czuprynie.
– Cóż za spotkanie, panie inżynierze – zawołał Afrykaner, wyciągając do mnie rękę ledwie wyszliśmy na zewnątrz. – Kiedy ostatni raz piliśmy to piwo w Lusace nie przypuszczałem, że tak prędko się spotkamy. Pan pewnie leciał w drugiej klasie, ja wsiadłem w ostatnim momencie do pierwszej. Niech pan pozna, moja sekretarka, Maggi.
Dopiero po chwili minęło oszołomienie. Najwyraźniej oboje, tak jak ja, zamienili się w toalecie ze swymi sobowtórami.
– Jeśli jeszcze nie ma pan stałego locum, to zapraszam na moją farmę. To niedaleko, prawie pod miastem… Bob, gdzie jest ten wstrętny czarnuch?
Na podjeździe pojawił się zdezelowany ford, produkt tutejszej montowni.
Kiedy ruszyliśmy, Burt wreszcie zmienił akcent.
– Pojmujesz teraz zasadę zabawy. Mamy setki świadków, że po międzylądowaniu pomknęliśmy spokojnie do Durbanu…
– A jeśli śledził nas ktoś w toalecie?