Teraz i Wtedy. Od Coney Island do „Paragrafu 22”
- Автор: Хеллер Джозеф
- Язык: польский
- Переводчик: Andrzej Szulc
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Teraz i Wtedy. Od Coney Island do „Paragrafu 22”». Краткое содержание книги:
W początkowych klasach bardzo lubiłem konkursy szybkiego liczenia; trudno się dziwić, skoro najważniejsze były w nich dokładność i szybkość, a ja należałem do kilku uczniów, którzy zawsze byli najlepsi, i cieszyłem się, że mogę się popisać. W algebrze i prostej geometrii dzięki kilku wskazówkom, których udzielił mi Lee, byłem kimś w rodzaju cudownego dziecka, ale tylko w początkowym stadium. Później, co przyjąłem z pewną rezygnacją, nie radziłem sobie już tak dobrze. Mój brat miał nałóg rozwiązywania zagadek. Ja też lubiłem to robić. W wyobraźni Lee Hellera symbol x nie był zwykłą niewiadomą: był podejrzanym osobnikiem, którego należało wytropić i przygwoździć na podstawie dowodów rzeczowych zawartych w załączonych danych. Na egzaminie z algebry w klasie 7A lub 7B znalazło się któregoś razu wyjątkowo perfidne zadanie odznaczające się szczególnym stopniem komplikacji.
– Poradziła sobie z nim tylko jedna osoba – oznajmił matematyk, pan T. D. Bartells, spoglądając w moją stronę. – I to musiałeś być ty – dodał, rzucając we mnie kawałkiem kredy.
Rzucanie kredą było niesforną metodą utrzymania w ryzach jego niesfornych uczniów, do których bez przerwy należałem, mądrząc się, gadając, przerywając mu i wymyślając różne figle, w moim złośliwym mniemaniu niewinne, których ofiarą padał jeden z moich kolegów; kiedy na przykład prawidłowa odpowiedź brzmiała „dwa", a on jej nie znał, podpowiadałem mu, szepcząc „cztery tysiące dwieście osiemdziesiąt dziewięć". Pan Bartells wiedział oczywiście, czyja to sprawka. Nigdy nie miałem dosyć.
Zbliżając się z każdym rokiem do klasy, w której nauczał, nabijaliśmy się z pana T. D. Bartellsa, przekręcając w tajemnicy jego nazwisko na „Titty Bottles". Nie zdziwiłbym się, gdyby też o tym wiedział.
W szkole nigdy nie miałem prawdziwych kłopotów. Kiedy kilka razy wzywano rodziców, poszła moja siostra. Matka bałaby się, a ja wstydziłbym się jej łamanej angielszczyzny. Siostra pamięta, że interweniowała tylko raz i było to w sprawie incydentu, o którym zupełnie zapomniałem. Moim przewinieniem nie było złe zachowanie, lecz nuda. Dumałem nad jakimiś sprawami, nie zwracając pozornie uwagi na to, co się działo w klasie, ale za każdym razem, gdy nauczycielka chciała zaskoczyć mnie nagłym pytaniem, wpędzałem ją we frustrację, udzielając prawidłowej odpowiedzi. Wyglądałem przez okno, gapiłem się w ścianę, przyglądałem się swoim dłoniom albo stopom; czasami poruszałem ustami, jakbym mówił sam do siebie. Robiąc to, szukałem prawdopodobnie odpowiednio dowcipnego zakończenia nowelki, którą zamierzałem już wtedy któregoś dnia napisać, względnie zdania, którym mógłbym zacząć albo zakończyć następne wypracowanie.
Od najmłodszych lat przejawiałem, jak sądzę, pragmatyczną skłonność do wykorzystywania własnych fantazji i wcielania w życie marzeń. Należał do nich wczesny zamiar zostania pisarzem.
Na ogół nieźle radziłem sobie z logiką i o wiele gorzej z teorią. (W kwestiach, których nie rozumiałem, brałem po prostu za pewnik prawdę, którą mi podawano, i próbowałem iść dalej). Na lekcji biologii na początku szkoły średniej – kolejny triumf -nauczyciel zapytał, po czym możemy poznać, że proces pasteryzacji nie wyeliminował wszystkich bakterii w butelce mleka. Odpowiedź wydawała mi się tak oczywista, że w pierwszej chwili nie podniosłem nawet ręki. Kiedy nikt inny w klasie nie potrafił udzielić odpowiedzi, zrobiłem to.
Brakowało mi jednak wrodzonych zdolności, kiedy w grę wchodziła abstrakcja. Mój umysł był bezradny w obliczu kwadratowych równań, liczb ujemnych, mnożenia ułamków, trygonometrii i rachunku różniczkowego. W chemii, która powinna być łatwa, miałem trudności, kiedy pojawiały się wzory skomplikowanych reakcji. W tym samym mniej więcej czasie część moich bliskich przyjaciół (wśród nich Marvin Winkler), mając powyżej dziurek w nosie tych bezużytecznych dyrdymałów, dała za wygraną i przeniosła się z Lincoln High do szkół zawodowych. Ja przetrwałem, ponieważ miałem dobrą pamięć i potrafiłem powielać na ślepo procedury, które trzeba było stosować. Logarytm pozostał jednak dla mnie czymś niewyobrażalnym i w dalszym ciągu nie rozwiązałem odwiecznej tajemnicy liczby pi (ani nawet nie zrozumiałem, na czym polega ta tajemnica).
Lekcje angielskiego były natomiast proste jak drut. Gramatyka sprawiała mi mniej trudności, kiedy się jej uczyłem, niż teraz, kiedy zawodowo piszę i mam za sobą doświadczenia nauczyciela akademickiego. Poprawianie prac studentów pierwszego roku, z przerażającą świadomością, że nie wolno mi ani razu się pomylić, w znacznym stopniu podkopało moją pewność w kwestiach dotyczących składni i ortografii. Bezustanne sprawdzanie w celu uzyskania absolutnej pewności zrodziło w końcu długotrwałe wątpliwości, których do dziś się nie pozbyłem.
Czytanie było ekscytujące i absorbujące i oddawałem mu się często z własnej inicjatywy. Starszy brat i siostra pracowali już na Manhattanie – podróż tam nie była krótka – i przywozili do domu najróżniejsze czasopisma, które poszerzały moją wiedzę w popularnych dziedzinach. Były także książki wypożyczane w komercyjnych, niepublicznych bibliotekach: najnowsze powieści, kryminały, łatwe w lekturze bestsellery, do których z wielu względów niedobrze było się przyzwyczajać. Dużo czasu zajęło mi później cierpliwe zaznajamianie się z utworami, których istotnymi składnikami były nie tylko szybka akcja i dużo dialogów. Publikujące popularną literaturę czasopisma w rodzaju „Collier's" i „Liberty" zamieszczały w każdym numerze „krótkie opowiadanie", zwieńczone dowcipnym zakończeniem i składające się z tysiąca albo mniejszej liczby słów. Perspektywa, że będę pisał coś takiego, już we wczesnym wieku skutecznie pobudzała moją wyobraźnię i ambicje.
Kiedy miałem dziewięć albo dziesięć lat, kuzyn ze strony ojca, Nat Siegel, który skończył już wtedy kurs na księgowego, przyjechał do nas z wizytą i dał mi w prezencie dziecinną wersję „Iliady". Była to pierwsza przeczytana przeze mnie książka, która naprawdę rozpaliła we mnie wielkie emocje. Nie mogłem się prawie oderwać od lektury, a potem powstrzymać od przeczytania jej na nowo. Nie potrafiłem jej zapomnieć i nie zapomniałem. Wersja była nie tylko uproszczona, lecz doprowadzała akcję do punktu daleko wykraczającego poza treść oryginału. Dopiero pod sam koniec szkoły średniej dowiedziałem się, że „Iliada" nie jest fascynującą książką dla dzieci, lecz wielkim epickim poematem. I dopiero przeczytawszy ją w pewnym momencie na studiach, uświadomiłem sobie, że tematem utworu jest gniew Achillesa, a nie wyczerpująca wojna przeciwko Troi. Niełatwo było mi przezwyciężyć zawód i rozczarowanie. Pierwsze spotkanie z tym małym tomikiem wywarło na mnie tak silne wrażenie, że wciąż trudno mi przyjąć do wiadomości, iż w wersji Homera nie ma konia trojańskiego, nie ma śmierci Achillesa, nie ma ostatecznego zwycięstwa i zdobycia miasta. Pewne pojęcie o rodzaju mojej umysłowości może dać fakt, że Hektora wolę od Achillesa, współczuję Priamowi bardziej niż któremukolwiek z bohaterskich Greków, a u Szekspira lubiłem i wciąż lubię bardziej Hotspura niż księcia – bardziej nawet niż Falstaffa – i chciałbym sądzić, że każdy rozsądnie myślący człowiek ma podobne odczucia.