Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Ужасы » Szalony pątnik
Szalony pątnik - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Szalony pątnik

Электронная книга - «Szalony pątnik». Краткое содержание книги:

Szalony pątnik
1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26
Перейти на страницу:

Przede mną o jakie pięćdziesiąt kroków dymiła osada wszystkimi otworami. Dzisiaj dymy wyglądały odmiennie. O ile wczoraj wieczorem położyły się, przewalając bezładnie jedne przez drugie, splecione kędziorami w wielkie, kotłujące, mlecznobiałe cielsko — teraz wyodrębnione, każdy nad swą chatą, strzelały prosto w górę.

Poranek był pogodny, powietrze czyste, przejrzyste. Szare pióropusze odcinały się dokładnie na ciemnym lazurze nieba. Podszedłem do wsi i zatrzymałem się niedaleko koliska domów. Właśnie w tej chwili wyszedł z jednego z nich Czarny Puma z naręcza chrustu, przebiegł krótką uliczkę i zagłębił się w najbliższej chacie: odbywał swój ront poranny.

Zacząłem studiować dymy. Widziane z bliska, zastanawiały kształtem. Owe pozornie prosto ociosane kłęby zarysowały się teraz szczególnym konturem; była nim wyraźna postać ludzka. Z otworów chat wychylały się dymne postacie indiańskich wojowników. Poszarpane linie popielatego wysięku naszkicowały starannie strzeliste stroje głów w wachlarzu piór, rozwiane skrzydła płaszczy zarzuconych na barki i dzidy potrząsane w męskich prawicach.

Jakaś fantastyczna groza wiała od obrazu. Dwanaście mglistych tworów, dwanaście dymów człekokształtnych z trzynastym, o nadludzkich zarysach, pośrodku, wydostawało się w krętych przegubach z dymników, rosło, rozwijało się w oczach i cieńczało w przestworzu, by znów wywiązać się z niezmordowanie twórczych palenisk.

W pewnej chwili odwinęły się od boków dymnych fantomów potworne włochate ręce i wydłużywszy się w powietrzu, podały sobie dłonie ponad chatami; wściekły podrzut zakołysał mgliste stwory, dziki podryw opanował widmowe postacie i nad osadą rozpoczął się bojowy, opętańczy pląs, trzynaście ludzi-dymów tańczyło w szalonych podskokach.

Zapatrzony w widowisko nie spostrzegłem obecności Headinga, który stanął tuż za mną i potrząsnął mię parę razy za ramię. Oderwałem oczy od jedynego w swoim rodzaju widoku i popatrzyłem na Bena obcym, zdumionym wzrokiem:

— Widziałeś to?

— A widzę, widzę, oczywiście. Ciekawa igraszka dymów i wiatru.

— Wiatru? — żachnąłem się. — Ależ cisza teraz bezwzględna. Popatrz na drzewa: ani jeden listek nie drgnie.

— No, dobrze już, dobrze. Podziwiaj i snuj domysły, jeśli ci się tak podoba. Mam ci coś ważniejszego do zakomunikowania. Odkryłem tuż koło osady żyłę złota. Biegnie prawdopodobnie popod samą wieś.

— Cóż stąd?

— Jak to cóż?! Goddam! Oszalałeś?! Zostajemy tutaj i eksploatujemy teren.

— To niemożliwe. Jeśli złoża przeszywają istotnie wieś...

— To przekopiemy wieś.

— To wykluczone. Przynajmniej z mojej strony. Nie przyłożę ręki do tego.

— Zwariowałeś? Dlaczego?

— Ze względu na Pumę i to miejsce. Obiecuję ci moją pomoc tylko do linii chat. Gdyby żyła rzeczywiście sięgała poza nią, wycofam się, zrzekając dalszych zysków z podziału.

— Jak chcesz — odparł sucho Ben. — Też fantazja pozbawiać się dla głupiej chimery tak pięknego zarobku.

— Nie mogę inaczej.

I na tym stanęło. Ben zniósł z naszego pierwotnego obozowiska potrzebne przyrządy i zabraliśmy się do pracy. Złotonośna żyła poczynała się w niewielkiej odległości od osady w stronie zachodniej, pod wzgórzem cedrowym, i zmierzała ku chatom. Pas szlachetnego kruszcu był zwarty i wąski; pokładów widocznie szła raczej wzdłuż niż na szerokość. Toteż po dwóch tygodniach oskardy nasze dotarły tuż pod samą wieś.

Przez cały ten czas Puma nie dawał o sobie znaku życia; nie wychodził poza obręb osady, chyba pod noc do swego szałasu po tamtej stronie koliska, i to chyłkiem, jakby w obawie, byśmy go nie zaczepili; widocznie unikał nas. Lecz niezawodnie starzec śledził z daleka postępy pracy, patrząc z niepokojem na zbliżającą się ku chatom wężową linię rywocin.

Wreszcie pewnego dnia zazębiły się kilofy w gliniasty grunt na zatylu jednej z chat po zachodniej stronie osady, i wieczorem oświadczyłem Benowi, że odtąd będzie pracował sam. Heading zaklął, lecz nie zdołał skłonić mnie do dalszej eksploatacji we dwójkę. Nazajutrz rano przypatrywałem się już tylko z namiotu ruchom mego towarzysza.

Ponieważ złoża złota biegły popod chatę, należało zrobić podkop, ewentualnie zdemolować część domu. Heading wybrał pierwsze. Już oskard jego zanurzył się w ziemny nasyp podwalin, gdy wtem spoza węgła wyłoniła się wysoka postać Pumy. Sędziwy wódz skrzyżował ręce na piersiach i przemówił podniesionym od gniewu głosem:

— Dlaczego Szare Oko niepokoi miejsce zmarłych? Dlaczego hukiem żelaznego drąga mąci ciszę zgasłych wojowników? Po cóżeście przyszły blade twarze, spoza wielkiej, słotnej rzeki w krainę czerwonoskórych synów Manitu? Wielki Duch zagniewał się na dzieci swoje i zesłał na ich ziemię blade, chciwe plemię, by niszczyło ich bory, wybijało zwierzynę, kradło ich złoto. Zło i grzech sprowadziły blade twarze między czerwonych współbraci; ognistą wodą rozpijają nam wojowników, by stracili siłę praojców, innych tępią piorunową bronią lub zamieniają w niewolników, a skwawy nasze świecidłami i szkarłatną odzieżą ciągną w łoża pieszczoty. Przekleństwo wam i pomsta wieczna.

Tu starzec podniósł w górę trzęsące się ręce i trzymał wzniesione w stronę wschodu. Heading odpowiedział paru szorstkimi zwrotami i nie zważając na Indianina kopał dalej. Po chwili Puma opuścił bezwładnie ręce i krokiem niedołężnym zniknął pomiędzy chatami.

Tymczasem Ben jak kret wrył się już pod przyciesie budynku i krótką, migocącą w brzaskach poranka siekierką zaczął rąbać belki podwalin. Zbliżyłem się i usiłowałem raz jeszcze namówić go do zaniechania podkopu, lecz Heading ofuknął mnie gniewnie, prosząc, by mu nie przeszkadzać. Więc odszedłem.

Wśród ciszy letniego rana donośnie grzmiało po borach echo uderzeń siekiery, łomotał trzask szczerbionego drzewa. Nagle, spojrzawszy ku górze ponad chaty, zobaczyłem coś niezwykłego. Pląsające dotąd postacie dymów opuściły ręce i przerwały taneczny korowód. Fantomy, zamiast pędzić w przestworza niebios, nagle pochyliły się twarzami ku środkowi osady i wygięły kłębiastymi łukami ku domowi narad; dwanaście chudych, potwornie wydłużonych szyj wyciągnęło się w kierunku wietnicy, dwanaście mglistych grzbietów zakreśliło w powietrzu potężny kabłąk i skupiło się dookoła naczelnika; w środku wsi powstał mięsisty, mlecznobiały kłąb i zakotłował niespokojnym wirem. Z chaosu cielsk wychylały się zaciśnięte pięście, zwinięte groźnie kułaki wyrzucały skręcone wściekłością ręce i wygrażały nie wiadomo komu. Wtem dreszcz nagłej decyzji wstrząsnął roznamiętnione wężowisko i trzynaście poplątanych kształtów stopiło się w mgnieniu oka w zwartą bułę, która z wolna zaczęła wydłużać się jednolitą, pełzającą w kierunku zachodnim kolumną; było coś okropnego w tym powolnym, a nieubłaganym posuwaniu się potwornej, szarej ssawki, która w drgających pierścieniach zdążała nieprzeparcie ku zagrożonej przez Bena chacie.

Chciałem powstać z miejsca i ostrzec go, lecz dziwne odrętwienie spętało mi nogi, sparaliżowało głos.

Tymczasem trąba dymów już dotarła do chaty i przewalała się przez dach nad Headingiem. Ten zdawał się nie dostrzegać mlecznej nawałnicy i przerąbywał z pasją belki przyciesi. Wtem popielata lawina stoczyła się po tylnej ścianie i zakryła go zupełnie. Ustał stuk siekiery i przez chwilę zapanowało tępe milczenie. Przemagając odrętwienie zerwałem się i zacząłem biec ku chacie. Teraz odezwały się spod szarej masy stłumione przekleństwa i okrzyki, a po paru sekundach wyskoczył z dymiących zwojów Ben, zziajany, z kroplami potu na czole, z ogniem wściekłości w oczach.

Pospieszyłem mu naprzeciw — podając manierkę z wodą. Wychylił duszkiem.

1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)