Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl]
Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl]

Электронная книга - «Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl]». Краткое содержание книги:

Czternastoletni Hissume, towarzysz lorda Valentine'a z czasów wyprawy, która miała na celu odzyskanie tronu koronala władającego ogromnym światem Majipooru, urozmaica sobie monotoną pracę w archiwach Labityntu nielegalnymi wyprawami do Rejestru Dusz.
Dzięki specjalnym urządzeniom do odtwarzania myslowych zapisów można tam przeżyć to, czego kiedyś doświadczały miliony rozumnych istot zamieszkujacych planetęprzez kilkanaście tysięcy lat. Wcielająca się na krótko w rozmaite postacie — władców, bohaterów, a także zwykłych mężczyzn i kobiet — Hissume w ciągu czterech lat zdobyła doswiadczenie, które pozwoli mu zrozumieć Majipoor…
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 83
Перейти на страницу:

— Ziemia — zasugerował nawigator. Wyspy… atol…

— Ze wszystkich stron wokół nas? — W głosie Vormechta brzmiała wyraźna dezaprobata. — Nie, Galimoin. Wpłynęliśmy w środek obszaru smoczej trawy. Smoki nie utorowały nam drogi, to złudzenie. Jesteśmy w pułapce.

— To tylko wodorosty — stwierdził Galimoin. — Jeśli będzie trzeba, zrobimy sobie przejście.

Lavon z niepokojem przepatrywał horyzont. Zaczynał podzielać obawy Vormechta. Parę godzin temu widzieli pojedyncze pasma lub maleńkie wysepki trawy, lecz teraz, choć statek płynął po czystej wodzie, wyglądało na to, że zawsząd otoczeni są jej szczelnym pierścieniem. Czy jednak warstwa wodorostów może stać się tak gruba, by ich powstrzymać?

Słońce już zachodziło. Ciężkie, upalne powietrze nabrało odcienia różu, a potem szybko zrobiło się szare. Ze wschodu nadciągnęła ciemność, ogarniając żeglarzy.

— Rano wyślemy łodzie i zobaczymy wszystko, co jest do zobaczenia — oznajmił Lavon.

Po kolacji Joachil Noor przedstawiła wyniki badań nad trawą. Okazało się, że jest to gigantyczna alga, bardzo interesująca z biochemicznego punktu widzenia, warta dokładniejszego zbadania. Joachil rozwodziła się nad skomplikowanym wzorem zmian kolorów i wielkimi zdolnościami ruchowymi. Cała załoga, nawet ludzie od całych tygodni pogrążeni w beznadziejnej depresji, tłoczyła się wokół naczynia z próbką smoczej trawy, żeby tylko jej dotknąć, porozmyślać i pogadać o niej. Sinnabor Lavon cieszył się w duchu, widząc, jak miejsce marazmu zajmuje ożywienie.

Tej nocy śnił, że tańczy na wodzie, z werwą wykonując solową partię w jakimś pełnym ognia balecie. Pod nogami miał grubą, twardą pokrywę smoczej trawy.

Na godzinę przed świtem obudziło go gwałtowne stukanie do drzwi kajuty. Walił w nie Skandar imieniem Skeen, który pełnił trzecią wachtę.

— Szybko… smocza trawa… kapitanie — wydyszał. Prawdziwe rozmiary nieszczęścia widać było nawet w słabym świetle rodzącego się dnia. „Spurifon” płynął przez całą noc, ale w ruchu była także trawa i teraz statek tkwił w jej gęstym kożuchu, który wydawał się rozciągać bez końca. Widok, który ukazał się w pierwszych zielonych promieniach porannego słońca, sprawiał wrażenie obrazu ze snu: całe miliardy splątanych ze sobą pasm; pulsująca, wijąca się, falująca powierzchnia, która mieniła się pełną gamą głębokich kolorów. Wśród tej niesamowicie splątanej sieci widać było gdzieniegdzie jej mieszkańców, wślizgujących się w wodorosty i wyślizgujących z nich, pełzających, ukazujących się i znikających, szukających czegoś pracowicie, żerujących niezmordowanie. Wokół unosił się zapach tak przenikliwy, iż wydawało się, że atakuje bezpośrednio mózg. Jak okiem sięgnąć — ani śladu czystej wody. „Spurifon” tkwił unieruchomiony, tak spokojny, jakby w ciągu nocy przeniósł się tysiąc kilometrów w głąb pustyni Suvraelu.

Lavon spojrzał na swego pierwszego oficera. Vormecht, wczoraj tak wojowniczy i rozdrażniony, dziś sprawiał wrażenie spokojnego i zrezygnowanego. Popatrzył na nawigatora Galimoina, którego hałaśliwy optymizm ustąpił miejsca niepewności i napięciu, co łatwo było odczytać z nieruchomego wzroku i mocno zaciśniętych warg.

— Wyłączyliśmy silniki — powiedział Vormecht. — Wsysały trawę przez tuleję. Rotory zatkały się niemal natychmiast.

— Można je oczyścić? — spytał Lavon.

— Właśnie próbujemy. Ale gdy tylko włączymy silniki, znów zapchają się trawą, wsysaną przez każdą najmniejszą szczelinę.

Lavon skrzywił się i spojrzał na nawigatora.

— Czy określił pan obszar zajmowany przez wodorosty?

— Za pomocą naszych instrumentów nie zdołaliśmy oznaczyć jego granic, kapitanie.

— A głębokość?

— Algi są jak trawnik. Nasze sondy go nie przebiją. Lavon powolutku wytchnął powietrze z płuc.

— Natychmiat spuścić łodzie. Musimy zbadać, z czym mamy walczyć. Vormecht, wyślij dwóch nurków, niech sprawdzą głębokość pokrywy wodorostów i znajdą jakiś sposób zamontowania osłony silników. I przyślij mi Joachil Noor.

Drobna pani biolog pojawiła się niemal natychmiast. Widać po niej było zmęczenie, lecz także jakąś przewrotną satysfakcję. Nim kapitan zdołał otworzyć usta, powiedziała:

— Całą noc badałam te algi. Żywią się metalami. Wykryłam wysoką koncentrację renu i wanadu w ich…

— Czy zdaje sobie pani sprawę z tego, że się zatrzymaliśmy? Najwyraźniej wcale jej to nie zainteresowało.

— Właśnie zauważyłam.

— Wygląda na to, że znaleźliśmy się w jakiejś starodawnej baśni, w której statki zostają unieruchomione przez wodorosty i zmieniają się we wraki. Możemy zostać tu na dłuższy czas.

— To da nam szansę dokładnego przestudiowania tego unikalnego ekosystemu, kapitanie.

— Być może będziemy go studiować do końca życia.

— Tak pan naprawdę sądzi? — Joachil Noor wreszcie się ocknęła.

— Nie mam najmniejszego pojęcia. Lecz chciałbym, by zmieniła pani kierunek swych badań, przynajmniej na jakiś czas. Niech pani stwierdzi, co zabija te rośliny, oprócz, oczywiście, wystawienia ich na działanie powietrza. Jeśli w ogóle zamierzamy się stąd wydostać, być może będziemy zmuszeni wypowiedzieć im biologiczną wojnę. Potrzebuję jakiegoś środka, jakiejś metody, jakiegoś sposobu, który utrzyma je z dala od rotorów.

— Niech pan złapie dwa smoki — zaproponowała Noor — przywiąże je po obu stronach dziobu, to wygryzą nam wolną drogę.

Sinnabor Lavon nie uśmiechnął się.

— Proszę potraktować ten problem poważnie — powiedział. — I zgłosić się do mnie z raportem.

Obserwował, jak opuszczono dwie szalupy, każda z załogą czterech marynarzy. Miał nadzieję, że trawa nie zaszkodzi ich mechanizmom, ale rozczarował się — śruby zostały oplatane niemal natychmiast i marynarze musieli odczepić wiosła, by za ich pomocą powoli, z wysiłkiem ruszyć naprzód, przy czym nieustannie przerywali pracę i pałkami odpędzali gigantyczne skorupiaki, wędrujące wśród smoczej trawy. Przez piętnaście minut lodzie oddaliły się od statku nie więcej niż na sto metrów. Tymczasem dwóch nurków w maskach, człowiek i Hjort, zanurzyło się tuż przy burcie statku, wykarczowawszy sobie przedtem drogę w głębinę. Kiedy po pół godzinie nie wrócili, Lavon spytał:

— Vormecht, jak długo człowiek może pozostać pod wodą w tej masce?

— Mniej więcej tyle, ile tam siedzą. Hjort może nieco dłużej, ale niewiele.

— Tak właśnie myślałem.

— Nie możemy posłać za nimi kolejnych nurków, prawda?

— Nie możemy — stwierdził ponuro Lavon. — Czy pana zdaniem nasza łódź podwodna przebije się przez tę trawę?

— Prawdopodobnie nie.

— Ja też w to wątpię. Ale musimy spróbować. Proszę ogłosić, że poszukujemy ochotników.

Na pokładzie „Spurifona” znajdowała się niewielka łódź podwodna przeznaczona do badali naukowych, nie używana od miesięcy. Przygotowania do zanurzenia zajęły ponad godzinę. Los obu nurków był już przypieczętowany i Lavon czuł, jak świadomość ich śmierci ściska mu duszę niczym stalowa obręcz. Nie znał wypadku, by ktoś umarł z jakiegokolwiek innego powodu prócz starości i trudno mu było pojąć, że śmierć może być przypadkowa. Równie trudno było przyjąć do wiadomości fakt, że za tę śmierć to on ponosi odpowiedzialność.

Do łodzi podwodnej wsiadła załoga złożona z trzech marynarzy-ochotników, następnie spuszczono ją ze statku. Przez moment spoczywała na warstwie trawy, później załoga uruchomiła manipulatory i jak jakiś wielki, błyszczący krab łódź zaczęła przedzierać się w głąb. Szło to bardzo powoli, smocza trawa bowiem cały czas ją oplatywała, tworząc nową sieć niemal równie szybko, jak ulegała zniszczeniu stara, ostatecznie jednak łódź zanurzyła się pod wodę.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 83
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)