Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Przy Blasku Księżyca
Przy Blasku Księżyca - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Przy Blasku Księżyca

Электронная книга - «Przy Blasku Księżyca». Краткое содержание книги:

Spokojny, żyjący w harmonii ze światem malarz, Dylan O'Conner, pewnego wieczoru zostaje napadnięty przez zagadkowego człowieka, który w pokoju motelowym aplikuje mu tajemniczy zastrzyk.
Wkrótce dowiaduje się, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo – musi uciekać przed bezwzględnymi mordercami, którzy nie cofną się przed niczym, by wyeliminować każdego, kogo obłąkany doktor dostał w swoje ręce.
Towarzyszy mu młodszy brat cierpiący na autyzm oraz Jilly, dziewczyna próbująca swoich sił jako komik na estradach Południowego Zachodu, której również wstrzyknięto tajemniczą substancję. Muszą stawić czoło nie tylko pościgowi, ale także dziwnym, niepojętym zmianom, jakie zaczynają w nich zachodzić pod wpływem zastrzyku.
Wbrew własnej woli stają się uczestnikami wydarzeń, które na pozór nie mają żadnego związku z grożącym im niebezpieczeństwem.
Wydaje się, że chory Shepherd będzie im utrudniał ucieczkę… ale czy rzeczywiście?
1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 97
Перейти на страницу:

Uświadomiła sobie ogrom wszechświata w swoim wnętrzu, bezmiar galaktyk błyskających neuronów i nagle poczuła, jak gdyby leciała w zimną otchłań gwiazd, jakby była kosmonautą, który wyszedł w przestrzeń i zerwał uwięź łączącą go ze statkiem. Otworzyła się przed nią wieczność jak gigantyczna paszcza, żeby ją połknąć, a ona leciała coraz szybciej i szybciej, wprost do czeluści, w głąb zapomnienia.

Otworzyła oczy. Nienaturalna świadomość neuronów, aksonów i połączeń nerwowych zniknęła równie gwałtownie, jak się pojawiła.

Teraz poczuła wyraźnie tylko jeden fragment swojego ciała. Punkcik po ukłuciu igły. Swędzenie. Pulsowanie. Pod opatrunkiem z królikiem.

Sparaliżowana ze strachu, nie mogła oderwać plastra. Wstrząsana dreszczami wpatrywała się bezradnie w plamkę krwi ciemniejącą na spodzie gazy.

Gdy paraliż zaczął ustępować, Jilly uniosła wzrok i ujrzała chmarę białych gołębi, które leciały ławą prosto w kierunku forda. Bezszelestnie wyłoniły się z mroku, zmierzały na zachód, pod prądu ruchu, trzepocząc setkami, tysiącami skrzydeł. Rozdzieliły się na dwa strumienie, które śmignęły wzdłuż boków samochodu, i trzeci, który przemknął nad maską i przednią szybą, łącząc się w ciemności z rwącą białą rzeką – zupełnie bezgłośnie, jakby we śnie pozbawionym dźwięków.

Mimo że niezliczone legiony gołębi gnały na forda jak gęsta śnieżyca, przez którą nic nie było widać, Dylan nie zareagował na to ani słowem, nie zmniejszył też prędkości. Patrzył na białą ławicę, zdając się nie zauważać ani jednego skrzydła, ani jednego świdrującego oka.

Jilly przypuszczała, że zapewne nikt poza nią nie widzi fali gołębi, która w rzeczywistości nie istnieje. Zacisnęła spoczywające na kolanach dłonie, przygryzając wargę. Serce jej łomotało – taki hałas mogłyby wydawać setki ptasich skrzydeł – a ona modliła się, aby te pierzaste widma zniknęły, choć bała się, że po nich może się zjawić coś znacznie gorszego.

13

Zjawy wkrótce ustąpiły miejsca rzeczywistości, a z autostrady zniknęły ostatnie gołębie, odlatując na gałęzie drzew i wysokie dzwonnice.

Serce Jilly stopniowo wróciło do normalnego rytmu, lecz każde uderzenie zdawało się równie głośne jak wtedy, gdy konała ze strachu.

Mając za plecami księżyc, a nad głową rozgwieżdżone niebo, przejechali milę czy dwie, słysząc tylko świst mijających ich aut i huk monstrualnych ciężarówek, gdy Dylan odezwał się, jak gdyby dodając melodię do rytmu bicia serca Jilly:

– A jaką ty masz metodę działania? Pytam o twoją pracę komika.

Wyschło jej w ustach, a język miała jak kołek, jednak kiedy przemówiła, jej głos zabrzmiał zupełnie normalnie.

– Masz na myśli mój materiał? Ludzka głupota. Wyśmiewam ją, jak najlepiej potrafię. Głupotę, zazdrość, zdradę, niewierność, zachłanność, zarozumiałość, żądzę, próżność, nienawiść, bezmyślną przemoc… Komik nigdy nie narzeka na brak tematów. – Słuchając sama siebie, zawstydziła się, porównując jego i swoje inspiracje twórcze. – Ale tak pracują wszyscy komicy-ciągnęła. Nie zamierzała się usprawiedliwiać, lecz jakiś impuls kazał jej się tłumaczyć i nie mogła go opanować. – Mamy ciężką robotę, ale ktoś to musi robić.

– Ludzie potrzebują śmiechu – zauważył idiotycznie, starając się ją pocieszyć, jak gdyby czytał jej w myślach.

– Chcę ich rozśmieszać do tego stopnia, żeby płakali – powiedziała Jilly, zastanawiając się, skąd się wzięły te słowa. – Chcę, żeby czuli…

– Czuli co?

Słowo, które miała na końcu języka, było tak niewłaściwe i sprzeczne z motywacją, jakiej każdy oczekiwałby od komika, że poczuła się nieswojo, słysząc je w głowie. „Ból". Omal nie powiedziała: „Chcę, żeby czuli ból". Przełknęła jednak to słowo, krzywiąc się, jakby miało gorzki smak.

– Jilly?

Z ulgą porzuciła grzebanie we własnym mrocznym wnętrzu i wróciła do grozy czającej się w ciemnościach nocy, od której oboje na moment uciekli. Spoglądając na autostradę, zmarszczyła brwi i powiedziała:

– Jedziemy na wschód. – Tak.

– Dlaczego?

– Przez czarne fordy, wybuchy, bandytów w strojach golfowych – przypomniał jej.

– Ale ja jechałam na zachód, zanim… zanim doszło do tego łajna. W przyszłym tygodniu mam trzy występy w Phoenix. Siedzący z tyłu Shep przerwał milczenie:

– Kał. Fekalia. Defekacja.

– Nie możesz teraz jechać do Phoenix – sprzeciwił się Dylan. – Po tym, co się stało, po twoim mirażu…

– Gdyby nawet miało dojść do końca świata, potrzebuję pieniędzy. Poza tym nie można ustalić terminu, a potem wycofać się w ostatniej chwili. W każdym razie jeśli chce się jeszcze pracować.

– Wypróżnienie. Stolec. Odchody – powiedział Shep. – Zapomniałaś o swoim cadillacu? – spytał Dylan.

– Jak mogłabym zapomnieć? Przecież ci dranie wysadzili go w powietrze. Mojego pięknego coupe deville. – Westchnęła. – Czyż nie był piękny?

– Prawdziwe cacko – przytaknął.

– Uwielbiałam te gustownie stonowane stateczniki na tylnych błotnikach.

– Rzeczywiście eleganckie.

– Przedni zderzak wyglądał, jakby wmontowali tam pociski haubicy.

– Tak, był bardzo haubiczny.

– Napis „Coupe DeVille" na bokach był złoty. Uroczy szczegół. Teraz wszystko wyleciało w powietrze, spaliło się i śmierdzi pieczonym Frankensteinem. Kto mógłby o czymś takim zapomnieć?

– Nawóz. Obornik – powiedział Shep. – Co on robi? – spytała Jilly.

– Jakiś czas temu powiedziałaś mi, że jestem wulgarny -przypomniał jej Dylan. – Sugerowałaś, żebym poszukał synonimu słowa, które cię uraziło. Shep postanowił mnie wyręczyć. – Gnój. Koprolit.

– Ale to było jeszcze przed naszym wyjazdem z motelu – zauważyła.

– Jego poczucie czasu jest inne niż nasze. Trudniej mu rozróżnić przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, a czasem zachowuje się tak, jakby były dla niego tym samym i działy się równocześnie.

– Kupka – rzekł Shep. – Kaka.

– Jeśli chodzi o twojego cadillaca-ciągnął Dylan-to przypuszczam, że jeśli te zbiry w koszulkach polo dowiedzą się, że nie należał do Frankensteina, ale jest zarejestrowany na Jillian Jackson, zaczną cię szukać. Będą chcieli wiedzieć, jak zdobył twój samochód albo czy dałaś mu go dobrowolnie.

– Wiedziałam, że powinnam wezwać gliny. Powinnam zgłosić kradzież samochodu jak porządny obywatel. Teraz sama jestem podejrzana.

– E-e. Kakunianie.

– Jeżeli Frankenstein miał rację – ostrzegł Dylan – być może gliny nie potrafią cię ochronić. Może ci ludzie mają wpływy w policji.

1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 97
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)