Valentine Pontifex [pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-019-4
- Переводчик: Krzysztof Sokolowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Valentine Pontifex [pl]». Краткое содержание книги:
Spokój snów Lorda Valentine'a, władcy olbrzymiego świata Majipoor, zakłócają mroczne koszmary, które niebawem stają się rzeczywistością. Majipoor staje wobec groźby kolejnej wojny z Metamorfami, którzy chcą wypędzić ze swojej planety najeźdźców. Zaprowadzony przez Koronala ład może runąć. Aby ocalić swój świat, Koronal zrzeka się władzy na rzecz młodego następcy Hissune'a.
Carabella, która przez cały dzień wyglądała przez okno ślizgacza, jakby siłą spojrzenia chciała przyspieszyć podróż przez to ponure pustkowie, wykrzyknęła z nagłą radością:
— Spójrz, Valentinie! Chyba rzeczywiście opuszczamy już pustynię.
— Niemożliwe. Może za trzy lub cztery dni. Albo za pięć, albo za sześć, albo za siedem…
— Może raczysz spojrzeć!
Valentine odłożył plik karteczek z najnowszymi wiadomościami, które przeglądał, wyprostował się i popatrzył ponad jej ramieniem. Tak! Na Boginię, widział zieleń! I to nie szarą zieleń jakichś pokręconych, kruchych, uparcie żywotnych, żałosnych pustynnych roślin, lecz głęboką, pulsującą życiem zieleń prawdziwej szaty roślinnej Majipooru, świadczącą o wzroście, o żywotności. A więc wydostał się nareszcie z zaklętego kręgu Labiryntu, nareszcie królewska karawana opuszczała wyschniętą równinę, na której wybudowano podziemną stolicę świata. Zbliżali się do prowincji diuka Nascimonte'a: Jezioro Kości Słoniowej, góra Ebersinul, pola thuyolu i milailów, wielka rezydencja, o której tyle opowiadano…
Delikatnie oparł rękę na karku Carabelli, zacisnął dłoń na jej szyi, czując pod palcami twarde mięśnie — po części był to masaż, po części pieszczota. Jak dobrze, że znów jest przy nim! Dołączyła do grupy dokonującej objazdu przed tygodniem, w rumach Velalisier, i już razem wizytowali wykopaliska archeologiczne w wielkim kamiennym mieście, które Metamorfowie opuścili piętnaście, dwadzieścia tysięcy lat temu. Pojawienie się Carabelli natychmiast poprawiło jego ponury nastrój.
— Pani, tak strasznie samotny byłem bez ciebie w Labiryncie — powiedział cicho.
— Żałuję, że nie mogłam ci towarzyszyć. Wiem, jak nienawidzisz tego miejsca. A kiedy mi jeszcze powiedzieli, że zasłabłeś, czułam się taka winna, tak się wstydziłam, że jestem daleko, gdy ty… gdy ty… — Carabella potrząsnęła głową. — Byłabym przy tobie, gdybym tylko mogła. Przecież wiesz, Valentinie. Ale obiecałam obywatelom Stee, że wezmę udział w otwarciu ich nowego muzeum…
— Tak, oczywiście. Małżonka Koronala również ma obowiązki.
— Nadal wydaje mi się to takie dziwne. “Małżonka Koronala”. Mała cyrkówka z Tilomon mieszka na Górze Zamkowej, przemawia, otwiera muzea…
— Nadal “cyrkówka z Tilomon?” Po tylu latach? Wzruszyła ramionami i przeciągnęła dłonią po pięknych, ciemnych, krótko przystrzyżonych włosach.
— Moje życie to łańcuch dziwnych zdarzeń. Jakże mogłabym o tym zapomnieć? Gdybym nie zamieszkała w tej gospodzie wraz z trupą żonglerów Zalzana Kavola akurat wtedy, kiedy się pojawiłeś… gdyby nie okradziono cię z pamięci i nie zostawiono w Pidruid, takiego niewinnego jak czarnonosy blave…
— Lub gdybyś urodziła się w czasach Lorda Havilbove'a albo na jakiejś innej planecie…
— Nie kpij ze mnie, Valentinie.
— Przepraszani, kochanie. — Ujął jej małą rękę w swe wielkie dłonie. — Tylko jak długo jeszcze będziesz oglądała się za siebie — na to, kim byłaś? Kiedy wreszcie w pełni zaakceptujesz życie, które prowadzisz teraz?
— Chyba nigdy naprawdę go nie zaakceptuję — odparła z namysłem.
— Pani moja, jak możesz tak mówić…?
— Wiesz, dlaczego tak mówię, Valentinie. Valentine na moment przymknął oczy.
— Jeszcze raz powtarzam ci, Carabello: kochają cię wszyscy rycerze z Góry, wszyscy książęta, wszyscy panowie… Są ci oddani, podziwiają cię, szanują i…
— Elidath, owszem. I Tunigorn, i Stasilane, i inni im podobni. Ci, którzy naprawdę cię kochają, kochają także i mnie. Lecz dla wielu pozostaję parweniuszką, prostaczką, intruzem, czymś, co zdarzyło ci się przypadkiem… królewską nałożnicą…
— Jakich innych?
— Dla Diwisa — odparła po chwili wahania. — I dla tych paniąt i rycerzyków z jego frakcji. I nie tylko. Książę Halanx kpił sobie ze mnie w obecności mych dworek! Książę Halanx, Valentinie, twego rodzinnego miasta! A książę Manganot z Banglecode? Jest ich o wiele więcej. — Obróciła się ku niemu, dostrzegł ból w jej ciemnych oczach. — Czyżbym to sobie tylko wyobrażała? Czy słyszę szepty w szeleście suchych liści? Och, Valentinie, czasami myślę, że to oni mają rację, ze źle zrobiłam, zostając twą żoną, że Koronal nie powinien poślubić kobiety z ludu. Nie pasuję do twego dworu. Nigdy nie będę pasowała. Panie, muszę przyczyniać ci tyle smutku…
— Dajesz mi radość i tylko radość. Spytaj Sleeta, co czułem tydzień temu, w Labiryncie, i jak zmieniłem się, kiedy przyjechałaś. Spytaj Shanamira… Tunigorna… spytaj kogokolwiek…
— Wiem, kochanie. Kiedy przyjechałam, byłeś taki smutny, taki poważny. Niemal cię nie poznałam… ta zmarszczka pomiędzy brwiami, to gniewne spojrzenie…
— Kilka dni z tobą leczy mnie z każdej choroby.
— A jednak sądzę, że nadal nie w pełni jesteś sobą. Czyżby dlatego, że ciągle nosisz w duszy wspomnienie Labiryntu? A może to pustynia przyprawia cię o depresję? Albo ruiny?
— Nie, chyba nie o to chodzi.
— A więc o co?
Wpatrywał się w pejzaż za oknem ślizgacza. Widział, jak ziemia coraz mocniej się zieleni, dostrzegał stopniową inwazję traw i drzew na coraz bardziej pofałdowanym terenie. Powinno sprawić mu to większą radość, niż sprawiało — lecz na jego duszy ciążyło brzemię przygnębienia, którego nie potrafił zrzucić.
Po chwili namysłu powiedział:
— Ten sen, Carabello… ta wizja, przepowiednia… nie potrafię przestać o niej myśleć. Och, co też historia będzie miała o mnie do powiedzenia! Koronal, który stracił tron, został żonglerem, a potem odzyskał władzę i rządził lekkomyślnie, pozwalając, by jego świat ogarnął chaos, szaleństwo… Carabello, Carabello, czyżbym tak właśnie rządził? Czy po czternastu tysiącach lat mam być ostatnim Koronalem? Czy będzie w ogóle ktoś, kto opisze moją historię? Jak sądzisz?
— Z pewnością nie rządziłeś lekkomyślnie.
— Czy nie jestem zbyt spokojny, zbyt łagodny, zbyt skłonny rozpatrywać każdy problem ze wszystkich stron?
— To nie są wady.
— Sleet jest innego zdania. Sleet sądzi, że odraza, którą żywię do wojny, do jakiegokolwiek gwałtu, prowadzi mnie na manowce. Wyjaśnił mi to bardzo dokładnie.
— Nie będzie wojny, panie.
— Ten sen…
— Sądzę, że tłumaczysz go sobie zbyt dosłownie.
— Nie — powiedział Valentine. — Takie wyjaśnienia zapewniają tylko fałszywy spokój. Tisana i Deliamber zgadzają się ze mną — znajdujemy się w przededniu jakiegoś wielkiego nieszczęścia, być może wojny. Sleet… Sleet jest tego pewien. Uparł się, że Zmiennokształtni mają zamiar powstać przeciw nam, mówi, że od siedmiu tysięcy lat planują świętą wojnę.
— Sleet zbyt jest żądny krwi. I od najwcześniejszej młodości żyje w irracjonalnym strachu przed Metamorfami. Przecież wiesz.
— Kiedy przed ośmiu laty odbiliśmy Zamek i odkryliśmy, że aż roi się w nim od Metamorfów… czy było to złudzenie?
— Próba przejęcia władzy skończyła się ich klęską, prawda?
— Czy wobec tego możemy mieć pewność, że więcej tego nie spróbują?
— Jeśli twa polityka odniesie sukces, Valentinie…
— Moja polityka! Jaka polityka? Wyciągam dłoń ku Metamorfom, a oni prześlizgują mi się między palcami. Wiesz, że spodziewałem się mieć przy boku kilku ich wodzów, kiedy w zeszłym tygodniu zwiedzałem ruiny Velalisier? Chciałem, by widzieli, z jaką pieczołowitością odbudowujemy ich święte miasto, żeby zobaczyli, jakie znaleźliśmy skarby, żeby — być może — zabrali najświętsze ze znalezisk ze sobą, do Piurifayne. Lecz nie otrzymałem od nich żadnej odpowiedzi, nie raczyli mi nawet odmówić!