Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Prądy czasu [Up the Line - pl]
Prądy czasu [Up the Line - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Prądy czasu [Up the Line - pl]

Электронная книга - «Prądy czasu [Up the Line - pl]». Краткое содержание книги:

Gdyby ktoś chciał wybrać się na wycieczkę w przeszłość, w roku 2058 byłoby to możliwe, ale nie łudźmy się, ani tanie, ani bezpieczne. Należy przede wszystkim przestrzegać przepisów ustalonych przez służbę czasową. Co ma zrobić pilot wycieczki, jeśli niesforny turysta umknie z grupy i zagubi się w czasie? Przydarzyło się to Judsonowi Danielowi Elliotowi III… i zakończyło niewesoło.
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 60
Перейти на страницу:

Pod koniec pierwszej sesji zapoznawczej trzy dziewczyny, obaj dekoratorzy wnętrz i żona z Indianapolis mieli wyraźną ochotę na pójście do łóżka z Metaxasem. Nikt nie zwrócił uwagi na mnie.

— Wszystko zmieni się, kiedy już ruszymy — pocieszył mnie mój mentor. — Kilka pań z pewnością nie zaprotestuje. Bo ciebie interesują baby, prawda?

Miał racje. W trakcie naszej pierwszej nocy pod prądem wybrał sobie jedną z dziewczyn z Princeton, a dwie pozostałe zrezygnowały z niego niemal natychmiast i zaakceptowały mnie jako drugiego po Bogu. Z jakiegoś nie znanego mi powodu Metaxas wybrał piegowatego rudzielca z nosem jak kartofel i wielkimi stopami. Mnie została wysoka, smukła, pełna godności brunetka, tak doskonała pod każdym względem, że po prostu musiała być produktem jednego z najdroższych salonów genspirali, oraz wesoła ciemna blondynka o ciepłych oczach, ogromnym wdzięku i piersiach dwunastolatki. Wybrałem brunetkę i pożałowałem — zachowywała się w łóżku jak plastykowa lalka. Trochę przed świtem prze — handlowałem ją na blondynkę — z nią bawiłem się znacznie lepiej.

Metaxas był wspaniałym kurierem. Znał wszystkich, wiedział wszystko i zawsze potrafił ustawić nas tak, byśmy wszystko widzieli, nawet podczas największych uroczystości.

— Mamy styczeń 532 roku — tłumaczył właśnie. — Panuje cesarz Justynian. Ma on ambicję podbicia świata i władania nim z Konstantynopola. Jednak większość wielkich dokonań jest jeszcze przed nim. Miasto, jak widzicie, nadal wygląda niemal dokładnie tak jak w V wieku. Patrzycie na Wielki Pałac, za plecami macie Hagia Sophię Teodozjusza II, zbudowaną na planie starej bazyliki, jeszcze nie przebudowaną, bez słynnych kopuł. W mieście panuje napięcie, wkrótce zaczną się rozruchy. Idziemy w tę stronę.

Drżąc z zimna poszliśmy za Metaxasem. Szliśmy alejkami i wąziutkimi przejściami, których nie używaliśmy podczas wyprawy z Capistrano. Ani razu w trakcie całego pobytu nie dostrzegłem samego siebie, Capistrano ani nikogo z tej grupy. Jedną z legendarnych umiejętności Metaxasa było znajdowanie nowych podejść do standardowych scen. No, ale przecież nie miał wyboru. W tej chwili pięćdziesięciu, a może i stu Metaxasów prowadziło wycieczki przez Konstantynopol Justyniana. Zawodowa duma nakazywała mu unikać spotkania z którymś z samych siebie.

— W Konstantynopolu istnieją teraz dwie frakcje — tłumaczył — nam Metaxas. — Nazywają się Niebieskimi i Zielonymi. Każda z nich liczy sobie jakieś tysiąc osób. To prawdziwe łotry i obie frakcje są znacznie bardziej wpływowe, niż można byłoby wnioskować z ich liczebności. To jeszcze nie partie polityczne, ale już więcej niż tylko kibice drużyn sportowych; właściwie mają cechy obu tych grup. Niebiescy są bardziej arystokratyczni, Zieloni mają powiązania z klasami niższymi i kupcami. Każda z frakcji sprzyja drużynie w rozgrywanych w Hipodromie zawodach, każda sprzyja też określonemu kursowi polityki rządu. Justynian długo sympatyzował z Niebieskimi i Zieloni mu nie ufają. Cesarz jednak usiłuje sprawiać wrażenie neutralnego. W rzeczywistości chciałby zdławić obie frakcje, ponieważ obie są zagrożeniem dla jego potęgi. Każdej nocy któraś z nich wszczyna rozruchy na ulicach. Spójrzcie — oto Niebiescy.

Ruchem głowy wskazał nam grupkę niebezpiecznie wyglądających łobuzów. Było ich z dziesięciu. Długie włosy opadały im na ramiona, nosili brody i wąsy. Strzygli się tylko na czubku głowy. Tuniki mieli ciasno związane w talii, powyżej zaś, do ramion, były one bardzo szerokie i luźne. Wszyscy nosili kolorowe peleryny i spodnie przypominające bryczesy. Wszyscy uzbrojeni byli w krótkie obosieczne miecze. Wyglądali na brutalnych i niebezpiecznych.

— Zaczekajcie — powiedział Metaxas i podszedł do nich.

Niebiescy pozdrowili go jak starego przyjaciela, klepali po ramionach, śmieli się, krzyczeli z radości. Nie słyszałem rozmowy, ale widziałem, jak Metaxas ściska im dłonie i mówi coś spokojnie, pewnie, lecz szybko. Jeden z Niebieskich wręczył mu flaszkę wina; nasz kurier pociągnął z niej długi łyk. Potem, jakby się upił, zgrabnie wyjął Niebieskiemu miecz z pochwy i udał, że go nim przebija. Zgromadzeni zaśmiewali się i tańczyli z radości. Teraz wskazał na nas; Niebiescy przytaknęli skinieniem głów, obejrzeli sobie dziewczyny, puszczali oczka, wykonywali nieprzyzwoite gesty. Wreszcie wezwano nas na drugą stronę ulicy.

— Jesteśmy zaproszeni do Hipodromu jako goście moich przyjaciół — oznajmił Metaxas. — Wyścigi zaczynają się w przyszłym tygodniu. Tej nocy mamy pozwolenie na towarzyszenie Niebieskim w wybrykach.

Nie wierzyłem własnym uszom. Kiedy byłem tu z Capistrano, przemykaliśmy pod murami, staraliśmy się nie rzucać w oczy, był to bowiem czas gwałtów i nocnych morderstw, po zmroku przestawało funkcjonować prawo. Jak Metaxas śmie prowadzać nas w towarzystwie kryminalistów!

Śmiał. I oto przebiegaliśmy Konstantynopol, patrząc jak Niebiescy szaleją, rabują, gwałcą i mordują. Na obywateli miasta śmierć czyhała za rogiem, my byliśmy bezpieczni — uprzywilejowani świadkowie rządów terroru. Metaxas uwijał się pośród koszmaru niczym karłowaty szatan, bawił się wraz z przyjaciółmi, parę razy widziałem nawet, jak wskazywał im ofiary!

Rankiem wszystko to wydało się nam snem. Upiory gwałtu znikły wraz z mrokami nocy; w bladym świetle styczniowego słońca oglądaliśmy miasto, słuchając komentarza naszego przewodnika.

— Justynian był wielkim wodzem, wielkim prawodawcą, wielkim dyplomatą i wielkim budowniczym — tłumaczył Metaxas. — Taki werdykt wydała historia. Mamy także „Historię tajemną” Prokopa, według której Justynian był zarówno królem, jak i błaznem, jego małżonka Teodora zaś demoniczną, wściekłą suką. Znam tego Prokopa. To dobry człowiek, wyśmienity pisarz, poglądy ma niestety nieco purytańskie, no i jest łatwowierny. Co do Justyniana i Teodory, ma jednak całkowitą rację. Justynian to wielki człowiek do wielkich spraw, lecz bywał wyjątkowo małostkowy i złośliwy w małych sprawach. Teodora — w tym momencie splunął — Teodora to królowa kurw. Tańczy nago na dyplomatycznych ucztach, ukazuje się naga publicznie, sypia ze swymi sługami. Słyszałem także, że oddaje się psom i osłom. Jest zepsuta w stopniu dokładnie odpowiadającym sądom Prokopa.

Oczy Metaxasa błyszczały. Nie musiał mówić o tym otwarcie — wiedziałem, że dzielił łoże z Teodora.

Tego samego dnia, nieco później, wyszeptał mi do ucha:

— Mogę załatwić ją dla ciebie. Praktycznie bez ryzyka. Marzyłeś kiedykolwiek, żeby przespać się z cesarzową Bizancjum?

— Ale ryzyko…

— Jakie ryzyko? Masz timer, w każdej chwili możesz wyrwać się na wolność! Posłuchaj mnie, chłopcze, przecież to cyrkówka. Wsadzi ci pięty w uszy! Ona człowieka po prostu pochłania! Mogę ci ją załatwić. Mogę ci załatwić cesarzową Bizancjum! Żonę Justyniana.

— Może następnym razem — wybełkotałem. — Wiesz… no… lepiej nie teraz. Ten interes to dla mnie ciągle coś nowego i…

— Boisz się jej, co?

— Nie jestem jeszcze gotów na pieprzenie cesarzowej — oznajmiłem godnie.

— Przecież wszyscy ją pieprzą!

— Kurierzy też?

— Z pewnością większość.

— Następnym razem — obiecałem.

Sam pomysł, prawdę mówiąc, po prostu mnie przerażał. Musiałem go jakoś odrzucić. Metaxas jednak źle mnie zrozumiał — nie jestem człowiekiem wstydliwym i nie bałem się przyłapania przez Justyniana. Nie, nic takiego, po prostu nie potrafiłem zobaczyć się w historii. Podróże pod prąd nadal były dla mnie czymś w rodzaju magii; posunięcie magicznego potwora typu Teodory uczyniłoby je aż nazbyt rzeczywistymi. Metaxas śmiał się ze mnie, przez chwilę miałem nawet wrażenie, że mną pogardza, ale na zakończenie rozmowy powiedział:

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 60
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)