Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Valentine Pontifex [pl]
Valentine Pontifex [pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Valentine Pontifex [pl]

Электронная книга - «Valentine Pontifex [pl]». Краткое содержание книги:

Gigantyczną planetę Majipoor o średnicy dziesięciokrotnie większej niż Ziemia zasiedlili w odległej przeszłości koloniści z naszej planety, znajdując na niej miejsce wśród rasy tubylczej, którą nazwali Metamorfami, jako że potrafią oni zmieniać wygląd. W wyniku przegranej wojny z ludźmi, Zmiennokształtni zostają zmuszeni do zamieszkania w rezerwatach. Na Majipoor przybywają tymczasem inne rasy: maleńcy Vroonowie, czteroręcy Skandarzy i dwugłowi Su-Suherisi. Niektóre z tych istot posiadają umiejętności parazmysłowe umożliwiające uprawianie magii.
Spokój snów Lorda Valentine'a, władcy olbrzymiego świata Majipoor, zakłócają mroczne koszmary, które niebawem stają się rzeczywistością. Majipoor staje wobec groźby kolejnej wojny z Metamorfami, którzy chcą wypędzić ze swojej planety najeźdźców. Zaprowadzony przez Koronala ład może runąć. Aby ocalić swój świat, Koronal zrzeka się władzy na rzecz młodego następcy Hissune'a.
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 104
Перейти на страницу:

Carabella, która przez cały dzień wyglądała przez okno ślizgacza, jakby siłą spojrzenia chciała przyspieszyć podróż przez to ponure pustkowie, wykrzyknęła z nagłą radością:

— Spójrz, Valentinie! Chyba rzeczywiście opuszczamy już pustynię.

— Niemożliwe. Może za trzy lub cztery dni. Albo za pięć, albo za sześć, albo za siedem…

— Może raczysz spojrzeć!

Valentine odłożył plik karteczek z najnowszymi wiadomościami, które przeglądał, wyprostował się i popatrzył ponad jej ramieniem. Tak! Na Boginię, widział zieleń! I to nie szarą zieleń jakichś pokręconych, kruchych, uparcie żywotnych, żałosnych pustynnych roślin, lecz głęboką, pulsującą życiem zieleń prawdziwej szaty roślinnej Majipooru, świadczącą o wzroście, o żywotności. A więc wydostał się nareszcie z zaklętego kręgu Labiryntu, nareszcie królewska karawana opuszczała wyschniętą równinę, na której wybudowano podziemną stolicę świata. Zbliżali się do prowincji diuka Nascimonte'a: Jezioro Kości Słoniowej, góra Ebersinul, pola thuyolu i milailów, wielka rezydencja, o której tyle opowiadano…

Delikatnie oparł rękę na karku Carabelli, zacisnął dłoń na jej szyi, czując pod palcami twarde mięśnie — po części był to masaż, po części pieszczota. Jak dobrze, że znów jest przy nim! Dołączyła do grupy dokonującej objazdu przed tygodniem, w rumach Velalisier, i już razem wizytowali wykopaliska archeologiczne w wielkim kamiennym mieście, które Metamorfowie opuścili piętnaście, dwadzieścia tysięcy lat temu. Pojawienie się Carabelli natychmiast poprawiło jego ponury nastrój.

— Pani, tak strasznie samotny byłem bez ciebie w Labiryncie — powiedział cicho.

— Żałuję, że nie mogłam ci towarzyszyć. Wiem, jak nienawidzisz tego miejsca. A kiedy mi jeszcze powiedzieli, że zasłabłeś, czułam się taka winna, tak się wstydziłam, że jestem daleko, gdy ty… gdy ty… — Carabella potrząsnęła głową. — Byłabym przy tobie, gdybym tylko mogła. Przecież wiesz, Valentinie. Ale obiecałam obywatelom Stee, że wezmę udział w otwarciu ich nowego muzeum…

— Tak, oczywiście. Małżonka Koronala również ma obowiązki.

— Nadal wydaje mi się to takie dziwne. “Małżonka Koronala”. Mała cyrkówka z Tilomon mieszka na Górze Zamkowej, przemawia, otwiera muzea…

— Nadal “cyrkówka z Tilomon?” Po tylu latach? Wzruszyła ramionami i przeciągnęła dłonią po pięknych, ciemnych, krótko przystrzyżonych włosach.

— Moje życie to łańcuch dziwnych zdarzeń. Jakże mogłabym o tym zapomnieć? Gdybym nie zamieszkała w tej gospodzie wraz z trupą żonglerów Zalzana Kavola akurat wtedy, kiedy się pojawiłeś… gdyby nie okradziono cię z pamięci i nie zostawiono w Pidruid, takiego niewinnego jak czarnonosy blave…

— Lub gdybyś urodziła się w czasach Lorda Havilbove'a albo na jakiejś innej planecie…

— Nie kpij ze mnie, Valentinie.

— Przepraszani, kochanie. — Ujął jej małą rękę w swe wielkie dłonie. — Tylko jak długo jeszcze będziesz oglądała się za siebie — na to, kim byłaś? Kiedy wreszcie w pełni zaakceptujesz życie, które prowadzisz teraz?

— Chyba nigdy naprawdę go nie zaakceptuję — odparła z namysłem.

— Pani moja, jak możesz tak mówić…?

— Wiesz, dlaczego tak mówię, Valentinie. Valentine na moment przymknął oczy.

— Jeszcze raz powtarzam ci, Carabello: kochają cię wszyscy rycerze z Góry, wszyscy książęta, wszyscy panowie… Są ci oddani, podziwiają cię, szanują i…

— Elidath, owszem. I Tunigorn, i Stasilane, i inni im podobni. Ci, którzy naprawdę cię kochają, kochają także i mnie. Lecz dla wielu pozostaję parweniuszką, prostaczką, intruzem, czymś, co zdarzyło ci się przypadkiem… królewską nałożnicą…

— Jakich innych?

— Dla Diwisa — odparła po chwili wahania. — I dla tych paniąt i rycerzyków z jego frakcji. I nie tylko. Książę Halanx kpił sobie ze mnie w obecności mych dworek! Książę Halanx, Valentinie, twego rodzinnego miasta! A książę Manganot z Banglecode? Jest ich o wiele więcej. — Obróciła się ku niemu, dostrzegł ból w jej ciemnych oczach. — Czyżbym to sobie tylko wyobrażała? Czy słyszę szepty w szeleście suchych liści? Och, Valentinie, czasami myślę, że to oni mają rację, ze źle zrobiłam, zostając twą żoną, że Koronal nie powinien poślubić kobiety z ludu. Nie pasuję do twego dworu. Nigdy nie będę pasowała. Panie, muszę przyczyniać ci tyle smutku…

— Dajesz mi radość i tylko radość. Spytaj Sleeta, co czułem tydzień temu, w Labiryncie, i jak zmieniłem się, kiedy przyjechałaś. Spytaj Shanamira… Tunigorna… spytaj kogokolwiek…

— Wiem, kochanie. Kiedy przyjechałam, byłeś taki smutny, taki poważny. Niemal cię nie poznałam… ta zmarszczka pomiędzy brwiami, to gniewne spojrzenie…

— Kilka dni z tobą leczy mnie z każdej choroby.

— A jednak sądzę, że nadal nie w pełni jesteś sobą. Czyżby dlatego, że ciągle nosisz w duszy wspomnienie Labiryntu? A może to pustynia przyprawia cię o depresję? Albo ruiny?

— Nie, chyba nie o to chodzi.

— A więc o co?

Wpatrywał się w pejzaż za oknem ślizgacza. Widział, jak ziemia coraz mocniej się zieleni, dostrzegał stopniową inwazję traw i drzew na coraz bardziej pofałdowanym terenie. Powinno sprawić mu to większą radość, niż sprawiało — lecz na jego duszy ciążyło brzemię przygnębienia, którego nie potrafił zrzucić.

Po chwili namysłu powiedział:

— Ten sen, Carabello… ta wizja, przepowiednia… nie potrafię przestać o niej myśleć. Och, co też historia będzie miała o mnie do powiedzenia! Koronal, który stracił tron, został żonglerem, a potem odzyskał władzę i rządził lekkomyślnie, pozwalając, by jego świat ogarnął chaos, szaleństwo… Carabello, Carabello, czyżbym tak właśnie rządził? Czy po czternastu tysiącach lat mam być ostatnim Koronalem? Czy będzie w ogóle ktoś, kto opisze moją historię? Jak sądzisz?

— Z pewnością nie rządziłeś lekkomyślnie.

— Czy nie jestem zbyt spokojny, zbyt łagodny, zbyt skłonny rozpatrywać każdy problem ze wszystkich stron?

— To nie są wady.

— Sleet jest innego zdania. Sleet sądzi, że odraza, którą żywię do wojny, do jakiegokolwiek gwałtu, prowadzi mnie na manowce. Wyjaśnił mi to bardzo dokładnie.

— Nie będzie wojny, panie.

— Ten sen…

— Sądzę, że tłumaczysz go sobie zbyt dosłownie.

— Nie — powiedział Valentine. — Takie wyjaśnienia zapewniają tylko fałszywy spokój. Tisana i Deliamber zgadzają się ze mną — znajdujemy się w przededniu jakiegoś wielkiego nieszczęścia, być może wojny. Sleet… Sleet jest tego pewien. Uparł się, że Zmiennokształtni mają zamiar powstać przeciw nam, mówi, że od siedmiu tysięcy lat planują świętą wojnę.

— Sleet zbyt jest żądny krwi. I od najwcześniejszej młodości żyje w irracjonalnym strachu przed Metamorfami. Przecież wiesz.

— Kiedy przed ośmiu laty odbiliśmy Zamek i odkryliśmy, że aż roi się w nim od Metamorfów… czy było to złudzenie?

— Próba przejęcia władzy skończyła się ich klęską, prawda?

— Czy wobec tego możemy mieć pewność, że więcej tego nie spróbują?

— Jeśli twa polityka odniesie sukces, Valentinie…

— Moja polityka! Jaka polityka? Wyciągam dłoń ku Metamorfom, a oni prześlizgują mi się między palcami. Wiesz, że spodziewałem się mieć przy boku kilku ich wodzów, kiedy w zeszłym tygodniu zwiedzałem ruiny Velalisier? Chciałem, by widzieli, z jaką pieczołowitością odbudowujemy ich święte miasto, żeby zobaczyli, jakie znaleźliśmy skarby, żeby — być może — zabrali najświętsze ze znalezisk ze sobą, do Piurifayne. Lecz nie otrzymałem od nich żadnej odpowiedzi, nie raczyli mi nawet odmówić!

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)