Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy
Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy

Электронная книга - «Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz wybrał sobie trochę dziwną i bardzo irytującą strategię pisarską. Zamiast zaspokoić ciekawość sfrustrowanych czytelników, ciągiem dalszym rewelacyjnego Pana Lodowego Ogrodu zdecydował się na literacki skok w bok. Wydany niedawno Popiół i Kurz to rozwinięcie pomysłów i świata zarysowanych w opowiadaniu Obol dla Lilith, które ukazało się niegdyś w zbiorze Demony (i które dołączono teraz do książki w formie prologu).
Gdzieś między Niebem a Piekłem istnieje Świat Pomiędzy – ponure miejsce, po którym błąkają się zagubione dusze i demony. Główny bohater – ekscentryczny profesor etnologii – posiadł dar przenoszenia się tam we śnie i odsyłania dusz w zaświaty. Nie robi tego jednak za darmo – niczym mityczny Charon pobiera od swoich klientów opłaty w postaci informacji o ukrytych za życia kosztownościach. Pewnego dnia umiera jego przyjaciel – zakonnik Michał. Jak się później okazuje, za jego śmiercią stoi pewna sekta zainteresowana Światem Pomiędzy.
Fabuła nie powala świeżością. Jeśliby na jednym biegunie postawić wręcz fanatycznie szukającego oryginalności Dukaja, to na drugim znalazłby się posługujący się znanymi wszystkim wątkami i kliszami Grzędowicz. W tym wypadku to jednak nie zarzut – autora Księgi jesiennych demonów można by porównać do DJa remixującego stare hity tak, że powstaje nowa, porywająca jakość. Widać to było wyraźnie w Wilczej Zamieci, gdzie wojenna historia przenikała się ze skandynawską mitologią albo w – będącym połączeniem klasycznych heroic fantasy i hard science-fiction – Panu Lodowego Ogrodu. Tym razem mamy coś pomiędzy intrygą a'la Kod da Vinci, horrorem a mroczną baśnią kojarzącą się miejscami z filmami Burtona. Coś w tym jednak zgrzyta, poszczególne elementy nie chcą się zazębiać a obraz pozostaje niespójny. Świat Pomiędzy wydaje się być przekombinowany i przeładowany, ot taka rupieciarnia – komiks, ezoteryzm, świadome śnienie, wojna światowa, historyczne spiski, dziwaczne zasady walki. Gdyby to był film, można by powiedzieć, że za dużo w nim efektów specjalnych, w dodatku kiczowatych i topornych. Uśmiech politowania wywołuje scena z nagą wiedźmą jadącą na motorze. Czyżby autor przed przystąpieniem do pisania oglądał zbyt dużo grafik Luisa Royo?
Śmiało można uznać Grzędowicza za lingwistycznego minimalistę, chociaż brakuje mu jeszcze trochę do Vonneguta. Pisze prosto, przejrzyście i bardzo efektownie. Rzadkie, ale trafne środki stylistyczne powtarzane jak mantra frazy (w tym wypadku popiół i kurz) budują sugestywny i wciągający klimat. To się po prostu czyta. W końcu mamy do czynienia z literaturą rozrywkową. Tym razem jednak przymiotnik ten zaczyna mieć znaczenie pejoratywne. Powieść wydaje się być błaha, zbyt lekka w porównaniu z poprzednimi dziełami Grzędowicza. Zawiedzie się ten, kto liczył na powtórkę nastroju z Księgi Jesiennych demonów. Popiół i kurz to zupełnie inny horror pozbawiony tego ciężaru emocjonalnego, tego wejrzenia w ludzką psychikę. To horror akcji, w którym liczą się przerażające zjawy i ponure krajobrazy. Małe echa debiutu Grzędowicza wracają w środku historii, podczas spotkania z wdową, ale nostalgiczna atmosfera szybko zostaje rozwiana przez odgłosy strzelanin. Nawet postać głównego bohatera – outsidera próbującego normalnie żyć – nie wydaje się być dramatyczna. Jego próby powrotu na łono społeczeństwa mają charakter komediowy. To bardziej heros z komiksu niż człowiek z krwi i kości.
Grzędowicz jest artystą poszukującym i może świadomie zapuścił się w rejony skrajnie pulpowej fantastyki. Może chciał też zaspokoić głód oczekujących na drugi tom Pana… czymś lekkostrawnym. Niestety, zamiast tego mocno zaniepokoił.
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 58
Перейти на страницу:

Jakiś romboidalny kształt podobny do płaszczki przepłynął mi tuż nad głową i pomknął w mrok.

Stali po obu stronach drogi. Najpierw minąłem jednego, potem następnego i kolejnego. U mnie stali tak sprzedawcy grzybów i dziwki. Ci, którzy stali tutaj, po tamtej stronie pozostawili po sobie tylko małe, drewniane krzyże na poboczu.

Nie próbowali mnie zatrzymywać. Nie wiem nawet, czy mnie widzieli. Po prostu stali na poboczu, jakby wciąż nie rozumieli, co się stało, i nie wiedzieli, co robić dalej. Wytrzeszczone, przerażone oczy, jak dziury w białych twarzach, mżące lekko fosforycznym, zielonkawozłotym blaskiem próchna. Z niektórych sączył się lekko dym, widziałem takiego, który ściskał pogiętą kierownicę. Stali wzdłuż drogi.

Witaj w domu.

Podkręciłem gaz. Silnik Marlenę turkotał raźno między moimi udami.

Miasteczko wyglądało mniej martwo niż po tamtej stronie. Zupełnie jakby mogło żyć tylko przeszłością. Domy wydawały się większe, jakieś niesamowite, trochę jak ze snu szalonego gotyckiego architekta, a trochę jak z obrazu mistyka prymitywisty. Niektóre chyliły się do siebie, uliczki ginęły w dziwacznej, niemożliwej perspektywie.

Było pusto.

Czasem w martwym oknie mignęła biała, zwiewna twarz, niczym chiński lampion.

Przez rynek przebiegł chłopiec w spodenkach sięgających kolan, tocząc przed sobą obręcz od beczki przytrzymywaną końcem pogrzebacza.

Przejechałem przez plac bardzo powoli.

W górze krążyło stado wron, bombardując mnie upiornym krakaniem.

Przynajmniej brzmiało to jak wrony.

Nie do końca rozumiem, co tu spotykam. Zdążyłem się zorientować, że niemal wszystko ma jakąś duszę, i to często właśnie widziałem. Ka domów, ludzi i zwierząt, a także czasem Ka uczuć i pragnień. Te także wyglądały jakby miały jakieś życie i własną wolę. Czasem, choć rzadko, widywałem istoty, które pochodziły chyba skądinąd. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyłem. Trudno było je odróżnić, bo niemal każdy przedmiot i istota, jakie spotykałem, wyglądały dziwnie i groteskowo. Nawymyślałem kiedyś nazw, przypisałem tym zjawiskom różne role i usiłowałem zrozumieć, czym są, ale to były tylko teorie.

Ludzie, zwłaszcza zabłąkani tu zmarli, wyglądali tak, jak się czuli. Jeżeli chłopiec, który przebiegł ten plac, był jednym z nich, a nie zjawiskiem, które nazywałem „odbiciem”, być może umarł jako starzec, ale postrzegał siebie jako ośmiolatka w krótkich spodenkach. Najczęściej jednak po prostu nie wiedzieli, że umarli.

Minąłem ratusz wyglądający dziwnie złowrogo, jak nawiedzona twierdza, i usłyszałem gwar wielu głosów. Znienacka. Tak, jakbym brodząc w morzu, wszedł nagle w pasmo zimnej wody. Metr wcześniej była tu tylko pustka i martwota, a krok dalej zgiełk. W okamgnieniu pojawiły się stragany i krążący wokół nich ludzie. Usłyszałem zawodzące: „Szuwaaks! Szuuuwaks, ludzie, tanio, oryginalny angliczański!”, „Do gęsi, moje panie! Do tłustych gęsi!”, „Jaja po dwa grosze!”. Ogarnął mnie tłum. Wszyscy krążyli pomiędzy straganami, toczyłem się ostrożnie pomiędzy nimi, ale zdaje się, że nikt mnie nie zauważał. Widziałem, jak podnoszą nagle głowy, jeden po drugim, jak przestają się targować i patrzą gdzieś w upiorne niebo, pełne przelewających się leniwie kolorowych mgławic, osłaniają dłońmi oczy przed nieistniejącym słońcem.

Wtem na zatłoczone, półprzejrzyste targowisko, na stosy kartofli na drewnianych furach, na klatki ze stłoczonymi kurami i kobiety w chustkach na głowie spadł nieoczekiwany, ostry błysk, jakby ktoś zrobił zdjęcie z potężnym fleszem. Tłum wrócił do swoich zajęć, znowu zaczęli się targować i iść gdzieś, ale już na ślepo, frenetycznie i bez sensu. Kobiecina obmacująca gęś nie mogła sobie z tym poradzić, bo nagle miała tylko jedną rękę i tylko połowę twarzy, sprzedawca usiłował namacać na ślepo i pieniądze, a z oczodołów strumieniami płynęła mu krew. W powietrzu jak śnieg fruwały strzępy sadzy i mnóstwo białych, tlących się piór. Bezgłowy przechodzień maszerował niczym nakręcana zabawka, usiłując przejść między straganami.

A potem wyjechałem o metr dalej i wszystko znikło. Plac znowu był pusty.

To właśnie nazywam „odbiciem”. Nie widzą mnie, nie można się z nimi porozumieć i chyba ich tu nie ma. Są jak cienie wypalone na murach Hiroszimy. Myślę, że to Ka chwili. Momentu w pewien dzień targowy, który wielu ludzi odczuło tak potężnie, że odbił się w materii świata i teraz powtarzał się, przeskakując jak zarysowana płyta. Choćby dlatego, że nagle spadła na nich bomba.

Ale to tylko kolejna teoria.

Nigdy w świecie Pomiędzy nie wchodziłem do kościołów. Czasem emanowało z nich coś dziwnego, a czasem wcale ich po tej stronie nie było, mimo że stały w moim świecie. Bałem się. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, czego można się tam spodziewać. Po tej stronie snu nie ma ateistów. Krążyłem między zmarłymi, widywałem demony, ale to nie było takie proste, że już wszystko było jasne i wyglądało, jak opowiadali katecheci. Aniołów nigdy nie zobaczyłem. Diabłów chyba też nie. Nie wiedziałem, co znajdę za kutymi wierzejami świątyni, i chyba na razie nie chciałem wiedzieć. Mogła tam tkwić odpowiedź, której bym nie pojął lub na którą nie byłem gotów.

Tym razem też objechałem farę, wyglądającą jeszcze bardziej niesamowicie niż w świecie jawy, olbrzymią, górującą nad placem i nad miastem, i wtoczyłem się w uliczkę.

Zasady są takie: albo pojawiasz się w tym świecie jako wędrująca dusza medytującego amatora podróży poza ciałem i jesteś wtedy jak jętka lub obłok dymu, albo Siergiej Cziornyj Wołk zafunduje ci krótki syberyjski kurs przenoszenia się tu jako pełnoprawne Ka i wtedy koniec z fruwaniem, przenikaniem przez ściany i drzwi. Wtedy jesteś silniejszy, ale żeby gdzieś wejść, musisz nacisnąć klamkę.

Na łukowatej, ciężkiej furcie w klasztornym murze siedział pająk, obejmując nogami całe skrzydło drzwi. Olbrzymi, jakby kanciasty i geometryczny, utkany z neonowego światła, jak zwierzę z morskich głębin, jakieś błyski i impulsy przepływały przez jego ciało, przez rozpostarte na całą szerokość wrót nogi i przez; odwłok w kształcie kwadratowej, manekinowatej twarzy śpiącego człowieka.

Po raz pierwszy zobaczyłem Ka elektronicznego urządzenia. Zamka z kartą magnetyczną.

Znaczy, w dzisiejszych czasach i komputery mają dusze.

Shintoiści byliby zachwyceni.

Wyciągnąłem rękę do klamki.

Świecące dotąd błękitem, zielenią i bursztynem linie i wędrujące po ciele pająka plamki, rozjarzyły się nagle ostrzegawczym szkarłatem żarzących węgli, w śpiącej twarzy otworzyły się ślepe, płonące acetylenowym ogniem oczy.

Cofnąłem dłoń. Przecież nie jestem głupi.

Czerwień zaczęła powoli przygasać, upłynęło kilka sekund i stopniowo pojawił się znów spokojny błękit i turkus. Straszne, pałające oczy powoli kryły się pod opadającymi sennie szmaragdowymi powiekami. Jeszcze kilka czerwonych plamek przepłynęło wzdłuż nóg i znikło. Pająk znów spał.

Rozejrzałem się. Przełazić przez mur? Skoro zafundowali sobie takie zamki, to zadbali też o inne zabezpieczenia. Skoro domofon tak wyglądał, to w co zamienią się czujniki na murze?

Wysoko na dzwonnicy rozległ się cichy, krótki trzask. Ktoś otworzył okno.

– To nic osobistego – powiedziałem. – Po prostu nie mam czasu na te pierdoły.

Sięgnąłem za pazuchę, wydobyłem kordelas i wbiłem go w sam środek pająka. Rozległ się pisk, przypominający odgłos smażącego się krzesła elektrycznego. Linie eksplodowały czerwienią, syczące wyładowania oplotły ostrze, a potem zgasły. Pająk odpadł od drzwi na wznak, przebity na wylot moim nożem, kończyny poruszały się mechanicznie, obrzydliwie, wydając z siebie metalowe kliknięcia jak tłoki małej maszyny parowej. Świecił coraz słabiej, wreszcie zgasł i wyglądał, jakby upleciono go z czarnych, przepalonych wyładowaniami, kabli. W powietrzu rozszedł się paskudny smród spalonej izolacji i ozonu.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)