Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Czekolada [Chocolat - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czekolada [Chocolat - pl]

Электронная книга - «Czekolada [Chocolat - pl]». Краткое содержание книги:

Do małej mieściny na francuskiej prowincji, gdzie czas się zatrzymał, przyjeżdża tajemnicza młoda i piękna kobieta z córeczką. Mieszkańcy Lansquenet ze zdumieniem obserwują, jak Vianne z Anouk odnawiają starą piekarnię na rynku, by urządzić tam sklep z czekoladą. W dniu otwarcia właścicielka ofiarowuje zaglądającym do niej ciekawskim takie słodycze, jakie każdy z nich lubi najbardziej, jak gdyby znała ich najskrytsze myśli i pragnienia. Czyżby ta dziwna kobieta była czarownicą?
Dla wielu mieszkańców miasteczka przyjazd Vianne jest prawdziwym darem losu, ale są i tacy, którzy zrobią wszystko, by opuściła Lansquenet. Zbliża się Wielkanoc i Vianne zamierza urządzić dla dzieci festiwal czekolady, lecz jej wrogowie za wszelką ceną chcą jej w tym przeszkodzić…
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 65
Перейти на страницу:

Anouk stała za nim, inni za Anouk – ściana oczu i szeptów.

– Co teraz będzie? – zapytał Jeannot. Ma głos starszego chłopca, niż jest, i sposób bycia niedbale buńczuczny. -Co pani zrobi? Jaką wystawę?

Wzruszyłam ramionami.

– To sekret. -Wylewam, mieszając, creme de cacao z roztopioną couverture do emaliowanej miski.

– Nie, poważnie – nastawał. – Powinna pani coś zrobić na Wielkanoc. Wie pani, jajka i w ogóle. Czekoladowe kury, króliki, takie rzeczy. Jak w sklepach w Agen.

Pamiętam z dzieciństwa paryskie chocolateries z koszykami jajek opakowanych w folię i na półkach króliki i kury, dzwonki marcepanowe, owoce i marrons glaces, amourettes i filigranowe gniazdka pełne petits fours i karmelków, i tysiąc i jedną fantazję z włóknistego cukru, przy czym owe latające dywany bardziej by pasowały do arabskiego haremu niż do uroczystości pasyjnych.

– Pamiętam – powiedziałam dzieciom – jak moja mama mówiła mi o wielkanocnych czekoladach.

Nigdy nie było dosyć pieniędzy na takie luksusy, ale zawsze miałam swoją niespodziankę w papierowym rogu obfitości, prezenty wielkanocne: monety, kwiaty z bibułki, jajka ugotowane na twardo, pomalowane jaskrawo, pudełko z kolorowego papier-mache w deseń z kurcząt, królików, uśmiechniętych chłopczyków i dziewczynek pośród motyli, to samo pudełko co rok i troskliwie przechowywane na rok następny. W pudełku znajdowałam owinięte w celofan czekoladki z rodzynkami i później jadłam je długo, powoli, napawając się ich smakiem w zagubionych godzinach tamtych dziwnych nocy na trasie z miasta do miasta, kiedy neony hotelowych szyldów mrugały przez szpary żaluzji, a oddech mojej matki rozlegał się miarowo i jakoś wieczyście w żółtej ciszy.

– Mama mówiła – powiedziałam – że w wigilię Wielkiego Piątku dzwony nagle ulatują po kryjomu z dzwonnic kościelnych i lecą na czarodziejskich skrzydłach do Rzymu.

Jeannot przytaknął z miną cynicznego niedowierzania niezwykłą u małego dzieciaka.

– Rzędem ustawiają się dzwony przed papieżem w mitrze w złocie i bieli i z pozłacanym pastorałem. Duże dzwony i maleńkie dzwoneczki, clochettes i ciężkie bourdons, i carńllons, i kuranty, i do-si-do-mi soi, wszy &tkie czekają niecierpliwie na błogosławieństwo.

Ona, moja matka, miała zasoby takiej dziecięcej wiedzy. Oczy jej jaśniały z zachwytu dla tych absurdów. Wszystkie opowieści ją urzekały – o Jezusie, Esterze i o Ali Babie i raz po raz przerabiała je z samodziału folkloru we wspaniałą tkaninę wiary. Były uleczenia kryształem i podróże gwiezdne, porwania przez istoty pozaziemskie i spontaniczne samospalenia. W to wszystko moja matka wierzyła, czy też udawała, że wierzy.

– 1 papież je błogosławił, każdy dzwon długo w noc, a tysiące dzwonnic we Francji, pustych i cichych, oczekuje na ich powrót, aż do rana w Wielką Niedzielę.

Ja, córka mojej matki, z oczami szeroko otwartymi słuchałam jej uroczych apokryfów na kanwie opowieści o Mitrze, Baldurze Pięknym, Ozyrysie i Quetza'.coatlu, pradawnym meksykańskim bogu, przeplatanych baśniami o latających czekoladach, latających dywanach i Potrójnej Bogini, i o kryształowej jaskini Aladyne pełnej dziwów, i o innej jaskini, w której Jezus zmartwychwstał po trzech dniach. Amen, abrakadabra, amen.

– A błogosławieństwa papieża zmieniają się w czekoladki we wszystkich kształtach i wszelkiego rodzaju, dzwony obracają się do góry wnętrzem, żeby zabrać te czekoladki ze sobą. I poprzez ciemność nocy lecąz powrotem, a kiedy dolatują do wież i dzwonnic w Wielką Niedzielę, znów się obracają sercami do dołu i zaczynają kołysać, żeby wydzwaniać swoją radość…

Dzwony Paryża, Rzymu, Kolonii, Pragi. Poranne dzwony, żałobne dzwony, wydzwaniające na przestrzeni lat naszej tułaczki z mamą, dzwony wielkanocne, nawet w pamięci takie głośne, że aż uszy bolą.

– A te czekoladki wylatują nad pola i miasteczka. Spadają jak z nieba, kiedy dzwony dzwonią. Niektóre uderzają w ziemię i rozlatują się na kawałki. Ale dzieci robią gniazdka, wieszają je wysoko na drzewach, żeby do nich "Wpadały jajka i kury, i króliki czekoladowe pralinki, i quimauves z migdałami…

Jeannot odwrócił się do mnie, ożywiony, uśmiechając się coraz szerzej.

– Fajne!

– To jest historyczne wytłumaczenie, dlaczego dostaje się czekoladę na Wielkanoc.

Z czcią nieomal i zarazem ostro, bo z nagłą pewnością, powiedział:

– Niech pani to zrobi! Proszę, niech pani to zrobi. Odwracam się, żeby obtoczyć trufle w kakao.

– Co mam zrobić?

– To! Tę historię wielkanocną. Byłoby tak fajnie… z dzwonami i papieżem, i wszystkim… i mógłby być festiwal czekolady… przez cały tydzień… moglibyśmy mieć gniazdka… i szukać wielkanocnych jajek… i… – Urwał, w podnieceniu ciągnąc mnie władczo za rękaw. – Madame Rocher… błagam panią…

Zza niego Anouk patrzyła na mnie uważnie. Kilkanaście upaćkanych czekoladą twarzy w tle nieśmiało, błagalnie porusza ustami.

Grand Festival du Chocolat. Rozważam ten pomysł. Zanim zakwitną bzy. Zawsze robię dla Anouk gniazdko z jajkiem i jej imieniem napisanym srebrzystym lukrem. Mógłby to być nasz własny karnawał, uczczenie faktu, że akceptujemy to miejsce na świecie. Pomysł dla mnie nienowy, ale usłyszeć o nim od obcego dziecka znaczy prawie tyle, co dotknąć jego realności.

– Będą nam potrzebne plakaty. – Udawałam, że się waham.

– My je zrobimy – Anouk zaproponowała entuzjastycznie.

– I flagi… dekoracje…

– I czekoladowy Jezus na krzyżu…

– Papież z białej czekolady?

– Czekoladowe baranki…

– I może być konkurs toczenia jajek… polowanie na skarb…

– Wszystkich zaprosimy, będzie…

– Fajnie!

– Tak, fajnie!

Śmiejąc się uniosłam rękę, żeby się uciszyli. Mój gest zaznaczyła arabeska z pyłu kakao w powietrzu.

– Zróbcie plakaty – powiedziałam – a resztę zostawcie mnie.

Anouk rzuciła mi się na szyję. Pachniała solą i wodą deszczową, miedzianym oparem ziemi i przemokłą roślinnością. Jej splątane włosy były kolczaste od kropel deszczu.

– Chodźcie do mojego pokoju! – wrzasnęła mi w ucho. – Mogą, prawda, że mogą, maman, powiedz, że mogą. Ja mam papier, kredki…

– Mogą – powiedziałam.

W godzinę później szybę wystawową zdobił duży plakat – projekt Anouk wykonany przez Jeannota. Zielone trochę drżące duże litery głoszą:

Grand Festival du Chocolat!

W La Celeste Praline Początek w Niedzielę Wielkanocną

Wszystkich zapraszamy!!! Kupujcie zaraz, póki są zapasy!!!

Wokół tego tekstu skaczą różne fantastyczne stworzenia. Jest postać w szacie i w wysokiej koronie, zapewne papież. Wycinanki w kształcie dzwonów, przyklejone grubą warstwą kleju, sterczą u jego stóp. Wszystkie te dzwony się uśmiechają.

Przez prawie całe dzisiejsze popołudnie hartuję nową Partię couverture i urządzam wystawę. PulcHne podłoże z zielonej bibułki to trawa. Papierowe kwiatki – żonkile i stokrotki, wkład Anouk, przypinam do framugi okna.

Nagromadzone, pokryte zielenią puszki po kakao tworzą poszarpane góry. Sztywny celofan spowija je jak pokrywa lodowa. W dole wije się rzeka z niebieskiej jedwabnej wstęgi, na której stoi kępa łodzi mieszkalnych. Poniżej ustawiam pochód figurek czekoladowych: kotów, psów, królików, niektórych z oczami z rodzynków, z różowymi uszami z marcepanu, z ogonkami z laseczek lukrecji i z kwiatkami z cukru w pyskach… No i są myszy. Na każdej nadającej się powierzchni myszy. Zbiegają z górskich zboczy, gnieżdżą się w kątach, są nawet w łodziach. Myszy z różowych i białych kokosanek, myszy czekoladowe w różnych kolorach i myszy pstre, myszy najrozmaitsze, pożył-kowane masą truflową i kremem marsschino i myszy lekko pozłacane. Króluje nad nimi zaklinacz, wspaniały w czer-wono-żółtym stroju, trzyma flet z cukru jęczmiennego w jednej ręce, kapelusz w drugiej. Mam setki foremek, rozmaitej wielkości gliniane na kamee i na czekoladki z likierem, cienkie z plastiku na jajka i figurki. Mogę też zrobić wyraziste twarze. Nakładam twarz na wydrążoną powłokę, dodaję włosy i wszelkie szczegóły za pomocą cieniutkich lejków, a potem zrobione oddzielnie korpusy i kończyny połączyć drucikami i roztopioną czekoladą… Mały kamuflaż – czerwona peleryna z marcepanu, tunika, kapelusz też z marcepanu, na kapeluszu długie pióra sięgające do obutych stóp. Mój zaklinacz rudowłosy, chociaż ubrany kolorowo, jest trochę podobny do Roux.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 65
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)