Próba Ognia
- Автор: Сандему Маргит
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Próba Ognia». Краткое содержание книги:
Móri i jego przyjaciele odkrywają tymczasem nową możliwość rozwiązania zagadki znaku Słońca. Móri, Tiril i Erling, nie bacząc na żadne przeszkody, wyruszają na pełną przygód wyprawę, gotowi przejść przez próbę ognia.
Tiril siedziała, nie mówiąc ani słowa. Zupełnie nie wiedziała, co ma myśleć czy odczuwać na wiadomość, że jej ojciec został właśnie biskupem. W tamtym czasie, kiedy ona przyszła na świat, nie był kapłanem, jak się domyślała. Ale już wtedy marzył o tym, by zostać kardynałem.
W Kościele jest wielu ludzi żądnych kariery.
Ona i Móri rozmawiali poprzedniego wieczora o nowych informacjach i o jej pochodzeniu. Leżała na ramieniu Móriego i patrzyła w sufit długo w noc. Rozmawiali do późna, a ona co chwila zaczynała płakać. To może dziwne, ale właściwie nie odczuwała potrzeby poznania swego ojca, w każdym razie żadnych takich pragnień jak w czasie, kiedy szukali matki i kiedy to rozpaczliwie tęskniła do owej nieznajomej kobiety.
Teraz odczuwała jedynie pustkę.
Może dlatego, że Theresa broniła go tak zajadle, odnosili wrażenie, że jest słaby i żałosny. To, oczywiście, paskudna myśl i z pewnością też niesprawiedliwa.
Tak czy inaczej Tiril wcale nie marzyła o tym, by go poznać. W każdym razie od chwili, gdy dowiedziała się nieco więcej.
Móri nie chciał dać za wygraną i wyrażał przekonanie, że Theresa powinna go odszukać.
– Ale gdybyśmy księżnę bardzo prosili? – pytał.
Ona wahała się długo. Policzki jej płonęły, od czasu do czasu na wargach pojawiał się uśmiech szczęścia, lecz natychmiast gasł.
– Przecież nie mogę z całą paradą, jaka przystoi osobie książęcego rodu, odwiedzać pokornego sługi Kościoła. To by wzbudziło zbyt wielkie zainteresowanie.
– Ale dlaczego z całą paradą?
Milczeli.
– Mogłabym pojechać konno. W tajemnicy – rzekła Theresa niepewnie. – To niedaleko.
– Słusznie. Z niewielką eskortą – zgodził się Móri.
– O, nie! Niepotrzebna jest żadna eskorta! Nie do niego. Bardzo bym chciała pokazać mu Tiril, ale z tym trzeba będzie jeszcze poczekać, prawda?
– Jakiś czas tak. Najlepiej będzie przygotować go na wiadomość, że jest ojcem i dziadkiem – powiedział Móri ze złośliwym uśmiechem.
– O, on taki młody! – zawołała Theresa. – To niepojęte, że został już dziadkiem.
– A kiedy widziała go pani po raz ostatni?
– No, to już będzie ponad dwadzieścia lat.
Móri nie powiedział nic. Kiedy Theresa sama zrozumiała, jak nielogicznie brzmią jej słowa, wybuchnęła śmiechem.
– Chętnie pojadę i spotkam się z nim – powiedziała z udanym spokojem, ale krew pulsowała jej na szyi, a oddech miała przyspieszony.
– Ale nie wolno pani jechać samej – stanowczo stwierdził Móri. – Pozwoli pani, że będę jej towarzyszył? Mogę zaczekać na zewnątrz, rzecz jasna, lecz droga jest zbyt niebezpieczna dla samotnej kobiety.
– Czy ty myślisz, że ja się wstydzę mego zięcia? Dziękuję ci, chętnie zgodzę się na eskortę w twojej osobie. I będziesz mi towarzyszył do końca, pójdziesz się przywitać z ojcem Tiril. Ona sama z naturalnych powodów musi zostać z dzieckiem.
Tiril przyjęła tę decyzję z największą radością.
W toku przygotowań okazało się, że w podróż do Innsbrucku Theresa musi zabrać różne rzeczy, postanowiono zatem, że pojedzie małym powozem, nie budzącym wielkiego zainteresowania, Móri natomiast konno, obok niej lub przodem w zależności od tego, jak szeroka będzie droga.
Podróż minęła bez komplikacji, a ponieważ musieli i tak gdzieś zanocować, Theresa postanowiła, że najlepiej od razu udać się do siedziby kanonika, w której nadal mieszkał Engelbert. Po wizycie skierują się do jakiejś gospody w Innsbrucku i tam spędzą noc. Policzki płonęły jej z przejęcia i Móri uważał, że jest tego dnia bardzo ładna i wygląda młodzieńczo.
Siedziba biskupia tutejszej diecezji znajdowała się poza Innsbruckiem, Engelbert jednak chciał pozostać mieście. Dom kanonika służył mu przez wiele lat, a on był w zasadzie człowiekiem o dość konserwatywnych poglądach, nie lubił zmian. Inna sprawa, że pałac biskupi znajdował się w dość opłakanym stanie i Engelbert wydał już polecenia, co i jak należy przebudować i doprowadzić do porządku, zanim on sam się tam przeniesie.
Móri uważał, że to wszystko nie bardzo się zgadza z opisem Theresy, przedstawiającej go jako człowieka wielkiej pokory, który zrezygnował z własnych pragnień i poświęcił się wyłącznie służbie Bogu.
Asceza nie jest cechą charakterystyczną tego człowieka, myślał Móri, kiedy w bibliotece kanonii czekali na przybycie Engelberta.
Ten człowiek, który w codziennej sutannie katolickiego biskupa szedł im na spotkanie, był dokładnie taki, jakim go sobie wyobrażał Móri. Wyglądał zdumiewająco młodo, o dość pełnej figurze od bardzo smakowitych obiadów, ale w żadnym razie otyły. Tylko jakby lekko rozmazane linie podbródka i nieco zbyt obszerna talia. Ale za kilka lat…?
Włosy miał płowoblond, jak Tiril w dzieciństwie, po nim też córka odziedziczyła krępą figurę, poza tym jednak żadne podobieństwo nie rzucało się w oczy.
Biskup Engelbert był wyjątkowo urodziwym mężczyzną. O łagodnych rysach i…
Łagodnych?
Móri musiał przyznać rację cesarzowi Karolowi. To bardzo prawdopodobne, że biskup był łagodny, lecz gołym okiem widać było również, że to człowiek słaby. I to bardzo.
Rozpostarł ramiona, jakby chciał zamknąć księżnę serdecznym powitalnym uścisku, którego jednak wcale nie zamierzał wykonać, i szedł przez obszerną bibliotekę.
– Theresa! Przyjaciółka mego dzieciństwa! Jak wspaniale znowu cię widzieć! Dostałem twój list i czekam na ciebie w domu. Co prawda z tego powodu odwołałem bardzo ważną konferencję z nuncjuszem apostolskim z Watykanu, ale przecież musiałem się z tobą spotkać! Przez cały czas podróży towarzyszyłem ci, posyłając błogosławieństwo Boże!
Biskup ujął dłonie księżnej i zamknął je w gorącym, długotrwałym uścisku, patrząc jej przy tym w oczy tak natarczywie, że Móri poczuł się nieswojo.
Theresa opanowała się po wzruszeniach powitania.
– Najdroższy przyjacielu – rzekła. – Chciałabym ci przedstawić mego zięcia. To Móri. On pochodzi z Islandii.
– Z Islandii? – powtórzył biskup studiując uważnie twarz Móriego spojrzeniem, które on sam uważał pewnie za przenikliwe. Ale to nieprawda, jego spojrzenie było niepewne i rozbiegane. – Macie tam dobrych katolików?
– Niewielu – odparł Móri. – Islandia w tysiąc pięćset trzydziestym siódmym roku przeszła na obrządek luterański.
Biskup Engelbert uczynił znak krzyża.
– Niech Pan ma w opiece te wasze nieszczęsne dusze – mruknął, a potem wymamrotał jakąś dłuższą modlitwę po łacinie. Następnie zwrócił się znowu do Theresy.
– Ale ty, moja najdroższa siostro w Duchu Świętym, ty pozostałaś dobrą katoliczką, prawda?
– Nie tak dobrą, jak bym pragnęła. – Po czym dodała pospiesznie: – Engelbercie, ja…
On poprawił ją z udanym skrępowaniem:
– Biskupie Engelbercie – uśmiechnął się czarująco.
– Wybacz mi. – Theresa pochyliła głowę. – Mamy poważne kłopoty.
Biskup rzucił pospiesznie okiem w stronę Móriego.
– Możemy rozmawiać swobodnie. Pamiętaj, że mój zięć jest też twoim!
Biskup przerażony zamachał rękami przed jej twarzą, by skłonić ją do milczenia.
– Chyba nie wygadałaś tajemnicy…?
– Nie. Milczałam jak grób – odpowiedziała urażona.
– Dopiero przed kilkoma dniami, kiedy odwiedził nas mój brat, cesarz, Tiril i Móri zorientowali się z rozmowy, kto jest jej ojcem. A ja przecież nie mogłam zaprzeczyć.
Engelbert wyglądał na okropnie zdenerwowanego. Ani razu słowem nie zapytał o córkę.
– Tutaj nie możemy swobodnie rozmawiać – poinformował szeptem.
– To przyjedź do nas w odwiedziny – zaproponowała Theresa prostodusznie. – Byłby to dla nas wielki honor. A poza tym, jak pisałam w moim krótkim liście, znaleźliśmy się w poważnych kłopotach.