Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Amsterdam». Краткое содержание книги:

W mroźny lutowy dzień dwaj starzy przyjaciele spotykają się w tłumie żałobników, by towarzyszyć zmarłej Molly Lane w ostatniej drodze. Clive Linley i Vernon Halliday byli kochankami Molly, zanim osiągnęli sukces zawodowy – pierwszy jako najbardziej wzięty brytyjski kompozytor muzyki współczesnej, drugi jako redaktor naczelny poważnego dziennika. Cudowna, kapryśna Molly miała jeszcze innych kochanków, wśród nich ministra spraw zagranicznych Juliana Garmony'ego, okrytego złą sławą prawicowca, typowanego na kolejnego premiera rządu Wielkiej Brytanii.
Tuż po pogrzebie Clive i Vernon zawrą umowę, której następstw żaden z nich nie przewidywał. Obaj dokonają katastrofalnych wyborów moralnych, ich przyjaźń zostanie poddana ciężkiej próbie, a Julian Garmony stanie w obliczu śmierci politycznej.
Amsterdam – poważny i dowcipny zarazem współczesny moralitet – jest równie wyborną lekturą, jak poprzednie dzieła prozatorskie Iana McEwana. A dlaczego Amsterdam? W tej powieści obfitującej w niespodzianki najbardziej zaskoczy czytelnika to, co czeka Clive'a i Vernona właśnie w tym mieście.
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 33
Перейти на страницу:

Gdy już ucichły gromkie oklaski, inni dołączyli z krótkimi powinszowaniami. Vernon siedział z rękoma złożonymi na piersi, z poważną miną na twarzy, ze wzrokiem skupionym na ziarnku w fornirze pokrywającym blat. Miał ochotę się uśmiechnąć, ale to by źle wyglądało. Z satysfakcją zauważył, że Tony Montano dyskretnie zapisuje, co kto mówi. Kto jest skaptowany. Trzeba go będzie wziąć na stronę i wyjaśnić mu rolę Dibbena, który wcisnął się teraz w fotel i z rękoma w kieszeniach i marsowym czołem kręcił wymownie głową.

Z myślą o dziennikarzach stojących za drzwiami Vernon wstał i odwzajemnił podziękowania. Powiedział, że wie, iż większość obecnych była na różnych etapach przeciwna opublikowaniu zdjęć. Ale on jest im za to wdzięczny, gdyż pod pewnymi względami dziennikarstwo przypomina nauki ścisłe: najlepsze pomysły to te, które się ostają i które umacnia inteligentna krytyka. Ów słaby koncept wywołał serdeczne brawa. Nie ma zatem powodu do wstydu -rzekł – ani odgórnej wendety. Nim oklaski przebrzmiały, przecisnął się do tablicy zawieszonej na ścianie. Odkleił taśmę malarską, która przytrzymywała duży arkusz czystego papieru, i odsłonił dwukrotne powiększenie pierwszej strony piątkowego wydania „The Judge".

Zdjęcie wypełniało szerokość ośmiu szpalt i sięgało od winiety do trzech czwartych długości strony. Zebrani w milczeniu chłonęli widok sukienki o prostym kroju, urojony występ na wybiegu, bezczelną pozę, która figlarnie, kusząco udawała, że odpiera spojrzenie kamery, drobne piersi i mistrzowsko odsłonięte ramiączko od stanika, lekki rumieniec makijażu na policzkach, pieszczotę szminki, która ukształtowała wypukłość i lekkie wydęcie ust, intymny, tęskny wzrok zmienionej, ale łatwej do rozpoznania, znanej publicznie twarzy. Poniżej wytłuszczoną czcionką tekstową wydrukowano symetrycznie pojedyncze zdanie: Minister spraw zagranicznych Julian Garmony.

Tłum, nad którym przed chwilą trudno było zapanować, teraz zachowywał się jak trusia. Cisza trwała przez ponad pół minuty. Następnie Vernon odchrząknął i zaczął przedstawiać strategię gazety na sobotę i poniedziałek. Pewien młody dziennikarz rzekł potem do kolegi w bufecie, że to było tak, jak gdyby ktoś, kogo się zna, został rozebrany do naga i wychłostany na oczach gapiów. Odarty z maski i ukarany. Mimo to kiedy wszyscy się rozchodzili i wracali do swoich zajęć, w redakcji zapanował, a po południu jeszcze umocnił się, pogląd, że to zawodowa robota najwyższej próby. Pierwsza strona z pewnością stanie się klasyką i pewnego dnia będą o niej uczyć w szkołach dziennikarstwa. Efekt wizualny był niezatarty, podobnie jak prostota, jawność, wymowa. McDonald miał rację: instynkt naczelnego jest niezawodny. Halliday tylko spotęgował uderzenie, gdy pchnął cały tekst na drugą stronę, opierając się pokusie, żeby dać krzykliwy nagłówek albo chwytliwy podpis. Zdawał sobie sprawę z siły przekazu tego, co ma w rękach. Pozwolił, by zdjęcie mówiło wszystko.

Kiedy ostatni dziennikarz wyszedł z gabinetu, Vernon zamknął drzwi i przepędził zaduch, otwierając szeroko okna i wpuszczając do środka wilgotne marcowe powietrze. Miał pięć minut do następnego spotkania i musiał skupić myśli. Powiedział Jean przez interkom, żeby mu nie przeszkadzano. Dobrze poszło, dobrze poszło, krążyło mu po głowie. Ale było coś jeszcze, jakaś nowina, na którą chciał zareagować w chwili, gdy ją usłyszał, tyle że coś innego pochłonęło jego uwagę i teraz mu to umknęło, zniknęło w nawale podobnych wiadomości. To była zdawkowa wypowiedź, strzępek informacji, który w tamtej chwili go zaskoczył. Ech, powinien był drążyć od razu.

Dopiero późnym popołudniem nadarzyła się kolejna sposobność, by zastanowić się nad tym spokojnie w samotności. Stał przy tablicy, usiłując poczuć na nowo ów przelotny posmak zaskoczenia. Zamknął oczy i krok po kroku zaczął odtwarzać w pamięci poranne kolegium, wszystko, co zostało powiedziane. Nie mógł jednak zapanować nad biegiem plączących się myśli. Idzie dobrze, idzie dobrze, kołatało mu w głowie. Z powodu nieuchwytnej drobnostki nie mógł sobie powinszować ani zatańczyć na biurku. Przypominało to poranek, kiedy leżąc w łóżku rozmyślał o swoich sukcesach i do pełni szczęścia brakowało mu tylko aprobaty Clive'a.

I raptem sobie przypomniał. Wróciło w chwili, gdy wymówił w myśli imię przyjaciela. Przeszedł przez cały gabinet do telefonu. Sprawa była prosta i najprawdopodobniej śmierdząca.

– Jeremy? Czy mógłbyś wpaść do mnie na chwilę? Jeremy Ball, kierownik działu krajowego, stawił się w niespełna minutę. Vernon posadził go na krześle i poddał istnemu przesłuchaniu, zapisując miejsca, daty, czas, słowem wszystko, co wiedziano i co podejrzewano. Ball sięgnął raz po telefon, by potwierdzić niektóre szczegóły u dziennikarza zajmującego się tą sprawą. Potem, gdy tylko wyszedł, Vernon zadzwonił z prywatnej linii do Clive'a. Znowu to samo, długa zwłoka i wreszcie grzechot słuchawki, szelest pościeli, ochrypły głos. Jest po czwartej, co on robi, leży w łóżku cały dzień jak nieszczęśliwy nastolatek?

– A, to ty, Vernon, właśnie…

– Posłuchaj, chodzi o to, co mówiłeś dziś rano. Muszę zadać ci parę pytań. Kiedy byłeś w Krainie Jezior?

– W zeszłym tygodniu.

– Clive, to ważne. Dokładnie kiedy?

Dobiegło stęknięcie i skrzypienie, gdy Clive podciągnął się na łóżku.

– To musiało być w piątek. Co się…

– Czekaj, chodzi o tego mężczyznę, którego widziałeś. O której byłeś na tych Allen Crags?

– Pewnie koło pierwszej.

– Posłuchaj. Ten facet napastujący kobietę, której nie pomogłeś. Wiesz, kto to był?! Gwałciciel znad jezior!

– Pierwsze słyszę.

– Co ty, nie czytasz gazet? Przez ostatni rok napadł osiem kobiet, głównie turystki. Tej akurat udało się uciec.

– Całe szczęście.

– Wcale nie. Dwa dni temu napadł inną. Wczoraj go aresztowali.

– No to wszystko gra.

– Nie, nie gra. Skoro nie pomogłeś tej kobiecie, to w porządku, twoja sprawa. Ale gdybyś potem poszedł na policję, nie dorwałby tej drugiej.

– Jedno wcale nie wynika z drugiego, ale nieważne -odparł Clive. – Dlaczego podnosisz na mnie głos, Vernon, czy to kolejny z twoich złych dni? Czego tak naprawdę chcesz?

– Chcę, żebyś jak najszybciej poszedł na policję i zeznał, co widziałeś.

– Wykluczone.

– Możesz przecież zidentyfikować tego człowieka.

– Piszę w tej chwili finał symfonii, która…

– Akurat, cholera jasna. Leżysz w łóżku.

– Nie twoja sprawa, co robię.

– No nie, to jest oburzające. Idź na policję, Clive. To twój moralny obowiązek.

Wyraźnie słyszalne wciągnięcie powietrza, chwila namysłu, a potem:

– Ty mi mówisz, co jest moralne? Ty?

– O co ci chodzi?

– Chodzi mi o te zdjęcia. Chodzi mi o to, że srasz na grób Molly…

Uwaga na temat odchodów w odniesieniu do nie istniejącego miejsca pochówku nakreśliła w sporze granicę, zza której nie było już odwrotu i puściły wszelkie hamulce.

– Gówno wiesz, Clive – przerwał Vernon. – Żyjesz sobie jak u Pana Boga za piecem i nie masz, kurwa, zielonego pojęcia…

– …chodzi mi o to, że szczujesz społeczeństwo przeciw człowiekowi. Chodzi mi o rynsztokowe dziennikarstwo. Jak ty możesz ze sobą wytrzymać?

– Wygaduj sobie, co ci ślina na język przyniesie, ale faktem jest, że tracisz kontakt z rzeczywistością. Jeśli nie pójdziesz na policję, to sam do nich zadzwonię i powiem, co widziałeś. Pomoc w próbie gwałtu…

– Kompletnie ci odbiło! Jak śmiesz mi grozić!

– Są sprawy ważniejsze niż symfonie. Te sprawy to ludzie.

– A czy ci ludzie są równie ważni jak nakład pewnej gazety, Vernon?

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 33
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)